HOME
Adam Zagajewski

Flamenco

W 5. rocznicę śmierci Adama Zagajewskiego przypominamy jego szkic z tomu „Solidarność i samotność” (Paryż, Zeszyty Literackie, 1986).

 

Pewnego dnia poszedłem do kina na Carmen Carlosa Saury. Był to ciężki, zły dzień, czułem się jak więzień, więzień moich własnych zmartwień i niepokojów. Schroniłem się w kinie, ponieważ liczyłem na to, że, być może, uda mi się – jak to się już czasem zdarzało – pewna operacja, dosyć skomplikowana. Ale nie chcę uprzedzać biegu wypadków.

W sztucznej ciemności, sztucznym zmierzchu sali kinowej odbywa się proces przemiany rzeczywistości. Naprzód, gdy gaśnie światło, rzeczywistość znika. Przez moment nie ma jej wcale – prawie wcale. Ciche rozmowy sąsiadów, szum wentylatora: przerwa, ciemna przerwa. Po chwili rzeczywistość powraca. Ale jaka zmieniona! Pojawia się na ekranie pozbawiona ciężaru, smaku, zapachu, bezwładności, drugiej strony, gęstości, lepkości, cienia. Przeobraża się w kolorowy schemat. O ileż staje się uboższa niż prawdziwa, bujna rzeczywistość, krzewiąca się wszędzie z taką oczywistą łatwością. A jednak ten schemat przykuwa moją uwagę, tak jakbym chciał odpocząć od zwyczajnej rzeczywistości.

Gaśnie więc światło i na ekranie pojawiają się postaci Saury. Antonio, tancerz flamenco i choreograf, przygotowujący balet osnuty na wątkach Carmen, poszukuje dziewczyny, wykonawczyni tytułowej roli. Same schematy. Anemiczna rzeczywistość niepewnie stawia pierwsze kroki na białym płótnie ekranu, przypomina rozespaną gospodynię, która o świcie wchodzi do kuchni i nie poznaje znajomych sprzętów. Prawie jej nie ma, a mimo to odważa się stanąć przed kamerą.

Pierwszy kwadrans filmu jest nieciekawy. Nic się nie dzieje. Przeszedłem kwarantannę ciemności, lecz nie uzyskałem żadnej nagrody ani rekompensaty.

Wreszcie Antonio znajduje swoją Carmen, młodziutką dziewczynę, która dopiero od niedawna bierze lekcje flamenco. Zaczynają się próby. Wszystko to dzieje się wewnątrz skromnego pawilonu, na parkiecie, w sali wyłożonej lustrami. Z taśmy magnetofonowej płynie muzyka Carmen, muzyka pełna namiętności. Zaczynam rozumieć, że właśnie namiętność będzie jednym z głównych bohaterów tego filmu. Kopytka flamenco będą tańczyły jak na rozżarzonej blasze. Namiętności nie brakuje ani operze Carmen, ani postaciom filmu Saury: Antonio zakochuje się w swej Carmen. Będzie o nią wściekle zazdrosny. Dodają się do siebie namiętności operowego libretta i uczucia postaci filmu.

 

 

Na początku filmu, jak już mówiłem, dzieje się niewiele. Ktoś jedzie samochodem, wysiada z samochodu. Ktoś rozmawia. Trwają narady. Kilka osób zastanawia się, jak przełożyć operę Bizeta na flamenco. Flamenco to bardzo stary taniec andaluzyjski, rytm andaluzyjski. Andaluzja była kiedyś we władaniu Arabów, była kwitnącym państwem arabskim, flamenco utrwaliło pewne elementy muzyki arabskiej. Ktoś jedzie samochodem. Ktoś wysiada z samochodu. Coraz wyraźniej daje o sobie znać namiętność, pasja. Zapisana jest w muzyce i rodzi się od nowa, pomiędzy bohaterami filmu. Szybki rytm flamenco, przyśpieszony oddech muzyki, szorstkie hiszpańskie słowa.

Tyle pasji jest w tym filmie. I prawie wcale jej nie ma, bo natychmiast przeradza się w taniec, w rytm, we flamenco. Ślepa, dzika namiętność, która zazwyczaj prowadzi do katastrofy, do zniszczenia, zaczyna nagle tańczyć, zamienia się we flamenco.

Jest w filmie Saury sławna aria toreadora; muzyka płynie z taśmy, towarzyszy jej żartobliwa pantomima, imitacja walki byków, dobroduszna zabawa. Lecz poprzez nią prześwituje pierwotna namiętność prawdziwej walki byków, bez niej gesty uczestników pantomimy pozostałyby niezrozumiałe.

