Niedziela, 15 lutego
W „The New York Review of Books” (z datą 26 lutego) Joy Neumeyer w eseju Polska w połowie drogi do demokracji omawia pokrótce najnowszą historię kraju w oparciu o kilka książkowych nowości: Democratic Backsliding in Poland: Why Has Poland Gone to the Dark Side? pod redakcją Łukasza Zamęckiego, Renaty Mieńkowskej-Norkiene i Adama Szymańskiego, The New Politics of Poland: A Case of Post-Traumatic Sovereignty Jarosława Kuisza, Anti-Gender Politics in the Populist Moment Agnieszki Graff i Elżbiety Korolczuk oraz Aborcja i demokracja: Przeciw-historia Polski, 1956–1993 Marcina Kościelniaka. Nicią przewodnią jest sprawa „Szarego Człowieka”, Piotra Szczęsnego, który podpalił się w roku 2017 na Placu Defilad w proteście przeciwko rządom PiSu, którego manifest Donald Tusk odczytał z sejmowej trybuny po zwycięstwie koalicji, a którego pamięć czci tablica, włączona w nową aranżację tego placu, inaugurowaną przez Rafała Trzaskowskiego po przegranych wyborach prezydenckich w roku 2025. Neumeyer pisze: „Ironia manifestu Szczęsnego, który uważał, że PiS jest nielojalny wobec pierwszej «Solidarności», tkwi w tym, że równie dobrze można uważać PiS za konsekwencję sojuszu «Solidarności» z Kościołem”. I sugeruje, że Szczęsny opowiadał się za szerszą koncepcją solidarności niż ta z roku 1980, a taka wizja skrystalizowała się w czasie protestów kobiet w roku 2020.
Joy Neumeyer jest też autorką esejów literackich i paraliterackich, np. o Kalifornii jako Czarodziejskiej Górze Miłosza, albo o polskiej pomocy dla Ukrainy w pierwszych dniach wojny (sama też, mieszkając w Warszawie, gościła uchodźców), w którym przywołuje, jako paralelę, napisany w wojennym Nowym Jorku esej Tuwima ze słowami o gwieździe Dawida: „Wierzę w taką przyszłą Polskę, w której ta gwiazda, ta z opasek, stanie się jednym z najwyższych odznaczeń, udzielanych najwaleczniejszym żołnierzom i oficerom polskim”. I konkluduje: „Dziś ukraińskie barwy, powiewające na polskich ulicach są zwycięstwem szacunku nad nienawiścią, obecnej solidarności nad przeszłymi podziałami”. Warto chyba zapamiętać to nazwisko.
Wtorek, 17 lutego
Obradujące w Addis Abebie zgromadzenie Unii Afrykańskiej podjęło z inicjatywy Togo wezwanie do poprawienia sposobu prezentacji wizerunku Afryki na kuli ziemskiej. Uznając, że odwzorowanie Merkatora zniekształca prawdziwy obraz kontynentu afrykańskiego, pomniejszając go w porównaniu do wyolbrzymionych obszarów bardziej oddalonych od Równika, zgromadzenie opowiada się za stosowaniem odwzorowania kartograficznego Equal Earth, które sprawiedliwiej oddaje kształt i rozmiar kontynentu afrykańskiego. XVI-wieczny sposób oddawania wypukłych kształtów na płaskiej mapie odchodzi do lamusa?
Środa, 18 lutego
Wpadł mi w ręce rodzaj ni to dziennika ni to pamiętnika Michała Choromańskiego, drukowany pod koniec wojny w nowojorskim „Tygodniku Polskim” (1945 nr 2). Chciałbym z niego wyłuskać dwie anegdoty. Wedle pierwszej, opowiedzianej ponoć pisarzowi przez Witkacego, ten ostatni miał namalować portret Piłsudskiego, ale kiedy stanął przed swym modelem, oniemiał: „Marszałek podobno miał nawisłą powiekę i te nawisłe na oczach powieki nadawały twarzy charakterystyczny wyraz, którego brakło na oficjalnych portretach. Tak przynajmniej Witkacy opowiadał”. Tyle spod powieki (kalendarium Wacława Jędrzejewicza uzupełnione przez Janusza Ciska nazwiska Witkiewicz nawet nie wspomina).
Na drugą opowieść zwróciłem uwagę, będąc wciąż pod wrażeniem sztuki Tadeusza Micińskiego, wystawionej przez Jana Klatę. Tym razem Choromański powołuje się na Wandę Popławską, matkę Xawerego Glinki, która była na odczycie Micińskiego o Słowackim w czasie I wojny światowej. „Miciński, jak wiadomo, głos miał głuchawy, cichy, mówił w czarną dość bujną brodę”. Publiczność zastygła w ciszy, ale nie mogła z jego szeptu zrozumieć ani słowa. Po jakimś czasie dopiero dosłuchano się kobiecego imienia „Berta”. Spekulowano, że może mówi o jakiejś nieznanej kobiecie w życiu Słowackiego. Potem pojawił się „nieoczekiwany przymiotnik”: „gruba”. Wyjaśnienie przyniosła stercząca z kieszeni prelegenta gazeta: „Poeta szeptał ze zgrozą o nawisłej nad światem i cywilizacją katastrofie! Wszyscy przypomnieli sobie, co zawierała dzisiejsza gazeta. Tego dnia Niemcy z Grubej Berty zaczęli bombardować Paryż… Tam ówdzie na sali rozległy się oklaski, ktoś krzyknął: – Brawo, Miciński! Ktoś inny: – Precz z wandalizmem… hańba…”.
