„Mów mi kotku” – proponuje kot trzymanej w pazurach myszy. Taki rysunek Mrożka publikowany był w dwóch wersjach. Na jednej zęby większego zwierzęcia przedstawione zostały za pomocą kilku pionowych kresek, kot jakby się uśmiechał, na drugiej uzębienie składa się z trójkątów, kot wygląda jeszcze groźniej. Ten wariant, acz bez części słownej, wykorzystano na okładce drugoobiegowej edycji Vatzlava. Ambasadora, przygotowanej przez krakowskie wydawnictwo Panaceum w 1987. Książeczka zawiera pomniejszony reprint oryginalnego tomu paryskiego Instytutu Literackiego z 1982. Na skrzydełku zamieszczono informację o autorstwie rysunku, zawiadamiając zarazem o jego wykorzystaniu bez wiedzy i zgody autora, taka formuła miała chronić twórców krajowych, w tym zaś przypadku całkiem możliwe, że Mrożka nie pytano. W każdym razie mysz na tym obrazku byłaby nie tyle ofiarą ironii, ile upokarzającego absurdu. Twórca wyśmiał też przy okazji poziom męsko-damskich spieszczeń wokatywnych. I zapewne trzymał stronę myszy, a mysi motyw powraca u Mrożka w intrygujących miejscach. Na innym rysunku mężczyzna na czworakach, z wściekłą mimiką, goni mysz. Siedząca na fotelu kobieta mityguje polującego z uśmiechem: „Ależ kotku!”. Kotku, no właśnie…

Epizod? Historia? Wydarzenie? Jakkolwiek nazwać, wystarczająco musiało Mrożka poruszyć, skoro napisał o tym aż trzykrotnie, po sporym upływie czasu. Pierwsza publikacja jest wersją najpóźniejszą, powstałą w 2001. Wśród Uwag osobistych znalazła się zatem proza Piękny i bestie. Parafraza znanego wyrażenia, w tym zmiana płci, wydaje się z początku sygnałem może nawet bardziej żartu niż jakiejś złożonej ironii? Zaczyna się nader literacko: „Ćwierć wieku temu, w samotnym domku wśród pustkowia, usłyszałem, że w łazience coś piszczy”. Maestrię Mrożka znać i w pojedynczym zdaniu, w precyzji stylistycznej gry. Ćwierć wieku, a nie ileś (dokładnie lub około) lat ani w roku takim a takim. Domek, i to samotny, umieszczony został nie tylko na pustkowiu, lecz wśród pustkowia. Tak zwykły się zaczynać baśnie, a co najmniej szacowne opowieści. Realizm składniowego domknięcia każe jednak poniechać oczekiwań: jeśli w łazience coś piszczy, rzecz pójdzie w innym kierunku gatunkowym, tematycznym. I rzeczywiście; a stylistyczne otwarcie miało też pewnie łagodzić drastyczność: źródłem dźwięku okazała się mysz zjadana żywcem przez inną. Niemniej narrator znowu próbuje zagadać to, co zobaczył. Relacja jest wcale elokwentna, autobiograficzny bohater tłumaczy się trochę przed sobą, trochę przed czytelnikiem, a może przede wszystkim przed sytuacją, wobec niej? Nie zaszkodzi dłuższy cytat, żeby lepiej zobaczyć, jak Mrożek rozpisuje problem:
„Nie jestem sentymentalny, ale sadystą też nie jestem. Doznałem moralnego oburzenia, ale czyż ja, człowiek, istota na najwyższym szczeblu rozwoju, nie jestem odpowiedzialny za niższe stworzenia? Mysz nie jest z gruntu zła, a tylko okoliczności, głód na przykład, zmuszały mysz do kanibalizmu. Więc wróciłem do izby, otworzyłem lodówkę, ukroiłem kawałek sera i zawróciłem do łazienki. Położyłem ser na posadzce, obok myszek, i rozczulony swoją dobrocią odszedłem ku działalności literackiej. Po tylu już latach nie pamiętam, co wtedy pisałem. Pisałem, pisałem, aż się zapisałem i zapomniałem o myszach”.
Niestety, jak się niezadługo okazało, sera myszy nie ruszyły, usiłowały się natomiast wzajemnie zagryźć. „Otworzyłem okienko i za pomocą szczotki-zmiotki i łopatki-szufelki wyrzuciłem je obie, wraz z kawałkiem sera, w lodowatą, czarną noc. Nie zasługiwały bowiem, żeby dłużej ze mną przebywać, ze mną, oświeconym, w kręgu światła”.
Jasne, że Mrożek jest autoironiczny. Choćby kontrast światła i ciemności przedstawia się zbyt, nomen omen, jaskrawie. I jeszcze tak szczegółowe nazewnictwo AGD. Przede wszystkim zaś pisarz kpi z idei człowieka jako korony stworzenia. Ale z równą mocą drwi z rozumień odmiennych, nieuniknienie antropomorfizujących. „Mysz nie jest z gruntu zła” – a jak może być zła albo dobra, tym bardziej z gruntu, jeśli to są nasze, ludzkie kategorie? Nawet orzeczenie amoralności przyrody byłoby przesadą: jest ona nade wszystko poza człowiekiem, poniekąd poza jego świadomością. A do przygody z myszami wrócił Mrożek dwukrotnie w Dzienniku. 1 marca 1981 streścił ją pokrótce jako rzecz do opisania, czyli problem również literacki. Wspomnienie doprowadziło do konstatacji obcości natury, również tej, z której sami się składamy, naszej cielesności. I nie ma wyjścia: obie koncepcje, człowieka „naturalnego” i człowieka „duchowego” są opłakane w skutkach. 12 kwietnia 1982 raz jeszcze autor zdarzenie z myszami przypomniał.
Motywy mysie pojawiają się u Mrożka także w nieporównanie łagodniejszych realizacjach. W zapisie poczynionym 27 grudnia 1973 zabawnie powtarzają się dwa zbiory: siedem kotów i trzy białe myszy, zbiory współtworzące inne wyliczenia. „Trzy myszy (dwie plus jedna), siedem kotów, cztery żony, jedna narzeczona i jedna nieznajoma u Szwarca”. Kolor myszy pozwala się domyślać udziału alkoholowego, zresztą irlandzka whiskey jest wspomniana wprost. Zwierzątko przydaje się również do parafrazy skrzydlatych słów – „Przez chwilę myszy nie zasłaniają góry” (Dziennik, 3 września 1988) – lub do zaproponowania niemal nowego przysłowia: „Palisz dom, żeby pozbyć się myszy” (30 listopada 1976) – chyba że słyszeli już państwo takie powiedzenie? Albo też do kapitalnego opisu istniejącego świata i odosobnionego w nim „ja” (zapis z 17 stycznia 1972):
„Piękna pogoda. Myszy mają wąsy. Żaby pływają w wodzie. Ludzie mają głowy, a w głowach coś. Ja nie mam nic nikomu do powiedzenia ani nic nie chcę od nikogo usłyszeć. To, co słyszę, nie jest interesujące”.
W pochodzącym z lat osiemdziesiątych opowiadaniu Don Juan tytułowy bohater oczekuje przybycia Komandora, tyle że przez wiele lat. Mrożkowski Don Juan zdążył się więc postarzeć, podupadł też na zdrowiu. Egzystuje poza światem, już mu do niczego niepotrzebnym. Rozważa próbę pojednania z Doną Anną, które szybko uznaje z paru powodów za bezcelowe. Nie ma też szans na dogadanie się z Komandorem, skamieniałym, więc niezmiennym, inaczej niż Don Juan. W pewnej chwili słyszy chroboczącą mysz, jedyne oprócz niego żywe stworzenie „w tym marmurowym, bezludnym pałacu”. Osobliwa towarzyszka finału!