Podobnie jest z tańcem, który jak koronkowe rusztowanie oplata się wokół namiętności. Namiętności pojawiają się w tym filmie co chwilę, jak fale morskie. Miłość, pożądanie i zazdrość, przede wszystkim zazdrość. Flamenco czyni cuda; niemą, niebezpieczną pasję, która do niczego dobrego nie może doprowadzić, w najlepszym razie zostałaby zaspokojona, czyli przestałaby istnieć, przekuwa w rytm. Bezkształtna namiętność staje się tańcem, czyli prawie kształtem. Kształt bardzo jej potrzebuje, sam bowiem byłby bezradny, martwy, leżałby na stole jak smutna ekierka, zapomniana linijka. Nie potrafiłby zatańczyć, gdyby nie porwała go wichura namiętności; podczas szkolnego balu stałby skromnie pod ścianą i rozwiązywałby w pamięci zadania z matematyki.

Flamenco staje się miejscem dziwnego spotkania bezkształtnej namiętności z beznamiętnym kształtem. Oczywiście, to mezalians, dla obu stron. Na wpół sparaliżowany hrabia żeni się z dziewczyną z ludu, i podczas wesela ona porywa go do tańca, następuje cudowne uzdrowienie.

Nie bez powodu mówię o weselu: spotkanie namiętności z kształtem wyzwala bowiem wielką radość. Flamenco pełne jest radości. Namiętność, nim połączy się z rytmem, nie jest ani smutna, ani wesoła, jest siłą, która się spełnia, sprężyną, która się rozprostowuje. Ani jej w głowie być smutną albo wesołą, jest namiętna, to dosyć. Przemiana, jaką oznacza w jej gorączkowej egzystencji sojusz z rytmem, prowadzi do bardzo poważnych przesunięć w kolorycie, nastroju. Kształtna namiętność – czyli taniec – odznacza się beztroską, bezinteresownością. Ta sama namiętność, która jeszcze przed chwilą chętnie by zabiła, porwała lub zadała miłosne cierpienie, teraz zapomina o wszystkim, złość wywietrzała jej z głowy, teraz chciałaby się tylko bawić, nagle ma szampański humor. Z pierwotnego składu chemicznego namiętności pozostaje energia, pęd, ale znikają gdzieś, szczęśliwie, mordercze motywy i zamiary, pojawiają się ulga, radość. To nie może trwać długo, ale jednak przez pewien czas siła zapomina o przyrodzonych jej zamiarach i powołaniach, staje się zabawą, płynną lekkością.

Patrzcie, jak oni tańczą. Ile energii w to wkładają. Oglądnijcie scenę, przedstawiającą pojedynek Antonia z wypuszczonym z więzienia mężem Carmen. Walka, walka – lecz przeciwnikom nic nie grozi, jedna ich rytm. Bawią się walką, cieszą się zabawą.

Oto kształt. Czym jest ten narzeczony namiętności? Skąd się bierze jego kojące działanie, jak to się dzieje, że potrafi uśmierzyć kilowaty złości, tkwiącej w pasji?

Kształt nie jest treserem lwów, poskromicielem tygrysów. Ponieważ tresera lwów możemy sobie całkiem dobrze wyobrazić poza cyrkiem; możemy go zobaczyć w gronie rodzinnym, gdy gładzi płowe główki dzieci i wcale nie tęskni do swoich zwierząt. Tymczasem kształt bez lwów istnieć nie może, jest jak skóra, w którą obleczono dzikie zwierzę.

Kształt – ten, który tożsamy jest ze sztuką, od flamenco do symfonii, od dziecinnego rysunku po obrazy mistrzów – chwyta namiętność za łokieć i wprowadza ją do lustrzanej sali, żeby się przejrzała w niezliczonych zwierciadłach. Dzięki kształtowi kilka kryształów ironii wpuszczonych zostaje do nieprzejrzystego żywiołu namiętności i odtąd powaga miesza się tu z grą, podobnie jak w skardze króla Leara. Słowa Leara mogą wycisnąć nam łzy z oczu, lecz są to przecież, by tak rzec, łzy nieruchome, bo nie zrywamy się wcale z teatralnego fotela i nie biegniemy na scenę, żeby udzielić pomocy nieszczęsnemu starcowi, nie, odczuwamy jednocześnie i ból, i radość, radosne podniecenie, wywołane przez poezję Szekspira.