Czy rzeczywiście? Tadeusz Miciński od roku 1915 mieszkał w Moskwie: w lutym 1918 ruszył w drogę powrotną do Polski, w trakcie czego, wiosną, został zamordowany w okolicach Czerykowa w guberni mohylewskiej. A Niemcy zaczęli ostrzeliwać Paryż z gigantycznego działa kolejowego w marcu 1918 roku. Kiedy więc i gdzie miałby się odbyć odczyt ku czci Słowackiego? Ale opowieść przednia.
Piątek, 20 lutego
Dziś jak po sznurku: przed trzecią – wizyta w grodziskim ZUSie, potem spacer wokół zamarzniętych Stawów Walczewskiego, obiad w „Winogronie”, drugi spacer po Parku Skarbków i wizyta w nieczynnej zimą tężni (pozostały resztki zapachu i ślady rdzy na wylocie kanału), o 17.30 w Mediatece wieczór autorski Mikołaja Grynberga, sympatycznie prowadzony przez Justynę Sobolewską (promocja książki Rok, w którym nie umarłem, o zawale), a punkt o 19.00 zjawiamy się w milanowskim Starym Kinie na solowy recital basisty jazzowego z Trójmiasta, Wojtka Mazolewskiego. Sala nabita, nie mamy biletów, ale okazuje się, że ktoś ma dwa do odstąpienia, w środku środkowego rzędu; finalizuję transakcję Blikiem w chwili, gdy Mazolewski wychodzi na scenę, rozpoczynając swoją wielowątkową opowieść, prowadzoną trochę głosem, ale głównie czarodziejskim przebieraniem palcami, jakby tkał melodię z wąskiej palety basowych brzmień. Jest też, jak na zamówienie, utwór For Marysia. Niektóre kawałki mają wcześniej nagrany podkład rytmiczny, ale dla mnie najlepsze są te grane całkiem solo. Głęboki, bogaty dźwięk, który przyjemnie wypełnia każde wolne miejsce w człowieku. Udany wieczór.
Dodam jeszcze, że Grynberg chwalił obecną turę spotkań autorskich jako pierwszą od wielu lat, na której nie musi się obawiać „hejtu”. Kupiłem Rok, w którym nie umarłem oraz antologię Opowieści chasydzkich, wydaną przez Ossolineum w ramach serii „Biblioteka Narodowa”. O obu napiszę po przeczytaniu, tu jednak chcę zaznaczyć drobiazg, który wydaje mi się bardzo ważny: antologia nosi numer BN I 347. Oznacza to, że antologia opowiadań, tłumaczonych w znakomitej większości z hebrajskiego, ukazała się w serii pierwszej, obejmującej z założenia „wzorowe wydania najcelniejszych utworów literatury polskiej”, a nie w serii drugiej, przeznaczonej dla takichż utworów literatury obcej. Jest to decyzja odważna, nieoczywista, tym bardziej godna podkreślenia. Wbrew „hejtowi”.
Niedziela, 22 lutego
Mój Miłosz, który czyta akurat biografię Alberta Schweitzera, zwrócił moją uwagę na świetny cytat z jego Poszukiwania historycznego Jezusa (oryginał niemiecki z roku 1906, przekład angielski, z którego cytuję, 1910), o urodzonych historykach: „Jest faktem, że zdarzają się historycy z Bożej łaski, którzy już w łonie matki nabierają instynktownego poczucia tego, co rzeczywiste. Mimo wszelkich powikłań i niejasności przekazów na jakiś temat trzymają się oni ścieżki rzeczywistości, jak strumień, który pomimo skał blokujących mu bieg i meandrów doliny niechybnie znajduje drogę do morza”.
*
W górującej nad Asyżem bazylice od dziś do 22 marca pokazywany jest szkielet św. Franciszka – praktycznie po raz pierwszy w ciągu ośmiuset lat, jakie upływają w tym roku, w październiku, od jego śmierci. Chęć okazania czci relikwiom zgłosiło 370 tysięcy pielgrzymów, głównie Włochów (80%; pozostałe nacje, powyżej tysiąca zgłoszeń, to Amerykanie, Chorwaci, Słowacy, Brazylijczycy i Francuzi). W Polsce duch franciszkański słabnie?
*
Przeczytałem Rok, w którym nie umarłem. Nie będę się licytował z autorem, kto ma za sobą więcej zawałów, a w sobie więcej bypassów i stentów, bo nie o to chodzi. Chodzi o czas, który jest nam dany, i w którym zawał potrafi zdrowo namieszać. O liczenie czasu, poczucie czasu, porównywanie z czasem bliskich: rodziców, partnerki/partnera, przyjaciół, dzieci. O zagospodarowywanie przelewającego się między palcami. Dobrze, jeśli ktoś w tym procesie umie zapisywać sobie na karteczkach różne spostrzeżenia i zasłyszane formuły. Jeszcze lepiej, jeśli potem umie z tego zrobić oryginalną książkę. I nie chodzi o to, czy Białoszewski w Zawale zrobił to gorzej czy lepiej. Czy Marcin Wicha opisałby to gorzej czy lepiej. Pierwszy zrobił inaczej i drugi zrobiłby inaczej.
Ja zaś, jak wspominałem, równocześnie z cienką, ale dającą do myślenia książeczką Grynberga nabyłem opasły tom Opowieści chasydzkich. Pierwszą przeczytałem szybko, z drugiej dopiero liznąłem początek dwustustronicowego wstępu. Całość odkładam na przyszły tydzień, na wyjazd do wód, kiedy zmieni się rutyna dnia i będzie można poczytać na długim oddechu. Starczyło jednak liźnięcia, żeby zestawić dwa cytaty.
Grynberg o trzymaniu się klamki:
„Gdy jechaliśmy samochodem na SOR, myślałem o tym, że sprawy mogą się tak potoczyć, że jednak nie wrócę do domu. A teraz trzymałem tę klamkę w dłoni i bałem się ją puścić. A może to jest czyjś sen, a mnie już nie ma? Istnieję tylko w tym czyimś śnie. Bałem się puścić klamkę. Przez tę krótką chwilę byłem największym mistykiem na świecie. Kto jest kim dla siebie, kto jest kim dla innych. Przez kilka sekund byłem Martinem Buberem kardologii” [1].