„Więc ostatecznie mysz ma być świadkiem tego przedstawienia? Tak kosztownego, bo przeznaczonego dla tak wielkiej publiczności. Zapłacę życiem doczesnym i potępieniem wiecznym, oto jest cena. A teraz, tutaj – mysz, tylko mysz”.
Opowiadanie Mrożka zmierza do swoistej apologii Don Juana. Nie przewrotnej przecież, nie takiej, w której na przykład zabicie Komandora oznaczałoby uwolnienie świata od tyrana, a sam Don Juan byłby ofiarą spisku feministek. Pisarz inaczej potraktował mit. Czekając na koniec, bohater dochodzi do wniosku, że jedynie mysz stanie się beneficjentką całej jego historii: będzie miała pożywienia w bród. Ale ona też zginie, skoro piekło ma pochłonąć Don Juana razem z jego najbliższym otoczeniem.
„Więc póki czas biorę chleb ze stołu, odkładam na uboczu dla myszy, poza piekielny krąg. Niech ma i niech będzie szczęśliwa. Nie mnie sądzić, czy to mało znaczy czy wiele. A nawet jeżeli niewiele, lepiej tyle niż nic”.
Tak domyka się tekst. W moralistyce chrześcijańskiej nie brakowało budujących opowieści o jednym jedynym dobrym uczynku oalającym grzesznika. Czy późniejszy autor Wielebnych też nie byłby od tego? Don Juan nikogo – w tym siebie – już nie oszukuje. Może przecież nagle zapragnął jakiegoś pocieszenia? Nagle, bo jego dotychczasowe rozmyślania na to nie wskazywały. A jeśli autor ironizuje, i celem ironii jest (przeceniany) sentymentalny odruch? Tak czy inaczej, pojedynczy akt etyczny pozostaje w tym opowiadaniu kwestią poważną.
W Noclegu (z tomu Dwa listy i inne opowiadania, 1970, 1974) podróżującemu bohaterowi przyszło, z braku miejsca w hotelu, spędzić noc w pewnym domu. Właściciel ostrzegł gościa, iż „tutaj straszy”. Podróżnik rad by się dowiedzieć więcej, jednakże gospodarz poprzestaje na informacji „straszy w ogóle”. Sugestia działa mocno, bohater (z wyraźnym zresztą zacięciem filozoficznym) lęka się niewiadomego, nie ustając przy tym w analizie. Słyszy coś w szafie – mysi chrobot. Nie umie rozstrzygnąć, czy to zwykła mysz.
„Ostrożnie zajrzałem jeszcze raz do szafy. Siedziała w kącie, szara. Znaczy ona coś czy nie znaczy? Nic po niej nie było można poznać. Patrzyła na mnie oczkami podobnymi do dwóch ziaren maku. Co można wyczytać z dwóch ziaren maku?”.

Niepewny rzeczywistego stanu rzeczy bohater zabija zwierzę butem. Zaraz zaczyna się bać tego buta, potem własnych rąk (i nie ma w tekście sugestii, że to wyrzuty sumienia). Na koniec gospodarz musi pomóc bohaterowi sztucznym oddychaniem. Wracam do „oczek podobnych do ziaren maku”. Drugi deminutyw (ziarnek czy ziarenek) byłby już koleiną stylistyczną, niweczącą liryzm porównania.
Opowiadanie Nocleg, wraz z innymi z Dwóch listów, przetłumaczyła na francuski Thérèse Douchy, czyli Teresa Dzieduszycka. Zmieniła trochę finał tekstu, a jeszcze bardziej tytuł, na Une souris dans l’armoire (Mysz w szafie). Pod takim też tytułem ukazała się cała książka, nakładem Édition Albin Michel w 1970, ze stosowną ilustracją na okładce. Nie podano, kto ją zaprojektował.
ADAM POPRAWA