Namiętność zamienia się w rytm. Oto metamorfoza, która mi imponuje. Jestem w kinie, stałem się widzem i słuchaczem, już dawno zapomniałem o tej rzeczywistości, która została za drzwiami kina, na ulicy. Nie wiem, jaka jest pora roku. Nie pamiętam, czy pada deszcz, czy śnieg, czy może świeci słońce. Nie zdaję sobie sprawy, w jakim mieście znajduje się to kino (Kraków? Paryż? Lwów?), to znaczy, nie wiem, w którym mieście zgaszono światło, żeby móc wyświetlić ten film. Stałem się świadkiem pewnej walki, która mogłaby się toczyć w każdym z tych miast. Świadkiem? Czyżbym nie brał w tej walce udziału? Nawet teraz, jako obserwator znajdujący się pod narkozą kinowej ciemności, nie tylko przyglądam się zaciekłej walce bezkształtu z kształtem, ale i biorę w niej udział, bardzo aktywnie. Zapomniałem powiedzieć, że władające mną bezkształtne troski i moce skapitulowały przed rytmem flamenco, poczułem wyzwolenie i radość; moje ciężkie, złe, bezwładne Ego ustąpiło miejsca lekkiemu, przyjaznemu światu i ludziom Ego.

Nie, nie całkiem zapomniałem o istnieniu ulicy i deszczu, i mojego ciężkiego Ego, i historii dwudziestego wieku. Lecz wiedziałem, że w ciemnej sali kina toczy się zasadnicza walka, podstawowa walka przeciwko barbarzyństwu, zazdrości, ciemnym pasjom, złym emocjom, w imię radosnej swobody, czyli kształtu, czyli sztuki. I nie musi to być muzeum Luwru ani nowojorska Metropolitan Opera, ani La Scala w Mediolanie, ani nawet Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, wystarczy zwykłe kino w jakimś mieście czy wsi. I wystarczy, żeby we mnie toczyła się ta walka.

Carlos Saura w swojej Carmen ukazał tę walkę w sposób najbardziej elementarny, bo rytm jest najbardziej elementarnym kształtem, pierwszą organizacją bezczelnego chaosu. Jego film mógłby też nosić tytuł Narodziny tańca z ducha pasji i zazdrości. Kształt tańca, rytm flamenco przylega do namiętności jeszcze tak blisko i poufale, jakby to było jajko o cienkiej skorupce, pod którą wyczuwa się sklejone piórka pisklęcia.

Chodzi więc o kształt, lecz nie o kształt byle jaki, gdyż kształt nieudany jest kiczem albo nudą; złe moce, złośliwe namiętności bardzo są wtedy zadowolone, gdyż kształt nudny, konwencjonalny, nieudany wcale ich nie poskramia, nie czesze, nie zmusza do posłuszeństwa, jest jak widelec, którym ktoś chciałby zagrodzić drogę Missisipi.

Nie można powiedzieć, by stosunek sił był korzystny dla kształtu, nawet najbardziej udanego. Nie chcę być pesymistą, ale przecież tyle się pojawia złych, poronionych kształtów, tyle widelców, które udają, że są łyżkami. Kształt udany to pewnego rodzaju kompromis z chaosem. Kształt trzyma chaos w śmiertelnym uścisku, wszystkie mięśnie kształtu są boleśnie – ale i radośnie – napięte, i dzięki temu, tak, dzięki temu, kształt karmi się chaosem, powiększa się o odłamki chaosu, staje się silniejszy, odporniejszy, tak jakby został zaszczepiony przeciwko czarnej ospie. Flamenco na przykład karmi się namiętnością, i to jak! Czym byłoby bez niej – etnograficznym zapisem, muzealną ciekawostką.

Ale stosunek sił nie jest korzystny dla kształtu. Bo przecież biedna Carmen ginie, złe moce zwyciężają. We wszystkich salach kinowych Carmen ginie. We wszystkich wersjach i wariantach. U Mériméego, u Carlosa Saury, u Petera Brooka, w operze i w kinie, w noweli, wszędzie. W Mediolanie i w Paryżu, w Nowym Jorku i w Krakowie Carmen musi zginąć. Nie wystarczyło kształtu, by wchłonąć, związać złe siły. Niedużo brakowało, ale jednak nie wystarczyło kształtu. Kształtu jest zawsze za mało.

Antonio zabija Carmen, i to wcale nie w rytmie flamenco. W rytmie flamenco nie można zabić, można tylko udawać, igrać ze śmiercią i z życiem, i z zazdrością. Antonio zabija Carmen poza rytmem. Szkoda. Taki udany kształt, radosny rytm, a jednak nie zdołał okiełznać ciemnych mocy. Nieomal mu się to udało, przez długi czas złe moce trzymane były pod pantofelkiem flamenco, były zduszone, obezwładnione. Potem wymknęły się z uwięzi.

Lecz nie uciekły z ekranu i z sali kinowej, bo, mimo że oswobodziły się spod władzy flamenco, i tak pozostały w dalszym ciągu niewolnikami reżysera, i nawet zabijając, musiały stosować się do pewnego rytmu. Dlatego też moje lekkie Ego wcale się nie zmartwiło zabójstwem Carmen; zachowywało się tak, jakby nic złego się nie wydarzyło. Lekkie Ego jest lekkomyślne i dopiero z dużym opóźnieniem odzyskuje przytomność, zdaje sobie sprawę – gdy już jest za późno – że kształtu jest za mało i że to właśnie ono jest najbardziej zagrożone, bo jego ciężki brat, Kain, już się szykuje do powrotu, ostrzy sobie zęby, przygotowuje zemstę, zaraz tu będzie, bezkształtny jak rtęć.

Film się kończy. Carmen nie żyje. Rytm flamenco pulsuje jeszcze we mnie. Zapalają się żółtawe światła lamp; odsłaniają salę kinową z jej gipsowymi stiukami. Wynurzają się z ciemności pluszowe fotele. Na podłodze leży skręcony zwitek papieru, opakowanie cukierka. Garstka widzów, moich bliźnich, bladych i milczących, podnosi się z miejsc. Ktoś szuka parasola. Para poróżnionych kochanków zmierza ku wyjściu. Oboje mają tak mocno zaciśnięte usta, że będą milczeli jeszcze przez dwa lata. Jakiś młody chłopak wciąż siedzi w fotelu, z odrzuconą do tyłu głową. Nie wiem, czy śpi, czy marzy o flamenco. Na ekranie pojawiają się ostatnie napisy, nazwiska fryzjerów, dekoratorów, krawców i szewców, którzy pomagali Carlosowi Saurze. Sześćdziesięcioletni mężczyzna studiuje te napisy uważnie, jakby to, kto uszył buty, śmiertelne buty dla Carmen, było rzeczą najwyższej wagi. Wreszcie ciemnoczerwona kurtyna zasłania ekran i jednocześnie odzywa się inna muzyka, silny rytm rocka i szum wentylatora. Z góry sali zaczynają napływać nowi widzowie, ci, co chcą zobaczyć następny seans; jeszcze nie przemienieni, rozmawiają na obojętne tematy, przynoszą ze sobą gazety.

Znowu przerwa. Nitka rzeczywistości staje się tak cienka, że mogłoby ją przerwać każde gwałtowniejsze poruszenie. Przez labirynt schodów i długą, ciemną bramę wychodzę na ulicę. Jeszcze jest jasno, pada deszcz, samochody jak delfiny torują sobie drogę, wielkie armie przechodniów mijają się obojętnie, tasują się, spotykają się bez słowa, wracają z odległych pól bitewnych, spod Verdun, z biur, fabryk i restauracji.

Nic się nie zmieniło. Bo cóż znaczy dla świata przemiana chaosu we flamenco? Świat zajmuje się innymi rzeczami, ma tyle do zrobienia w szpitalach, na giełdach finansowych, w koszarach, na posiedzeniach rad ministrów i na wyścigach konnych, w obozach koncentracyjnych i na wernisażach; także, na swój sposób, prowadzi swoją skomplikowaną grę, w której chaos i kształt polują na siebie nawzajem, niestrudzenie, bez chwili odpoczynku i bez końca, zmęczone walką, nieprzejednane.

Jestem na ulicy. Zaczyna się wczesny jesienny zmierzch. Mój wzrok powoli przyzwyczaja się do dziennego światła – po wyjściu z jaskini jest się przez dłuższą chwilę nieco bezradnym, zagubionym. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby naprawdę szeroko otworzyć drzwi percepcji, tak jak tego chciał Blake.