Autorzy Wstępu o aniołku:
„Współcześnie chasydyzm jest często postrzegany jako kwintesencja wschodnioeuropejskiej żydowskości, a kultura rozwinięta wokół tego ruchu jako jedyna nieskażona wersja tradycyjnej kultury żydowskiej. Choć to przekonanie błędne […], recenzenci wciąż muszą podkreślać, że ruch ten nie jest i nigdy nie był cepeliowskim aniołkiem z wyobrażeń Chagalla i Bubera (czy też – w nowszej, hollywoodzkiej wersji – z musicalu Skrzypek na dachu i serialu Unorthodox)” [2].
Podoba mi się przywołanie Bubera, kiedy mowa o kurczowym trzymaniu klamki do własnego mieszkania czy domu: to gest wewnętrzny, poza czasem, może rzeczywiście mistyczny. Nie ma natomiast zgody na łączenie tego samego Martina Bubera z „cepeliowskim aniołkiem”. Choćby z poczucia czasu: Buber zaczął wydawać opowieści chasydzkie przed I wojną, a przed II wyjechał do Palestyny; Cepelia powstała w roku 1949. Ale też z poczucia przyzwoitości. Oburzył mnie ten cepeliowski aniołek także dlatego, że podobnie jak Grynberg mam do Bubera stosunek osobisty, jako autor pierwszego bodaj w świecie artykułu o wczesnych polskojęzycznych tekstach tego absolwenta polskiego gimnazjum [3].
Poniedziałek, 23 lutego
W nocy skończyłem artykuł do poświęconego Czapskiemu numeru „Kontekstów Kultury” – o listach Czapskiego do Wierzyńskiego. Sam Czapski, pytany w roku 1985 o znajomość z poetą, zarzekał się: „Nigdy z nim nie korespondowałem”. A jednak udało się kilka takich listów znaleźć, jeden był już nawet drukowany, tylko… jako list do innego emigracyjnego poety. Lubię takie (sobie samemu stawiane) zadania.
Wtorek, 24 lutego
Pisałem już parę razy w tym dzienniku o języku wilamowskim, powstałym na ongisiejszym słowiańsko-germańskim pograniczu językowym. Dziś z rozmowy w „Wyborczej” z animatorem tego języka, Tymoteuszem Królem, wyjmuję eksplikację jednego z jego ulubionych słów wilamowskich: „mulkjadrymuł – czyli motyl. Drymułn oznacza wirowania. A jak motyl leci, to wygląda, jakby coś wirowało. A mulkja to serwatka. Skąd to połączenie? Jak kiedyś ludzie chcieli zrobić z mleka kwaśne mleko, sery itp., to żeby się ono szybciej skwasiło, trzeba je było wystawić na zewnątrz, na słońce. I motyle sobie przylatywały i spijały tę serwatkę czy mleko”. Motyl jako chanukowy drejdel? Stał się tu wielki cud.
Środa, 25 lutego
Czy można być dzisiaj w środku Europy pacyfistą? „NZZ” omawia kwestię na przykładzie szwajcarskiego polityka Daniela Jositscha (rocznik 1965), który jako rekrut zbierał podpisy pod petycją, domagającą się zlikwidowania armii szwajcarskiej. Startował w polityce jako działacz Partii Zielonych, potem przeszedł do SP (socjaldemokracji). Z czasem został profesorem prawa (karnistą) i senatorem (członkiem Rady Kantonów), dwa razy starał się o wybór do Rady Związkowej, ale nie dostał poparcia swojej partii. A partia ta od roku 2010 ma w swoim programie postulat zniesienia armii i poświęcenia przewidzianych na to środków na wspieranie inicjatyw pokojowych. Jositsch domaga się usunięcia tego punktu z programu i zastąpienia go hasłem: „SP opowiada się za wydajną, nowoczesną i sprawną armią”. W rozmowie z „NZZ” deklaruje: „Jeśli chcemy uprawiać wiarygodną politykę bezpieczeństwa, musimy popierać wojsko”. Dodam, że Jositsch jest też działaczem ponadpartyjnego szwajcarskiego ruchu europejskiego (NEBS) oraz działaczem Stowarzyszenia Szwajcaria-Izrael (GSI). Mieszanka wybuchowa.
*
Z ciekawej rozmowy Renaty Lis z Pawłem Sołtysem dowiaduję się, że fragmenty wielkiego Soboru Aleksandra Newskiego na Placu Saskim nadal żyją, i to w pobliżu mnie: „Schody do kościoła w Podkowie Leśnej to są skute marmury z Soboru”. Ale jeszcze ciekawsza jest informacja o książce, której Sołtys od dłuższego czasu poszukuje: „W XVII wieku został tu przywieziony kleryk prawosławny, osadzili go w więzieniach warszawskich, czyli pewnie w Baszcie. I on tam napisał po rosyjsku «Mistyczną topografię Warszawy». I wiem, że ta książka gdzieś jest, ale nigdy jej nie miałem w rękach. Znam ją z opisów. Na tej mapie np. Bogomatier’ to jest nazwa którejś części Warszawy i tak dalej. Nie pamiętam, czy go skazali w końcu. Nie, chyba go wypuścili. To się działo na tle kozackich wojen. On był, zdaje się, spowiednikiem Chmielnickiego”.
*
A wieczorem znakomity film Heaven (Niebo, 2002) Toma Tykwera. Scenariusz, bagatela: duet Kieślowski-Piesiewicz (miało to być pierwsze ogniwo trylogii, podzielonej na podobne części jak Boska Komedia…, ale Kieślowski nie zdążył napisać pozostałych dwóch). W rolach głównych Kate Blanchett i Giovanni Ribisi. Tykwer użył, mówiąc o późniejszym swoim filmie, określenia „thriller metafizyczny”, tutaj można mówić o metafizycznym kinie akcji. Świetny dobór miejsc kręcenia – sceny przesłuchań w barokowym Palazzo Carignano w Turynie, z dziedzińcem jak (analizowany przez Michela Foucault) więzienny panopticon, sceny końcowe na głównym placu Montepulciano, spotkanie z ojcem bohatera w sąsiedniej renesansowej świątyni Tempio di San Biagio (nawiasem mówiąc, wzorowanej na modelu bazyliki Santa Maria delle Carceri w Prato, a więc znów motyw więzienny). Z jednej strony zatem zamknięte kręgi, a z drugiej ruch wertykalny: winda w biurowcu, która staje się dla czterech osób windą do nieba, lecący prosto w górę helikopter. Tempo jak z wcześniejszego filmu Tykwera Lola rennt (Biegnij Lola, biegnij). I nieruchome zbliżenia twarzy jak z obrazów włoskich mistrzów. Miasto widziane z góry, jako sieć krzyżujących się ulic, zapowiada zarzuconą przez policję sieć, do której mają wpaść uciekinierzy. Scena miłosna, nawiązująca do przedstawień Adama i Ewy w Raju, łączy zamknięcie (bo Raj był ogrodem zamkniętym, z którego można było wylecieć) z ruchem wertykalnym, wspinaniem się ku ekstazie. Koniecznie do powtórnego obejrzenia.
Czwartek, 26 lutego
Historie łajdackie, nowy tom prozy Jacka Dehnela (Kraków, Znak, 2026), złożony z ośmiu opowiadań. Wśród nich Nieznajoma z Sekwany, oryginalny wariant motywu, znanego z literatury (Malte Rilkego, dramat von Horvátha), malarstwa (portret Staffa pędzla Meli Muter) i życia (model do nauki sztucznego oddychania). Wicekrólowa Rugii, inspirowana obrazem Caspara Davida Friedricha opowieść żony o pewnym Heinrichu, szmuklerzu z Greifswaldu, który, naczytawszy się do przesytu książek i artykułów o odkrywcach geograficznych, postanowił w imieniu króla Prus Fryderyka Wilhelma III „odkryć” i podbić Rugię. Taki XVIII-wieczny Don Kichot, swym szaleństwem zarażający małżonkę, która bierze udział w jego awanturniczej wyprawie, „bo na tym polega bycie dobrą żoną”. A że szmuklerz, inaczej pasamonik, zajmuje się wytwarzaniem artykułów pasmanteryjnych, takich jak frędzle, sznury czy guziki, aksamitną flagę nowego Wicekrólestwa Rugii zdobią gwiazdy, zrobione z guzików, a głowę wicekróla równie aksamitny kapelusz, który ma na podszewce wyhaftowany admiralski herb. Ładny pastisz. Więzień Kufsteinu, opowieść o dwóch XIX-wiecznych wcieleniach czarnoksiężnika: pokazywanego za opłatą na rynku węgierskiego rozbójnika i robiącego mu zdjęcia austriackiego aptekarza i fotografa, burmistrza Kufsteinu. Rzecz o przenikaniu się ról i tożsamości, o skrywanej namiętności do „męskiej odaliski”. Dwa sny, opowiadanie, z którego dowiadujemy się, że dla Burów, nawet niewykształconych, Alzheimer to nazwa łatwa do zapamiętania. Tyle w największym skrócie. Dobrze się czyta.
*
Od odlewni czcionek w roku 1900 do fabryki topionych serków w okresie powojennym, takie są dzieje wpisanego właśnie do rejestru zabytków zespołu fabrycznego przy Hożej 51 w Warszawie. Wytopionymi tu czcionkami drukowano m.in. encyklopedię Orgelbranda (trzecie wydanie, od litery G). Serki zostały zjedzone.
Chcąc sobie wyobrazić, jak wyglądała dawniej praca w odlewni czcionek, sięgnąłem po krakowski „Czas” z roku 1860, gdzie przedstawiono wprowadzone właśnie reformy zdrowotne w paryskiej fabryce czcionek Bernego. Przed reformami: „Wiadomo, iż wytapianie niektórych rud kruszcowych, jako też aliażów jest bardzo niezdrowe z powodu ulatniania się niedokwasów i soli metalicznych, a niekiedy i samychże metali. Niebaczny wyrobnik połyka w źle urządzonych pracowniach ołowianych i merkurialnych truciznę”. Po reformie: „Pracownie umieszczone na najwyższym piętrze, wybornie urządzone, wolne są zupełnie od gorąca, które dawniej buchając z pieców zmieniało je w istne piekło, przez które prawdziwiej niż Dante przechodziło za życia tysiące ludzi. […] Na środku każdej sali stoi na podwyższeniu trybuna, na której co dzień jeden z wyrobników zasiada i przez dwie godziny czyta pracującym kolegom jakąś zajmującą książkę. Zauważono, że w tym przeciągu czasu robota idzie najsporzej” [4]. Gazeta podawała adres paryskiej odlewni czcionek, żeby zachęcić kierowników krajowych fabryk do bliższego zapoznania się z nowymi usprawnieniami.
Sobota, 28 lutego

Pojawił się w sklepach wietnamski cynamon. Jest bardziej aromatyczny, słodszy, a pod wpływem wrzątku laseczka roztwiera się powoli, płaszczy i zaczyna przypominać grzbiet oprawionej w półskórek książki. Widać nawet charakterystyczne dla takiego grzbietu poprzeczne zgrubienia – zwięzy. Może spróbuję oprawić w taki cynamon miniaturowe wydanie prozy Schulza?
*
Wczoraj i dziś, na dwie raty, długi film Inferno (2016). Trochę ze złości na Kieślowskiego, że nie napisał kolejnych scenariuszy i nie powstała dantejska trylogia. Inferno jest oparte na powieści bestsellerowego autora, którego jakoś udało mi się dotąd żadnej nie przeczytać książki. I niech tak zostanie. Kilka ujęć ważnej dla mnie Wenecji nie było w stanie uratować piramidalnej bzdury.
*
A jutro lecimy do Zurychu; stamtąd pociągiem do Bad Ragaz. Skąd ten pomysł? Maria chciała „do wód”, do ciepłych źródeł po surowej w tym roku zimie. A dla mnie Bad Ragaz ważne z powodu Rilkego, który tu parę razy pomieszkiwał i nawet chciał osiąść na dobre. Zresztą w ogóle miejsce o dobrej energii duchowej. W roku 1535 był u tutejszych wód Paracelsus, który odkrył ich lecznicze właściwości i spopularyzował w książce Vom Ursprung und herkommen des Bads Pfeffers in Oberschweitz gelegen, auch seiner Tugend, Krafft und Würckung, Regiment und ordnung, wydanej w roku 1576 w Bazylei. Latem roku 1854 kurował się tu sędziwy Schelling; król bawarski, uczeń filozofa, wystawił mu potem nagrobek. Sto lat temu (w roku śmierci Rilkego) zamieszkał tutaj i przeżył 42 lata niemiecki filozof i antropolog kultury Walter Ehrlich, autor Kulturphilosophie (wydanej nakładem własnym w Bad Ragaz w 1964). Jedziemy na tydzień, biorę trzy książki: Rilke in Ragaz Ingeborg Schnack (druk prywatny, nakładem Thermalbäder und Grandhotels Bad Ragaz 1970), Opowieści chasydzkie (wydanie BN) oraz Wsobne gawędy grzywackie Krzysztofa Hubera (Novae Res 2026).
Niedzieła, 1 marca – niedziela 8 marca (Bad Ragaz)
Bad Ragaz to ostatnie miasteczko kantonu Sankt Gallen przed wjazdem do Gryzonii. Sławę zawdzięcza głębokim źródłom wody o temperaturze ludzkiego ciała, a dobrobyt temu, że jeszcze sto lat temu w Gryzonii nie było ruchu samochodowego – turyści musieli u miejscowych górali wynajmować powozy i furki, żeby się udać w Alpy.
Zatrzymaliśmy się w Grand Resort Bad Ragaz, kompleksie hotelowym, eksplorującym ciepłe źródła z przełomu rzeczki Taminy. Pokój duży, bardzo wygodny, z takimi szykanami, jak dodatkowy ekran telewizora wmontowany w jedno z luster w łazience (w naszym przypadku całkiem zbędne udogodnienie, przez tydzień nie włączyliśmy żadnego telewizora). Bardzo mało gości, ma się wrażenie, że mniej, niż personelu.
Pierwszy spacer do miasteczka, dość niepozornego: na tyłach kościoła cmentarzyk, wszystkie groby, tutejszym zwyczajem, nowe, z tego tysiąclecia; tylko z tyłu dwa okazałe grobowce: Schellinga i założyciela kurortu, Bernharda Simona, z rodziną. Na antykizującym reliefie filozof pokazuje jakieś miejsce w otwartej księdze gromadce uczniów, wśród których ma być przyszły Maksymilian II; wszyscy w starożytnych togach. Jest też popiersie filozofa z oczyma, ufnie patrzącymi w przyszłość. Rozglądamy się za motylem, przerzuconym wiatrem przez cmentarny mur, o którym Rilke pisał w cyklu Im Kirchhof zu Ragaz Niedergeschriebenes, ale motyle zbudzą się dopiero za parę dni.
W małej księgarni pytam o Kulturphilosophie, nie mają, ani żadnej innej pracy Ehrlicha. M. wypatruje ciekawostkę wśród nowości: Babie lato Chełmońskiego na okładce niemieckiej powieści (Wir Töchter Oliwii Hälterlein, C. H. Beck Verlag). To nie przypadek, autorka urodziła się w roku 1986 w Bydgoszczy, bohaterka tej sagi trzech pokoleń ma na imię Waleria, jest córką Rózy (tak!) i wnuczką Babci Marianny.
Spacer wzdłuż Taminy, koło starego kąpieliska; dalej niestety o tej porze roku iść nie można, droga w stronę przełomu rzeki zamknięta (spadające drzewa i kamienie). Potem doczytałem, że te okolice, wraz z mostkiem nad Taminą należały do stałych spacerów Rilkego, który tamtędy wędrował na pocztę. Jeszcze w latach sześćdziesiątych, jak pisze Ingeborg Schnack, mieszkańcy tej dzielnicy pamiętali szczupłego mężczyznę, zawsze w kapeluszu i rękawiczkach, z elegancką laseczką ze srebrną rączką, w jasnych (na modę wiedeńską) ochraniaczach na buty (s. 94).
*
W poniedziałek spoglądając z balkonu na trzecim piętrze hotelu nie możemy z Marią dojść do porozumienia, o której z kilku zdobiących park rzeźb mówimy. Pokazanie palcem doprowadza do smutnej konstatacji: okazuje się, że to, co ja widzę w jednym miejscu – dla M., a zapewne i dla reszty świata, znajduje się o kilka metrów dalej w prawo. Zdaje się, że mój problem ze wzrokiem jest naprawdę poważny.
*
We wtorek spacer do ruin zameczku Freudenburg, potem prawdziwa perła: kościółek pielgrzymkowy św. Leonarda. Wielkie gargulce na wieży świadczą o dawnych początkach (w aktach świątynia pojawia się po raz pierwszy w roku bitwy pod Grunwaldem). Wewnątrz freski i obrazy barokowe. Na prawej ścianie odsłonięte podczas konserwacji napisy i rysunki, wydrapane przez odwiedzających kościół pielgrzymów – z ich imionami i intencjami.

Na lewo od ołtarza tabernakulum z przedstawiającą Dobrego Pasterza i trzy owieczki charakterystyczną płaskorzeźbą Rolfa Brema, dwudziestowiecznego rzeźbiarza z Lucerny (którego tak cenił Harald Szeemann, że pokazał w Sewilli 136 jego główek). Nad utrzymanym w pastelowych barwach wnętrzem dominuje zwisający ze sklepienia wielki drewniany krucyfiks z ociekającym krwią Jezusem, który ma zamknięte powieki i emanuje spokojem.
*
W środę przyjechał zaprzyjaźniony historyk fotografii, Martin Gasser. Spacer nad jeziorem, a po obiedzie parogodzinna narada na tematy związane z Janem Henrykiem Humnickim.
*
W czwartek coś dla Marii: wyjazd w góry, na masyw góry Pizol. Najpierw wyciągiem gondolowym, potem kanapowym, dalej pieszo do schroniska Pizolhütte (2224 m n.p.m.). Maria, która zna wiele ośrodków sportów zimowych, mówi, że nigdy nie widziała tak świetnie przygotowanej trasy dla pieszych wędrowców: szerokiej, dobrze ubitej ratrakiem. Do tego piękna słoneczna pogoda, znakomita widoczność. W głębi doliny, za Sargans, widać zakole Renu, który odtąd płynie wzdłuż granicy Wielkiego Księstwa Liechtenstein.
A na śnieżnej grani widzimy w oddali parę mnichów tybetańskich.

W piątek wyprawa do Chur, stolicy Gryzonii. Najpierw, zaintrygowani frywolnym szczegółem na herbach Trzech Szarych Związków na frontonie, wchodzimy do budynku banku kantonalnego, żeby obejrzeć wewnątrz secesyjny fresk i zegar ze znakami Zodiaku.

Potem natrafiamy na stary budynek, który znam z ryciny, zamieszczonej w książce Schnack: to das alte „Gebäu” (s. 25), dawna rezydencja rodziny Salis-Soglio, z którą Rilke był zaprzyjaźniony, później budynek administracyjny sądu kantonalnego, obecnie chyba nieużywany. Wchodzimy do ogrodu na zapleczu, czytam Marii z cytowanego przez Schnack listu poety z 29 września 1919 roku: „Ogród w Chur, przy starym «gmachu», ta (wedle książki Tscharnera w starej bibliotece) «perła ogrodów gryzońskich», został wynajęty jakiemuś ogrodnikowi, który powycinał stare drzewa, żeby mieć jak najwięcej miejsca na swoje grządki – nisza w murze, w której biły fontanny, jeszcze się zachowała – obecny mieszkaniec wciąż pięknego i dobrze utrzymanego domu, baron Salis (do niedawna austriacki, czy raczej, jak to podkreśla, «cesarski oficer») oprowadził mnie, melancholijnie, po nasłonecznionych dróżkach ogrodu i po chłodnym, mrocznym za zamkniętym okiennicami pałacu – tym samym zresztą, w którym trzy dni temu zmarł dziewięćdziesięcioczteroletni baron Daniel…”.
Konfrontujemy. XVIII-wieczna grota (nisza) nadal stoi, tylko w dwóch muszlach i w dolnym basenie nie ma wody. Park jest obecnie publicznie dostępny, na ławkach gromadzi się młodzież, z jednego rogu dolatuje zapach mocnej trawy. Po bokach trochę starych drzew, króluje wielki buk czerwonolistny. Grządki dwadzieścia lat temu urządzono według barokowego konceptu, którego podstawą jest romb. Między zbiegającymi się gwiaździście alejkami poprzeczne grządki, poprzedzielane bukszpanem, są zasiewane, jeśli wierzyć opisowi, wedle zasady komplementarności kolorów, inaczej wiosną, inaczej latem. Przy wyjściu na przeciwległą do gmachu ulicę stoi pomnik piętnastowiecznego gryzońskiego rycerza Fontany, dzieło znanego szwajcarskiego rzeźbiarza Richarda Kisslinga (1903).
W knajpce na dawnym targu miejskim jemy moje ulubione tutejsze danie: capuns (nadzienie z suszonego mięsa, kiełbasek i ciasta na Spätzli, zawijane w liście buraka liściastego i gotowane w wywarze bulionowo-mlecznym, posypane tartym serem), obecnie robione także w wersji wegetariańskiej.
Następne lokalne Rätisches Museum. Niewielkie, trochę chaotyczne, czy raczej przypadkowe, jeśli chodzi o eksponaty, ale dające pojęcie o specyfice tego kantonu. Z ksiąg zainteresowała mnie Biblia, przełożona na język retoromański Dolnej Engadyny, wydana w Scuol w roku 1679. Znajduję też dwa polonica: przede wszystkim paszport, wystawiony w roku 1794 dla trzech mieszkańców wioski Puschlav/Poschiavo, udających się do Warszawy (zapewne do cukiernika Giacomo Mini). Byli to: H. Paganini, Andreas i Jacob Mini.
