Sonet dziewiąty cyklu drugiego: nowoczesna tortura i Bóg prawdziwej łagodności
Gdziekolwiek są – Tacie i Jerzemu
Rilke i nowoczesność. Wielki temat. I szalenie trudny, gdyż ten szczególny symbolista, szczególny modernista ma w sobie lęk przed nowoczesnością: pisze, że „wielkie miasta nie są prawdziwe”, maluje osamotnienie i zagubienie Maltego w obcym mu Paryżu, pokazuje wszelkie zagrożenia mechanizacji życia i detabuizacji śmierci w cyklu duinejskim, podpisuje się pod słowami dalekiego mistrza i poprzednika – Friedricha Hölderlina – gdy ten oznajmia, że „poetycko mieszka człowiek na tej ziemi” (odkąd staliśmy się – my, ludzie – rozmową). A jednocześnie, jak Joyce czy Hofmannsthal, nie unika nowoczesnej poetyki epifanii, także tej, która miałaby przerażać. Jedna z najwcześniejszych diagnoz na temat Rilkego, upubliczniona w roku 1912 (gdy Rainer Maria był już autorem pierwszej powieści XX wieku – Zapisków Maltego Lauridsa Brigge, dwu tomów Neue Gedichte, wierszy cechujących się nowoczesną poetyką rzeczy – Dingdichtung, lecz wypatrywał jeszcze twórczo swych dzieł największych: Elegii duinejskich i Sonetów do Orfeusza) – diagnoza Paula Zecha, z jego monografii, wydanej w berlińskiej serii „Der moderne Dichter”, brzmiała: „Verkennen wir nicht, daß Rilke slavischen Bluteneinschlag hat. Er hat chopinsche Süße und orphische Dunkelheit, das Prestissimo von Nietzsche und die Kühle de Moskauschen Kremls” [1] („Nie zaprzeczajmy, że Rilke ma słowiańskie korzenie. Ma w sobie chopinowską słodycz i orficki mrok, prestissimo Nietzschego i chłód moskiewskiego Kremla”).
To osobliwe powiązanie szopenowskiej słodyczy, mroku orfickiego, owego groźnego prestissima i chłodu, równie mocno trwogą napawającego, widać – moim zdaniem – świetnie w sonecie IX drugiej części omawianego tu cyklu. Rilke napisał ów wiersz między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot.

Najpierw przeczytajmy polskie przekłady:
Mieczysław Jastrun:
Nie chwalcie się sędziowie, że już się tortura nie wwierca,
że nie zaciska szyi kręgiem żelaznym.
Nic nie urosło, niczyje serce – bo zamierzonym spazmem
dobroci delikatnej wynaturzacie serca.
Szafot oddaje z powrotem to, co uzyskać mógł
od czasów, podobnie jak dzieci oddają same
zabawki swe z dawnych urodzin. W serce czyste, wysokie, jak w bramę
otwartą, wszedłby inaczej Bóg
prawdziwej dobroci, gwałtownie by wpadł,
jak czynią bogowie, promieniejąco.
Więcej niźli dla wielkich, bezpiecznych okrętów wiatr.
Nie mniej niż znak potajemny, daleki,
co nas w głębi zyskuje milcząco,
jak cicho bawiące się dziecko z par kojarzonych przez wieki.
Bernard Antochewicz:
Nie chwalcie się sędziowie, że czas tortury skończony
i że już dłużej szyję nie skręca obręcz żelazna.
Żadne nie urosło serce, żadne –, bo zamierzony
odruch miękkości delikatniej was zniekształca.
Co zaś dostał od czasów, szafot oddaje znów
z powrotem, jak dzieci swe stare zabawki
z dawnych urodzin. Czyż w czystą, na oścież otwartą
serca głębię wszedłby inaczej bóg
prawdziwej czułości. Gwałtowniej by nadszedł i szarpnął,
chwycił promienniej wokół, jak każe bogów zwyczaj…
Bardziej niż wicher dla wielkich, bezpiecznych statków.
Nie mniej niż przyzwolenie ciche i tajne zarazem,
które nas wewnątrz milcząco zdobywa
jak cicho bawiące się dziecko z odwiecznych kojarzeń.
Adam Pomorski:
Tortur wyrzekłyście się, trybunały, i oków,
karku w żelaznej obroży i innych rzeczy:
jakaż w tym chwała, gdy skurcz dobrotliwych wyroków
gwałtem serca wrażliwe kaleczy.
Szafot oddaje stuleciom zabawki swoje
jak o prezenty z dawnych urodzin nie dbałe
dziecko. Inaczej by w serca otwarte i śmiałe,
w serca inaczej by wstąpił podwoje
bóg rzeczywistej dobroci. Szerzący promienie
złote, olbrzymi w swej boskiej postawie.
Bardziej niż wiatr dla potężnych, bezpiecznych okrętów.
Nie mniej niż skryte milkliwe wewnętrzne widzenie
co pozyskuje nas jak w zabawie
dziecko spokojne z parzących się wciąż elementów.
Ryszard Mierzejewski:
Nie chwalcie się, sędziowie, że tortury zniesione
i żelazne kajdany ludzkiej szyi już nie zaciskają.
Bo każde z zamierzonych serc wciąż jest ranione
a spazmy łagodności tylko słabiej wykrzywiają.
Co dostała epoka, to szafot z powrotem zwrócił
jak dzieci zabawki, które dostały na urodziny.