Myślę o kształcie: jest wyzwoleniem, a nie więzieniem, wyzwoleniem i radością. Nie rozumiem niechęci Gombrowicza do Formy, która, jego zdaniem, deformuje, kłamie, zniekształca. Moim zdaniem, kształt kształci i wyzwala. Tyle że trzeba go wciąż konfrontować z bezkształtem, namiętnością, niepokojem, lękiem; są to różne imiona chaosu, czyli nicości. Nicość bowiem, przynajmniej ta, którą znamy, nie jest wcale, wbrew pozorom, niczym, przeciwnie, pęka aż od nadmiaru bytu, substancji, tylko brak jej, biedaczce, kształtu. Pędzi po świecie jak trąba powietrzna i, w gruncie rzeczy, szuka kształtu, chciałaby się spotkać z kształtem – jak wiatr z żaglem. Ale ma wielkie wymagania: szuka kształtu na swoją miarę, dziarskiego, młodzieńczego, rytmu, który by ją ujarzmił, lecz i zachował coś z jej rozpędu, tak, żeby nie musiała prosto z pola, ze stepu wchodzić do muzeum, spokorniała, uszy po sobie. Nie, ona chce, tak jak w Carmen, albo w Królu Learze, zatrzymać coś ze swojej gwałtowności, owszem, ujarzmionej już i niegroźnej, lecz ciągle ładnej, ona chce się jeszcze podobać, boi się, że straci swój azjatycki wdzięk. Gotowa jest skapitulować, ale stawia swoje warunki, nie ma mowy, żeby zgodziła się na wszystko, co się jej proponuje. Przecież jest mocarstwem – co prawda ruchomym mocarstwem – trzeba bardzo serio podchodzić do jej żądań. Otacza nas, atakuje nas bez przerwy, wywiera na nas stałą presję, tak jak barbarzyńcy, którzy przez całe stulecia zagrażali Rzymowi. Tylko energiczna polityka i gotowość do mądrego kompromisu mogą nas ocalić. Kompromisem będą wciąż nowe kształty. Póki żyję, tworzę kształty. Moje myśli są kształtem. Moje wiersze to kształt.

Jestem po stronie Rzymu, przeciwko barbarzyńcom – chociaż niegdyś w moim kraju mieszkali barbarzyńcy. Chciałbym, żeby Rzym umiał się odnawiać, żeby nie kamieniał w tym samym wciąż geście obrony i żeby nie musiał potem oddawać barbarzyńcom cesarskiego tronu. Moim Rzymem są tylko wiersze i myśli. Moimi sojusznikami – sprzymierzeńcami, którzy tak często mnie zawodzą – są kształty już istniejące, drzemiące w cudzych wierszach, obrazach, powieściach.

Stoję na ulicy. Obok mnie idą generałowie, dyrektorzy, radcy ministerialni, gońcy, lichwiarze, policjanci, aptekarze, kobiety, feministki, uczennice gimnazjum. Kształtu nie tylko jest za mało, uświadamiam sobie nagle, kształt jest za mały. Żaden kształt, choćby najdoskonalszy, nie jest w stanie zaspokoić barbarzyńców. Namiętna nicość nie mieści się w żadnym więzieniu. Żaden sens nie może się stać sensem ostatecznym, ostatnim, nie potrafi wycisnąć swego piętna na całej materii, zawsze będą obfite resztki, zapasy, które pozostały na wolności i jeszcze dadzą o sobie znać, odrodzą się, pokażą się tam, gdzie ich nikt nie oczekiwał i przy wtórze bębnów znów ruszą na Rzym.

Jeśli otworzyć szeroko Blake’owskie drzwi percepcji, naszym oczom ukaże się bajecznie bogaty chaos, nieustająca wojna światów, lśniące liście olch, obłoki na wysokim niebie, pociągi stojące na małej stacji, zrujnowane fortece arabskie w Jemenie, cisza Antarktydy, marzenia pewnej młodej Chinki z Szanghaju, nienawiść i chytrość ludzi, podstępy władców, przepych roślin w czerwcu, szczątki okrętów żaglowych, spoczywające na dnie morza, bójki i zabójstwa wielkomiejskich nocy, płacz pokrzywdzonych, samoloty nad Atlantykiem, lot skowronka, laboratoria genetyczne, wróble obojętne na postępy historii, nasze Ego, okrutne i pełne przepychu. Gdyby szeroko otworzyć drzwi percepcji, i zostawić je tak, otwarte, musielibyśmy zaniemówić i trwać w nieustającym, niemym zdziwieniu. Na szczęście dysponujemy uprzedzeniami, ideami, ideologiami, religiami, które pozwalają nam uprościć to królewskie bogactwo. Pozwalają nam znieść widok wiecznej wojny istnienia, zaciekłej i dzikiej, wojny, która odsłania się tylko przed najbardziej pokojowym, spokojnym okiem kontemplacji.

Uprzedzenia, hierarchie, idee pozwalają nam pociąć rzeczywistość, uporządkować ją, to znaczy, pozbawić ją blasku, tysiąca odcieni, majestatycznej wspaniałości. Przychodzą smutni filozofowie, znajdują wieczne prawa i stałe prawidłowości, tną dżunglę ostrym mieczem schematu. Przychodzą doktrynerzy uzbrojeni w scyzoryki, profesorowie jednej idei, politycy trzech haseł. Gdyby szeroko otworzyć drzwi percepcji… Czasem otwierają się same i życie staje się nie do wytrzymania, niemożliwe, pełne gwałtów i okrucieństw. Dzieje się tak, gdy zaczynają się lub kończą wojny, realne, prawdziwe, historyczne wojny; drogami ciągną uciekinierzy lub uwolnieni z obozów jeńcy, granice nie są jeszcze ustalone, policja – najskrupulatniejszy filozof – nie podjęła jeszcze swych prac, szkoły i banki są zamknięte, noce niespokojne, krwawe zachody słońca, wciąż zdarzają się pożary i rabunki. Jeszcze nie wiadomo, jaką religię wyznaje nowy książę, tylko złoto i chleb mają wartość, i ciało kobiety. Potem nastaje nowy władca i uspokaja wzburzoną rzeczywistość, drukuje banknoty, aresztuje bandytów, wyznacza nowego Boga, mianuje profesorów, sędziów i redaktorów, tnie nadmiar chaosu, oświetla ulice, wprowadza dowody osobiste, patrole krążą po miastach i wsiach. Chaos cofa się głębiej, wycofuje się do pragnień, myśli, chowa się w lesie, jak partyzanci, ukrywa się w musującym soku roślin. W każdej chwili może znów pojawić się na powierzchni. Gdyby otworzyć drzwi percepcji, ukazałby się zaraz, niezmieniony, zły, niespokojny.

Systemy zamykają go w klatce, systemy polityczne, systemy myślenia i oglądania. Mamy tu do czynienia ze stałym rytmem zasłaniania i odsłaniania; są przyzwoici, dobrzy filozofowie, którzy starają się nieco zasłonić barbarzyńską rzeczywistość, podczas gdy inni, uczniowie Nietzschego, zdzierają wciąż firanki, zasłony, eufemizmy i ukazują wielość i dzikość świata.

Nie da się żyć w otwartych drzwiach percepcji, zbyt bogaty i jaskrawy jest świat, nie do zniesienia; nie można przecież być niemym, trzeba mówić, żyć, a do tego trzeba zapomnieć o tej pełni, która rośnie jak ciasto. Trzeba przyjąć hierarchię i nie jest obojętne, jaką; jedne, fałszywe, kaleczą bardziej rzeczywistość, inne są wierniejsze wobec niej, są prawdziwe. A jednocześnie trzeba czasem powrócić do pełni rozsadzającej kategorie. Nie można spać spokojnie, gdy tuż obok nas i w nas samych, kryje się niezbadane królestwo rzeczywistości. Dlatego wciąż potrzebny jest kształt i wciąż staje się niewystarczający.

Potrzebne są hierarchie i idee. I dzieła sztuki, które porządkują chaos świata w sposób może najbardziej bezinteresowny.

Pamiętam mój pobyt w Nowym Jorku, mieście będącym jednym ze współczesnych modeli świata, niezwykle trudnym do poznania, do ujęcia, zbyt bogatym w odcienie, aspekty, kolory, dzielnice, rasy, możliwości, energie. Przez cały dzień czułem niepokój, ponieważ nie potrafiłem w żaden sposób poradzić sobie z nadmiarem tego miasta, nie miałem metody, skrótu, żadna teoria nie wystarczała, żadna socjologia ani ekonomia, ani historia; byłem zdany na coraz to nowe wrażenia z ich arabeskowym przepływaniem, byłem zdany na łaskę swobodnego, otwartego poznania, które niczego nie chce porządkować, tylko zbiera i gromadzi, chciwe i nienasycone, nieskończone. Jest taki rodzaj percepcji, pęczniejącej od obrazów, do których doklejone są też emocje, namiętności, i nie układającej się w żaden wzór, pozbawionej racjonalnych kategorii. Nie można zbyt długo znieść tego stanu, gdyż po jakimś czasie dołącza się do niego także i lęk, tak jakby umysł, który także jest na zmianę poczciwym i okrutnym filozofem, obawiał się obłędu.

Trafiłem wtedy do muzeum, Frick Collection, i tam, przed obrazem Vermeera, Lekcja muzyki, poczułem, jak rzeczywistość, nagle, w jednym momencie, zatrzymała się, zastygła w harmonijnym bezruchu. Malarz żyjący kilkaset lat temu uspokoił Nowy Jork, zahamował jego drżenie, falowanie. Niebieski obrus, przykrywający stół – tuż obok dziewczynka, siedząca przy szpinecie, i nauczyciel muzyki – stał się naraz bardziej realny niż nazbyt realne, nierealne miasto, które dusiło się od nadmiaru właściwości i punktów widzenia, od szerokości i wysokości. Patrzyłem na krzesła, namalowane przez Vermeera, senne krzesła, oświetlone miękkimi promieniami tego światła, które pojawia się tylko w jego obrazach, i czułem radość, przyjemność istnienia – niebieską przyjemność istnienia. Obraz Vermeera także uprościł kosmos, ale inaczej: pomniejszył go, lecz go nie przekroił. Teraz wszystko wydawało się łatwe i możliwe, życie mogło rozpocząć się od nowa, weselsze i prostsze niż dotąd, o tyle łatwiejsze do zniesienia niż niezgrabne życie w naturalnych rozmiarach.

Coś się zatrzasnęło, zamknęło. Inaczej mówiąc: świat został ubrany, nałożył suknię – niebieską. Przedtem był nagi, wyzywający, niespokojny, wszystko było możliwe, wszystkie pytania były otwarte, nic nie było oczywiste ani pewne; ani ładne, ani brzydkie, tylko ogromne, rosnące, ruchome, bez ładu, Nowy Jork był, jeszcze przed chwilą, taki nowy, świeży, spuchnięty, nienazwany i niebezpieczny, jak korytarze jego kolejki podziemnej. I nagle jest zupełnie inaczej, nastąpił przełom. Przede mną dziewczynka bierze lekcję muzyki, spowita w niebieskie światło, miękkie światło, jak we wnętrzu niebieskiego oceanu. Nagle zapanował spokój, we mnie i w całym Nowym Jorku. Byłem szczęśliwy, tak jakbym miał wprowadzić się do Vermeerowskiego obrazu i zamieszkać w nim na zawsze, i nie odczuwać już nigdy ani lęku, ani ciężaru pytań bez odpowiedzi, nie przeżywać sztormu sprzeczności i niepewności. Pejzaż otwierał się przede mną, gładka ścieżka pośród oswojonych, ciepłych sprzętów. Miałem przed sobą inny świat: meble leżały na kamiennej posadzce spokojnie i ufnie jak kot, obdarzone były słodką, dobroduszną inteligencją. Nawet światło rozumiało. To nie było zwykłe, zewnętrzne światło, które zatrzymuje się na granicach przedmiotów, odbija się od nich i wraca, zgodnie z prawami fizyki, nie, to światło zdawało się płynąć zewsząd, nie dzieląc, nie izolując rzeczy, przeciwnie, było braterskie i rozumne.

 

 

Jak bardzo chciałbym zostać w tym obrazie. Zatrzymać się w kształcie. Ten obraz kończył w pewnym sensie historię – nie całą, ale jeden jej wątek. Który? Jak to, który, ten właśnie: dziewczynka przy szpinecie, łagodne światło, nauczyciel muzyki, komnata. Tego już nigdy nie będzie, to się nie powtórzy ani nie rozwinie. Nie ma o co pytać, wszystko jest widoczne jak na dłoni. I siła tego nieruchomego obrazu jest tak wielka, że na chwilę zatrzymuje rozpęd wielkiego miasta, które rośnie.

Zamieszkać tu, za wszelką cenę. Stać przed obrazem, jak długo się da. Portier już zaczyna przyglądać mi się podejrzliwie. Powinienem być niewidzialny i wśliznąć się do niebieskiej komnaty, trzymając w niewidzialnej dłoni bilet wstępu do Frick Collection.

Ale czy naprawdę mógłbym tu żyć, w czterech ramach? Czy jest dla mnie miejsce? Czyżbym miał się stać nauczycielem muzyki? Przecież on niczego nie uczy, dziewczynka umie wszystko, nie potrzebuje żadnych instrukcji, gdyby tylko chciała, zagrałaby nie tylko Scarlattiego, ale i Chopina czy Skriabina, z łatwością. Dziewczynka jest co prawda uczennicą, ale nie uczy się. Wszystko jest gotowe. Muzyka od dawna doskonała. Muzyka mogłaby być światłem, mogłaby się zamienić ze światłem. A nauczyciel mógłby usiąść przy instrumencie, jak uczeń. Dziewczynka powiedziałaby mu, jak ma grać. Lub światło powiedziałoby mu to samo. Musiałbym się bardzo zmienić, bym mógł dotrzymać towarzystwa tym doskonałym istotom. Czy nie zacząłbym po jakimś czasie tęsknić do mojego niepokoju? Piękno przerywa niepokój. Gdy jestem ścigany przez wielość Nowego Jorku, poszukuję przystanku i kształtu, ale czy nie brakowałoby mi chaosu? Czy nie pomyślałbym, że w zgiełku wielkiego miasta i w huku fal zawarty jest trudniejszy sens, sens, który dopiero czeka na mnie i chociaż mnie dręczy, tak samo jak innych, i mimo że jest moim przeciwnikiem, jest równocześnie miejscem nerwowego, trudnego życia. Jest pestką ukrytą pod bujnym ciałem owocu, lecz wyłuskany spod spódnic materii i wrażeń – czy nie schnie jak orzeszek zbyt długo przechowywany w spiżarni?

 

 

Nagle spostrzegam, że ani tu, ani tam nie mogę zostać na zawsze, na stałe; ani w chaotycznym wielkim mieście, ani w obrazie. Gdy jestem w jednym, tęsknię do drugiego. Muszę postępować jak mąż stanu, polityk małego kraju, leżącego między dwiema potęgami: jedynym ratunkiem są sojusze z jednym sąsiadem przeciw drugiemu, i z drugim przeciw pierwszemu, ze sztuką przeciw niespokojnej rzeczywistości, i z rzeczywistością przeciw doskonałej sztuce, z kształtem przeciw chaosowi, i z chaosem przeciw kształtowi. Muszę przenosić się z miejsca na miejsce, wciąż być w ruchu, w podróży, szukając kształtu, który jest wyzwoleniem, i potem bezkształtu, uwalniającego mnie także i z tego wyzwolenia. Muszę szukać kształtów, i próbować tworzyć własne, i wzmacniać stronnictwo kształtów, uważać się za jego zwolennika, i jednocześnie nie ufać zanadto kamiennemu spokojowi sztuki, i jeszcze mniej dowierzać chaosowi, który jest taki podstępny i nieszczery, i złośliwy.

Gdzie zamieszkać? Czy ciągle w hotelu, w pensjonacie, w małym mieście, gdzie już po paru dniach pokazuje się mnie palcem jako cudzoziemca? Każde miasteczko jest partyjne, należy albo do partii kształtu, albo do partii chaosu. Aktywiści obu ugrupowań są wobec mnie krytyczni, żądają, żebym się zdecydował nareszcie, zdeklarował, po czyjej jestem stronie. Odbywam z nimi niekończące się narady, niekiedy świt zastaje nas w oberży, nad pustymi szklankami. Butelki po winie, smukłe jak postacie El Greca, wznoszą się nad obrusem lub leżą na podłodze. Kim jesteś, pytają mnie wysłannicy kształtu. Widzieliśmy cię, jak wchodziłeś do świątyni chaosu. Bywasz w muzeach – atakują mnie działacze bezkształtu. Wracam do pensjonatu, pakuję się i jadę dalej. Z autobusu widzę gwiazdę poranną, blednącą w promieniach wschodzącego słońca. Na horyzoncie sine wzgórza Toskanii albo lasy Gór Świętokrzyskich. I znowu miasto, i znowu ulica, zmierzch, i tłum ludzi, którzy krążą jak wielkie gromady atomów. Mężczyźni niosą swoje bezcenne teczki, w których kryją się archiwa wojny trzydziestoletniej i bułka z kiełbasą, nadgryzione jabłko i widokówka przedstawiająca plac św. Piotra w Rzymie.

Nad wszystkimi miastami krążą jaskółki, zataczają wielkie koła, lecz tych kół nie widać na niebie, to jest naprawdę niewidzialna geometria, gdyby nie gwizd jaskółek, byłoby coś zupełnie nierzeczywistego w ich locie. Zaczyna padać deszcz, parasole rozkwitają jak kwiaty wiśni, znowu jest więcej chaosu niż kształtu, kontury miasta zacierają się w mżawce, we mgle, potem w śniegu, ulica znika, tylko czasem wyłaniają się czarne sylwetki kobiet w żałobie, ponieważ tylko kobiety wiedzą, czym jest żałoba i czym są narodziny dziecka, i płacz w nocy, gdy nikt nie słyszy, i wielki żal, którego nic nie ukoi, o którym można tylko zapomnieć. Ale wtedy trzeba zapomnieć także o sobie, trochę umrzeć, żeby ulżyć zbyt czujnej pamięci.

Potem znowu niebo się przejaśnia. Unoszę głowę i widzę obłoki ścigane przez wiatr. Wiatr bawi się nimi, wciąż je inaczej modeluje, zmienia ich formy, ciężkie i ponure chmury rozrywa, szarpie, wyciąga z nich długie, błyszczące wstążki, zwalnia, przyśpiesza, popycha, nakazuje im płynąć razem, jak na wycieczce szkolnej, potem rozdziela, jakby chciał z każdą z osobna porozmawiać, zmiata je, przez chwilę niebo jest całkiem czyste, ale to nie trwa długo, eskadra cumulusów pokazuje się nieśmiało i rośnie jak statek flagowy, zbliża się, słychać szum żagli, nawoływania marynarzy, świst lin. Wiem, że Bóg musiałby być jednocześnie i kształtem, i bezkształtem.

ADAM ZAGAJEWSKI

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek