20 września 1981, Jackson Hole, Wyoming
Nie mogę narzekać na brak wrażeń. Kiedy przekroczyłem Góry Skaliste, dopadła mnie natura. […] Dotarłem do Denver. Stamtąd do Bozeman w Montanie. Dewiza stanu brzmi „Wielkie niebo”. Tak jest. Horyzont wydaje się ogromny. Słońce świeci mocno. Łagodne linie brązowych wzgórz otwierają dalekie perspektywy. Znalazłem się szybko w hotelu przywieziony przez gościnną opiekunkę, panią Bushing. Zaproponowała, abym wypoczął, popływał w basenie, jej mąż przyjedzie po mnie o szóstej. Czas spędziłem przed telewizorem. Była to pora wiadomości. Czekałem z niepokojem na informacje z Polski […].
U państwa Bushing pytano mnie o polską sytuację. Oprócz pana domu, wykładającego na tutejszym uniwersytecie problem „komunikacji w małżeństwie”, było jeszcze dwóch profesorów socjologii. Gospodarze wypowiadali się skrajnie krytycznie o polityce społecznej Reagana, prorokując bliską katastrofę ekonomiczną. Nazajutrz rano wyjechaliśmy do Yellowstone. Bozeman jest najbliższą miejscowością przy tym parku narodowym, dlatego chciałem tu przyjechać, nigdy przedtem o Bozeman nie słyszałem (i czułem się trochę jak odkrywca). Państwo Bushing kilkakrotnie wspominali, że Europejczycy nie wyobrażają sobie amerykańskich odległości i że trzeba się przygotować na dłuższą wycieczkę. Jako stary Amerykanin ze zrozumieniem kiwałem głową. Mnie to nie dotyczy. Pamiętam przecież naszą wyprawę z Teksasu do Kalifornii za pierwszym pobytem w Stanach. Codziennie robiliśmy odległości większe niż z Warszawy do Budapesztu. I tak przez kilkanaście dni. Nie zaimponują mi przejażdżką po parku.
Zaimponowali. Przemierzyliśmy tego dnia ponad 300 mil i zobaczyliśmy tylko fragment wielkiego rezerwatu przyrody. To pierwszy park narodowy na świecie. Zrazu nic nie zapowiadało sensacji. Wzgórza przypominające Karpaty, łagodne, zielone. Wkrótce niespodzianka. Stawy spowite parą. To źródła wrzącej wody. Ściekając tworzą wielobarwne wzory – fauna i flora wywołana niezwykłą temperaturą. Nagły powiew wiatru przykrył nas mgłą. Nie widziałem nic na krok. Po chwili odsłaniały się pstrokate, gwałtowne obrazy: rdzawe brązy, ciemnobutelkowe zielenie, farba kładziona grubo, szerokimi, śmiałymi maźnięciami. Jak u Fautriera.
Te obrazy bywają groźne. Wolno poruszać się tylko po drewnianych kładkach. Wrzące błoto potrafi wciągnąć zbyt ciekawych. Bardziej dramatyczny widok to Błotny Wulkan, buzująca ciemnoszara masa. Czasem dusiły ostre wyziewy siarki. Krajobraz piekielny. Znów zmiana dekoracji. Pastelowe nawarstwienia minerałów, wapienne tarasy tworzące wyszukaną arabeskę. Natura ożywała. Przyjmowała w siebie kolory, zapachy, dźwięki, atakowała zmysły. Nie dziwiłem się niczemu. Wszystko tu jest niezwykłe i wszystko naturalne. Jakim jeszcze doświadczeniom poddany zostanie dookolny świat? Nie zdziwiłbym się, gdyby między wulkanem a gejzerem pani Bushing uniosła się w powietrze tłumacząc, że to jedna z oryginalności Yellowstone.

Fot. James St. John, Newark, Ohio – Flickr, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org
Po kilku godzinach dotarliśmy do Wielkiego Kanionu. Tak, jest i tutaj. Bardziej kameralny niż kanion Colorado. Opatrzony dodatkowo imponującym wodospadem. Skały przebierały się w najróżniejsze kształty i barwy. Jest taki punkt po drodze (nazywa się Inspiration Point), z którego roztacza się widok w dwie strony: na wodospad, białą parę i ciemne skały z jednej, oraz z drugiej na zwaliska o wymyślnych żółciach i seledynach. Dlaczego natura czasem przynosi to dziwne uspokojenie i skoncentrowanie energii? Gdzie biją wówczas źródła jej mocy? Dobrze, przyjmijmy śmieszne wyzwanie: dlaczego i do czego rodzić się tu ma inspiracja? Gdzie? Na skałach pokrytych jakąś substancją? W moich reakcjach? W nastawieniu przygotowanym przez mody epoki? Jeżeli podróże są dla mnie ważne, to dlatego zapewne, że potrzebuję świata zewnętrznego jako odnowienia i umocnienia. Powinien zaskakiwać, ale nie za bardzo, przypominać, lecz nie natrętnie.
Powinien odnawiać widzenie. Czy takim widokiem jest najbardziej znany wybryk natury w Yellowstone, symbol parku Old Faithful (Stary Wiarus – tłumaczyłem nietrafnie)? Nie jest to największy gejzer, lecz najbardziej regularny. Wokół ławki dla widzów. Zbliża się wyznaczony czas. Woda wystrzeliwała do góry na parę metrów. To wszystko? Czyżby jednak Old Faithful zawiódł? Ludzie zaczęli się rozchodzić. Wtem wytrysnął wspaniały biały pióropusz. Na kilkadziesiąt metrów. Lekko się obniżył. Nowe sprężenie energii. Wystrzał jeszcze wyższy, jeszcze i jeszcze. Tak co godzina. Od odkrycia parku w zeszłym stuleciu. Jakie są tego przyczyny? Jakieś na pewno. Czytałem broszury. Oglądałem wykresy. Istnieją różne hipotezy. Nie pamiętam jakie. Dla mnie pozostał to widok niezwykły, tajemnica odradzającej się mocy. Woda fascynowała mnie zawsze. Co dopiero woda tak niezależna i tak podległa regułom.
Wieczorem jechaliśmy wzdłuż płaskiego krajobrazu. W lesie za nami pozostały ukryte dziwactwa natury. Za rzeką mignęło stado łosi. Byłem zmęczony wędrówką po wrażeniach. Za dużo. Za dużo? Przestałem czuć zmęczenie, gdy po którymś zakręcie na horyzoncie ukazał się majestatyczny łańcuch górski. Wyrastał prosto z płaskiego otoczenia, bez żadnego przygotowania, żadnych pagórków. Jakby w środku niziny mazowieckiej wystrzeliły nie Tatry nawet, lecz Alpy. Zapadał zmrok. Na szafirowym tle czarny masyw skalny rysował się ze szczególnym dostojeństwem. To była sama esencja gór. Gdzie indziej szczyty odsłaniają się powoli. Grand Teton wydaje się postawiony z nieba, bądź wyrzucony nagle z otchłani na świadectwo tellurycznych mocy. Wzdłuż naszej drogi przesuwała się panorama przywodząca splendorem na myśl Dolinę Śmierci. Ale otwarta. Nie czułem się schwytany przez skalne korony.

Fot. Brocken Inaglory, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org
Nocą dotarliśmy do Jackson Hole. Centrum sportowe. Schroniska i hotele. W czasie kolacji przebiegały mi przed oczyma kolory, formacje geologiczne, obrazy, obrazy, obrazy. Zasnąłem natychmiast. Rano wyjechałem kolejką linową na Szczyt Spotkań (Randez-Vous Peak), dobrze ponad trzy tysiące metrów. Brązowa ziemia i trochę kosodrzewiny. Widoki na kotlinę i dalsze szczyty. Powietrze lekkie, przejrzyste. Oddaliłem się od stacji. Byłem sam.
WOJCIECH KARPIŃSKI
Fragment szkicu Wojciecha Karpińskiego z tomu „Amerykańskie cienie”. Wrocław, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997, s. 36-41.