W ich serca czyste, wzniosłe, bez żadnej winy
inaczej Bóg by wkroczył
prawdziwej łagodności. Przybyłby silny i chętny
aby promieniować, jak to bogowie czynią
bardziej niż wiatr, dmąc na duże, stateczne okręty.
Nie mniej, niż tajemnicze i ciche granice myśli
które milcząco w środku nas otaczają
jak bawiące się dziecko z nieustannych kopulacji.
Andrzej Lam:
Nie chwalcie się, sędziowie, że tortur już nie ma
i że dłużej szyi nie ściska żelazo.
Bo żadne serce nie urosło, żadne –, o jak bardzo
spazm łagodności wykrzywia was teraz.
Co otrzymał przedtem, to szafot oddaje
z powrotem, jak dzieci ze swoich urodzin
dawnych zabawki. Bo w czyste, otwarte,
gościnne serca inaczej by wkroczył
Bóg łagodności prawdziwej. Mocniej, wspanialej
by promieniał; tacy są bogowie.
Więcej niż wiatr, co smaga stateczne okręty.
Nie mniej niż ciche widzenie tajemne,
które nas w głębi zyskuje bezmownie
jak bawiące się dziecko z parzystych kojarzeń.
Gdyby pisać interpretacyjny telegram na temat przywołanego tu, w kilku polskich przekładach, sonetu, na jaw wyszłyby kwestie następujące: pierwsza strofa to gorzka przestroga dla myślących, że brak tortur fizycznych, kończy przemoc wszelką; strofa druga, ufundowana na naruszających decorum porównaniach, płynnie – przerzutniowo przechodzi w trzecią, a gwałtowne naruszenie, świętej w poetyce sonetu granicy między partią opisową a refleksyjną, ma w sobie coś z gwałtowności epifanii (ta Boska często bywa tremendum, wdziera się w serce człowieka, nawet gdy jest fascinans, a „Bóg / bóg // prawdziwej/rzeczywistej dobroci / łagodności / czułości” okazuje się kimś bardziej wiarygodnym niż sędziowie ludzcy z pierwszej strofy, z ich dobrocią wynaturzającą serca); trzecia strofa to przepyszna, choć zwięzła, charakterystyka Boga promieniejąco i nagle wpadającego do ludzkiego serca – znów podana dzięki porównaniu do wiatru, jaki targa wielkimi okrętami, przewyższającego nawet siłę tego wichru; strofa czwarta dopełnia opowieść o wartości długiego trwania, o arystokracji ducha, o otwartości serc starodawnego rodu.
Żadna to pochwała, czy nawet akceptacja nowoczesności. Raczej sonet, w konstrukcji (z gwałtownym cięciem epifanijnym w połowie tekstu, w punkcie ciężkości wiersza) i w wymowie – zabiegający o prawdę uniwersalną, antyawangardowy. Rilke naprawdę o wiele, wiele częściej bywa poetą, po Rolandowemu pojętej, ariergardy. Nie o jakimkolwiek bogu / Bogu tu też mowa, lecz o Orfeuszu. Nie o człowieku w ogóle, lecz o dziecku.
Czy polscy tłumacze unieśli ciężar tego sonetu? Czy mu sprostali? Jak trzeba być uważnym, by nie naruszyć leksykalnej tkanki tonacji Rilkego, świadczy przekład ostatniego wersu:
Jastrun: „jak cicho bawiące się dziecko z par kojarzonych przez wieki”.
Antochewicz: „jak cicho bawiące się dziecko z odwiecznych kojarzeń”.
Pomorski: „dziecko spokojne z parzących się wciąż elementów”.
Mierzejewski: „jak bawiące się dziecko z nieustannych kopulacji”.
Lam: „jak bawiące się dziecko z parzystych kojarzeń”.
Gdy narusza się, utrzymany w tonacji metafory, rejestr Rilkeańskiego oryginału, jak to uczynił Mierzejewski [2] w swym przekładzie, naprawdę trudno zachować integralność poetyckiego przekazu.
Czy sprostali – powtórzę pytanie? Nie wiem. Chyba nie. Ktoś banalizuje rymy, ktoś inny nie słyszy właściwej tonacji, w jakiej pisze Rilke; ktoś nie zna metody spolszczenia lepszej niż parafraza i amplifikacja, ktoś inny popada w taką dosłowność, że aż kruszy się sens. Najswobodniejszą, najbardziej naturalną polszczyzną przełożył ten sonet Lam. Słyszę tam echa Norwida, np. w wersie „które nas w głębi zyskuje bezmownie” (a o powinowactwie Norwida i Rilkego już zresztą pisano, skądinąd bardzo ciekawie [3] – lecz to temat na osobną opowieść).
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Paul Zech, Rainer Maria Rilke, Berlin, Wilhelm Borngräber Verlag Neues Leben, 1912, s. 53.
[2] Przekładu Pomorskiego także nie nazwałabym – fortunnym.
[3] Anita Jarzyna, Zawczasu utracona. Assunta (Norwida) i Abelone (Rilkego) w strefie mitu, „Topos” 2008 nr 5, s. 43-54; Mieczysław Jastrun, Między słowem a milczeniem, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960; Jan Zieliński, Grenzen der Übersetzung, tłum. Andreas Lawaty, w: Suche die Meinung, Wiesbaden 1986, s. 85-102; Tomasz Żurawlew, Styl poetycki Cypriana Norwida w przekładzie na język niemiecki. Studium teorii i praktyki translacji wiersza, Kraków, Universitas, 2024.