Po powrocie sprawdzam: rzeczywiście: „U nas w Warszawie dopiero w r. 1775 zjawili się Szwajcarzy włoscy, czyli Gryzony, którzy założyli tu cukiernie. Pierwszym z nich był Robbi na Krakowskim Przedmieściu, koło kościoła karmelitów bosych (dziś kościół św. Józefa Oblubieńca), drugim Mini na rogu ulicy Wąskiej, Freta i Świętojerskiej” [5]. W tym pokoleniu braci Mini było trzech: Giovanni, Antoni i Geremia. Ich siostra wyszła za Paganino Cortesi, też z Poschiavo, a ich syn Lorenzo założył jedną z pierwszych cukierni w Krakowie (późniejszy Maurizio) [6]. Można zatem domniemywać, że wyprawa trzech młodych ludzi do Warszawy przyczyniła się do kontynuacji działań gryzońskich cukierników w środkowej i północnej Europie (Geremia Mini przeniósł się tymczasem z Polski do Kopenhagi).
Drugim polonicum w muzeum Chur jest rękopiśmienny kajet z przepisami cukierniczymi, otwarty na stronie z typowo polskimi słodyczami: Masurken oraz Baben. W cytowanym wyżej artykule o warszawskich cukierniach Heppen wspomina o podobnym kajecie, jaki widział u warszawskiego cukiernika z Gryzonii nazwiskiem Baldi: „Był to człowiek wielce uzdolniony w swoim fachu; sami widzieliśmy spory zeszyt przez niego nakreślony, zawierający różne przepisy i sekrety cukiernicze” [7]. Czy to nie ten zeszyt jest pokazywany w Chur?
Jeszcze jeden drobiazg: w galerii portretów osobistości z Gryzonią związanych znajduje się rycina, przedstawiająca Felix Marię Diogga, malarza raperswilskiego (syna Gryzonki), z którym kontaktował się Mickiewicz podczas podróży po Szwajcarii [8].
Na prawo od Muzeum Retyckiego strome schody wiodą do katedry. Jest tam ciekawe, mało znane polonicum: witraże ze scenami z życia św. Elżbiety, ufundowane przez hr. Tyszkiewicza dla uczczenia pamięci jego żony, zmarłej w Chur 17 lipca 1883 roku.
W sobotę rodzinnie – przyjechał Karol ze swoją przyjaciółką Samirą. Długi spacer nad Renem, wspólne kąpiele, rozmowy.
W niedzielę zwiedzanie kompleksu hotelowego pod kątem Rilkego. Do Rilke-Saal tylko zaglądamy, to nowoczesna sala konferencyjna, która z poetą niewiele ma wspólnego (aczkolwiek to tu za kilka dni odbędzie się poświęcony mu wieczór w wykonaniu znanych mi z Rilke-Gesellschaft Angeliki Overath i Manfreda Kocha). Niestety, przewodniczka twierdzi zdecydowanie, że w kompleksie hotelowym nie ma innego pokoju Rilkego.
Mam na ten temat własne wspomnienie, które mogę dokładnie umieścić w czasie. Pamiętam, że byłem chargé d’affaires a. I. ambasady w Bernie akurat w czasie, kiedy na lotnisku w Zurychu aresztowano Bagsika (czerwiec 1994). Musiałem wówczas pojechać do wschodniej Szwajcarii, a przejeżdżając koło Bad Ragaz, zatrzymałem się, żeby zapytać o pokój Rilkego. Powiedziano mi, że dobrze trafiłem, bo choć pokój jeszcze nie jest gotów do zwiedzania, akurat przenoszą do niego podłogę z oryginalnego pokoju, w którym mieszkał poeta (!). Zrobiłem kilka zdjęć i, nieco zbulwersowany taką dezynwolturą, wróciłem do Berna.
Tym razem rekompensatą był widok salonu muzycznego, w którym Rilke, oparty o framugę drzwi (jak Wyspiański w Bronowicach), przysłuchiwał się grze wnuczki założyciela kurortu, skrzypaczki Lucie Simon i hrabiny Johanny Hartenau. Grały Bacha, Mozarta, koncert skrzypcowy Maxa Brucha.

Nie udało mi się przez cały tydzień – choć pytałem, gdzie mogłem, także co starszych pracowników hotelu – zlokalizować miejsca zwanego „das Final”. Schack pisze (s. 70-71), że Rilke lubił pod wieczór siadywać na ławce w tak nazywanym sadzie, należącym do Hof Ragaz, a położonym na samotnej łące koło parku zdrojowego, pod lasem. To samo miejsce upodobała sobie Lucie Simon, która przychodziła tam uczyć się do egzaminów w konserwatorium. Panna Simon była na wieczorze poezji Rilkego w Zurychu w roku 1919, co ułatwiło znajomość. Oboje siadywali teraz pod wieczór w tym sadzie, rozmawiając o muzyce, o poezji, o śmierci (Lucie Simon straciła siostrę i najbliższą przyjaciółkę). Świadectwem tej przyjaźni jest kilka wierszy, można też zaryzykować, że „das Final” był prototypem sadu z cyklu późnych wierszy francuskich Rilkego (Vergers).
Szukałem śladów tego sadu w dobrym kierunku, ale za blisko, między kasynem a restauracją „Gladys”. Tymczasem z innego miejsca książki Schnack (s. 90) wynika, że graniczył on z posesją willi inżyniera Sondereggera. Chodzi o Christiana Sondereggera, jednego z głównych budowniczych kanału panamskiego, którego willa stanowi obecnie Hotel Schloss Ragaz, graniczący z polem golfowym parku kuracyjnego. Tam właśnie, pod lasem, trzeba szukać śladów sadu, tam można próbować wsłuchać się w ślady rozmów poety i młodej skrzypaczki.
A wieczorem powrót. W samolocie czytam Krzysztofa Hubera (rocznik 1976). Pierwsze wrażenia mieszane. Miejsce określone w tytule: okolice Góry Grzywackiej w Beskidzie Niskim. Środowisko ludzi nie pierwszej młodości, zajętych głównie produkcją i konsumpcją bimbru, ale z ambicjami – towarzyskimi i intelektualnymi (zwłaszcza po stronie narratora). Wyraźne wpływy stylistyczne: Bruno Schulz, Stachura. Fragmenty dużej urody, ale balansujące na granicy parodii bądź kpiny. Bohaterzy zdają się nie odróżniać (czy rozmyślnie mieszają?) znaczenia niektórych słów, jak «uszczknąć» / «uronić» („Że też tak trudno nie porozlewać, czy uszczknąć choćby drobiny…”, s. 29). Sam narrator zdaje się uważać język mongolski za indoeuropejski („Może to była jakaś mongolska starożytna opowieść w oryginale albo coś zupełnie spoza sanskrytu, jakaś fińska, egzotyczna wyliczanka […]”, s. 60). Czasem ma świadomość, że to, co słyszy od współbiesiadników, to „taka przyswajalna, bardziej przyległa do grzbietu i swojska wersja bełkotu” (s. 61). A jednak postanawiam po powrocie kontynuować lekturę. Dam znać. Natomiast Opowieści chasydzkich nawet przez ten tydzień nie otworzyłem – po prostu nie było kiedy.
Poniedziałek, 9 marca
Założyciel i do niedawna szef World Economic Forum w Davos, Klaus Schwab, w rozmowie z „NZZ” opowiada się za mocniejszym związaniem Forum ze Szwajcarią, choćby poprzez przekazanie praw własności do posesji w Coligny koło Genewy na cele publiczne w zamian za prawo użytkowania: ma to zapobiec zakusom spekulantów i ewentualnemu wyprowadzeniu Forum do Singapuru czy do USA.
Czwartek, 12 marca
Musiałem coś załatwić w Warszawie. Wracam WKD. Na peronie młody człowiek o inteligentnej twarzy czyta grubą, co najmniej tysiącstronicową książkę. Zagadnąłem. Mówi, że to Niewyczerpany żart Davida Fostera Wallace’a, powieść o trzech synach filmowca, który nakręcił film tak śmieszny, że ludzie wciąż go chcą oglądać i w końcu umierają ze śmiechu. Mówi też, że w Teatrze Narodowym jest grana adaptacja Kamila Białaszka, czterogodzinna, ale jeszcze na niej nie był. Pytam, czy był na Termopilach polskich i recitalu „Gruzji”. Zainteresował się, wiedział, że w innym spektaklu Klaty grała na żywo „Furia”. Pójdzie na Micińskiego.
A ja właśnie koresponduję z Teatrem Ludowym w Krakowie, który chce wystawić adaptację Samotnego mężczyzny Isherwooda, posiłkując się moim przekładem. Muszę się dowiedzieć, jak planują stronę muzyczną, czy wykorzystają muzykę Abla Korzeniowskiego do adaptacji filmowej Toma Forda (2009). A może coś ostrzejszego, co trafi do młodych? Lech Janerka? Maleńczuk?
Sobota, 14 marca
W „Guardianie” dwa niepokojące artykuły. O poważnych kłopotach, jakie mają firmy, zajmujące się budową ośrodków gromadzenia danych na potrzeby sztucznej inteligencji, zarówno w Teksasie, jak i w Wielkiej Brytanii (mówiąc w skrócie: gigantyczne i niesłychanie kosztowne budowle stają się przestarzałe i po prostu za małe na grubo przed ukończeniem budowy, a chipy są przestarzałe już w chwili kupna). I o ryzykownym eksperymencie z transportem antymaterii, jaki szykują naukowcy z CERN-u pod Genewą z myślą o przyszłej dystrybucji próbek antymaterii do innych ośrodków na świecie.
Dżin wymyka się spod kontroli i zaczyna wyciekać przez szpary z butli czarnoksiężnika.
Poniedziałek, 16 marca
W „Newsweeku” rozmowa z Emi Buchwald, reżyserką polskiego filmu Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, w którym pojawia się animowana postać Dusiołka. Wzięła się ona z mitologii ludowej, z poezji Leśmiana i z kłopotów autorki filmu z dusznościami, ale nie tylko, także ze znanego obrazu osiemnastowiecznego malarza szwajcarsko-angielskiego: „[…] Miron Błocki, artysta 3D, […] bardzo kreatywnie i z dużym wyczuciem podszedł do zaprojektowania nocnej mary na wzór tej z obrazu Johanna Heinricha Füsslego. Rozważaliśmy na przykład, czy jego pupa ma być płaska, czy odstająca, czy duża, czy mała. To był ciekawy proces, bo na obrazie, który służył jako inspiracja, demon jest ukryty w cieniu. Tak naprawdę mało go widać. A ja chciałam, żeby był podobny do malarskiej wizji, bo ten obraz pozostał ze mną od czasów nastoletnich”. Ciekaw jestem rezultatu, trzeba będzie się wybrać do kina.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem. Warszawa, Agora, 2025, s. 81-82.
[2] Opowieści chasydzkie. Antologia. Wstęp i opracowanie: Wojciech Tworek, Marcin Wodziński. BN I 347. Wrocław, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 2025, Wstęp, s. VIII.
[3] Jan Zieliński, Marcin Buber. „Twórczość” 1983 nr 7.
[4] „Czas” 1860, Dodatek miesięczny, Kwiecień, s. 212-213.
[5] Julian Heppen, Cukiernie warszawskie, „Kurier Warszawski” 1891 nr 263.
[6] Por.: Dolf Kaiser, Fast ein Volk von Zuckerbäckern?, Zürich, Verlag NZZ, 1988, s. 72.
[7] Heppen, dz. cyt.
[8] Pisałem o tym w rozprawie Prolegomena do wirtualnego muzeum romantycznego poety, „Pamiętnik Literacki” 2001 z. 2, s. 79-109 (o Mickiewiczu i Dioggu s. 90-93).