HOME
Katarzyna Kuczyńska-Koschany

Pod tlenem – 55 sonetów (XXXVI)

Sonet dziewiąty cyklu drugiego: nowoczesna tortura i Bóg prawdziwej łagodności

 

Gdziekolwiek są – Tacie i Jerzemu

 

Rilke i nowoczesność. Wielki temat. I szalenie trudny, gdyż ten szczególny symbolista, szczególny modernista ma w sobie lęk przed nowoczesnością: pisze, że „wielkie miasta nie są prawdziwe”, maluje osamotnienie i zagubienie Maltego w obcym mu Paryżu, pokazuje wszelkie zagrożenia mechanizacji życia i detabuizacji śmierci w cyklu duinejskim, podpisuje się pod słowami dalekiego mistrza i poprzednika – Friedricha Hölderlina – gdy ten oznajmia, że „poetycko mieszka człowiek na tej ziemi” (odkąd staliśmy się – my, ludzie – rozmową). A jednocześnie, jak Joyce czy Hofmannsthal, nie unika nowoczesnej poetyki epifanii, także tej, która miałaby przerażać. Jedna z najwcześniejszych diagnoz na temat Rilkego, upubliczniona w roku 1912 (gdy Rainer Maria był już autorem pierwszej powieści XX wieku – Zapisków Maltego Lauridsa Brigge, dwu tomów Neue Gedichte, wierszy cechujących się nowoczesną poetyką rzeczy – Dingdichtung, lecz wypatrywał jeszcze twórczo swych dzieł największych: Elegii duinejskich i Sonetów do Orfeusza) – diagnoza Paula Zecha, z jego monografii, wydanej w berlińskiej serii „Der moderne Dichter”, brzmiała: „Verkennen wir nicht, daß Rilke slavischen Bluteneinschlag hat. Er hat chopinsche Süße und orphische Dunkelheit, das Prestissimo von Nietzsche und die Kühle de Moskauschen Kremls” [1] („Nie zaprzeczajmy, że Rilke ma słowiańskie korzenie. Ma w sobie chopinowską słodycz i orficki mrok, prestissimo Nietzschego i chłód moskiewskiego Kremla”).

To osobliwe powiązanie szopenowskiej słodyczy, mroku orfickiego, owego groźnego prestissima i chłodu, równie mocno trwogą napawającego, widać – moim zdaniem – świetnie w sonecie IX drugiej części omawianego tu cyklu. Rilke napisał ów wiersz między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot.

 

 

Najpierw przeczytajmy polskie przekłady:

 

 

Mieczysław Jastrun:

 

Nie chwalcie się sędziowie, że już się tortura nie wwierca,

że nie zaciska szyi kręgiem żelaznym.

Nic nie urosło, niczyje serce – bo zamierzonym spazmem

dobroci delikatnej wynaturzacie serca.

 

Szafot oddaje z powrotem to, co uzyskać mógł

od czasów, podobnie jak dzieci oddają same

zabawki swe z dawnych urodzin. W serce czyste, wysokie, jak w bramę

otwartą, wszedłby inaczej Bóg

 

prawdziwej dobroci, gwałtownie by wpadł,

jak czynią bogowie, promieniejąco.

Więcej niźli dla wielkich, bezpiecznych okrętów wiatr.

 

Nie mniej niż znak potajemny, daleki,

co nas w głębi zyskuje milcząco,

jak cicho bawiące się dziecko z par kojarzonych przez wieki.

 

Bernard Antochewicz:

 

Nie chwalcie się sędziowie, że czas tortury skończony

i że już dłużej szyję nie skręca obręcz żelazna.

Żadne nie urosło serce, żadne –, bo zamierzony

odruch miękkości delikatniej was zniekształca.

 

Co zaś dostał od czasów, szafot oddaje znów

z powrotem, jak dzieci swe stare zabawki

z dawnych urodzin. Czyż w czystą, na oścież otwartą

serca głębię wszedłby inaczej bóg

 

prawdziwej czułości. Gwałtowniej by nadszedł i szarpnął,

chwycił promienniej wokół, jak każe bogów zwyczaj…

Bardziej niż wicher dla wielkich, bezpiecznych statków.

 

Nie mniej niż przyzwolenie ciche i tajne zarazem,

które nas wewnątrz milcząco zdobywa

jak cicho bawiące się dziecko z odwiecznych kojarzeń.

 

Adam Pomorski:

 

Tortur wyrzekłyście się, trybunały, i oków,

karku w żelaznej obroży i innych rzeczy:

jakaż w tym chwała, gdy skurcz dobrotliwych wyroków

gwałtem serca wrażliwe kaleczy.

 

Szafot oddaje stuleciom zabawki swoje

jak o prezenty z dawnych urodzin nie dbałe

dziecko. Inaczej by w serca otwarte i śmiałe,

w serca inaczej by wstąpił podwoje

 

bóg rzeczywistej dobroci. Szerzący promienie

złote, olbrzymi w swej boskiej postawie.

Bardziej niż wiatr dla potężnych, bezpiecznych okrętów.

 

Nie mniej niż skryte milkliwe wewnętrzne widzenie

co pozyskuje nas jak w zabawie

dziecko spokojne z parzących się wciąż elementów.

 

Ryszard Mierzejewski:

 

Nie chwalcie się, sędziowie, że tortury zniesione

i żelazne kajdany ludzkiej szyi już nie zaciskają.

Bo każde z zamierzonych serc wciąż jest ranione

a spazmy łagodności tylko słabiej wykrzywiają.

 

Co dostała epoka, to szafot z powrotem zwrócił

jak dzieci zabawki, które dostały na urodziny.

W ich serca czyste, wzniosłe, bez żadnej winy

inaczej Bóg by wkroczył

 

prawdziwej łagodności. Przybyłby silny i chętny

aby promieniować, jak to bogowie czynią

bardziej niż wiatr, dmąc na duże, stateczne okręty.

 

Nie mniej, niż tajemnicze i ciche granice myśli

które milcząco w środku nas otaczają

jak bawiące się dziecko z nieustannych kopulacji.

 

Andrzej Lam:

 

Nie chwalcie się, sędziowie, że tortur już nie ma

i że dłużej szyi nie ściska żelazo.

Bo żadne serce nie urosło, żadne –, o jak bardzo

spazm łagodności wykrzywia was teraz.

 

Co otrzymał przedtem, to szafot oddaje

z powrotem, jak dzieci ze swoich urodzin

dawnych zabawki. Bo w czyste, otwarte,

gościnne serca inaczej by wkroczył

 

Bóg łagodności prawdziwej. Mocniej, wspanialej

by promieniał; tacy są bogowie.

Więcej niż wiatr, co smaga stateczne okręty.

 

Nie mniej niż ciche widzenie tajemne,

które nas w głębi zyskuje bezmownie

jak bawiące się dziecko z parzystych kojarzeń.

 

Gdyby pisać interpretacyjny telegram na temat przywołanego tu, w kilku polskich przekładach, sonetu, na jaw wyszłyby kwestie następujące: pierwsza strofa to gorzka przestroga dla myślących, że brak tortur fizycznych, kończy przemoc wszelką; strofa druga, ufundowana na naruszających decorum porównaniach, płynnie – przerzutniowo przechodzi w trzecią, a gwałtowne naruszenie, świętej w poetyce sonetu granicy między partią opisową a refleksyjną, ma w sobie coś z gwałtowności epifanii (ta Boska często bywa tremendum, wdziera się w serce człowieka, nawet gdy jest fascinans, a „Bóg / bóg // prawdziwej/rzeczywistej dobroci / łagodności / czułości” okazuje się kimś bardziej wiarygodnym niż sędziowie ludzcy z pierwszej strofy, z ich dobrocią wynaturzającą serca); trzecia strofa to przepyszna, choć zwięzła, charakterystyka Boga promieniejąco i nagle wpadającego do ludzkiego serca – znów podana dzięki porównaniu do wiatru, jaki targa wielkimi okrętami, przewyższającego nawet siłę tego wichru; strofa czwarta dopełnia opowieść o wartości długiego trwania, o arystokracji ducha, o otwartości serc starodawnego rodu.

Żadna to pochwała, czy nawet akceptacja nowoczesności. Raczej sonet, w konstrukcji (z gwałtownym cięciem epifanijnym w połowie tekstu, w punkcie ciężkości wiersza) i w wymowie – zabiegający o prawdę uniwersalną, antyawangardowy. Rilke naprawdę o wiele, wiele częściej bywa poetą, po Rolandowemu pojętej, ariergardy. Nie o jakimkolwiek bogu / Bogu tu też mowa, lecz o Orfeuszu. Nie o człowieku w ogóle, lecz o dziecku.

Czy polscy tłumacze unieśli ciężar tego sonetu? Czy mu sprostali? Jak trzeba być uważnym, by nie naruszyć leksykalnej tkanki tonacji Rilkego, świadczy przekład ostatniego wersu:

Jastrun: „jak cicho bawiące się dziecko z par kojarzonych przez wieki”.

Antochewicz: „jak cicho bawiące się dziecko z odwiecznych kojarzeń”.

Pomorski: „dziecko spokojne z parzących się wciąż elementów”.

Mierzejewski: „jak bawiące się dziecko z nieustannych kopulacji”.

Lam: „jak bawiące się dziecko z parzystych kojarzeń”.

Gdy narusza się, utrzymany w tonacji metafory, rejestr Rilkeańskiego oryginału, jak to uczynił Mierzejewski [2] w swym przekładzie, naprawdę trudno zachować integralność poetyckiego przekazu.

Czy sprostali – powtórzę pytanie? Nie wiem. Chyba nie. Ktoś banalizuje rymy, ktoś inny nie słyszy właściwej tonacji, w jakiej pisze Rilke; ktoś nie zna metody spolszczenia lepszej niż parafraza i amplifikacja, ktoś inny popada w taką dosłowność, że aż kruszy się sens. Najswobodniejszą, najbardziej naturalną polszczyzną przełożył ten sonet Lam. Słyszę tam echa Norwida, np. w wersie „które nas w głębi zyskuje bezmownie” (a o powinowactwie Norwida i Rilkego już zresztą pisano, skądinąd bardzo ciekawie [3] – lecz to temat na osobną opowieść).

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

 

[1] Paul Zech, Rainer Maria Rilke, Berlin, Wilhelm Borngräber Verlag Neues Leben, 1912, s. 53.

[2] Przekładu Pomorskiego także nie nazwałabym – fortunnym.

[3] Anita Jarzyna, Zawczasu utracona. Assunta (Norwida) i Abelone (Rilkego) w strefie mitu, „Topos” 2008 nr 5, s. 43-54; Mieczysław Jastrun, Między słowem a milczeniem, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960; Jan Zieliński, Grenzen der Übersetzung, tłum. Andreas Lawaty, w: Suche die Meinung, Wiesbaden 1986, s. 85-102; Tomasz Żurawlew, Styl poetycki Cypriana Norwida w przekładzie na język niemiecki. Studium teorii i praktyki translacji wiersza, Kraków, Universitas, 2024.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek