Jerzy Jaworowski urodził się 11 września 1919 roku w Augustowie. Jego ojciec, Jan Jaworowski, lekarz powiatowy, osiadł w tym mieście po ukończeniu studiów medycznych na Uniwersytecie Warszawskim i doczekał się licznej rodziny – z pierwszego małżeństwa miał sześć córek, a po owdowieniu ożenił się z młodszą o dwadzieścia lat Heleną z domu Herburt-Heybowicz. Z tego związku urodziło się jeszcze pięcioro dzieci, w tym Jerzy – jako ósme dziecko i pierwszy, wyczekiwany syn. Później przyszli na świat jeszcze siostra i brat Jan, młodszy od Jerzego o osiem lat, późniejszy profesor matematyki w Indiana University w Bloomington (USA) – spiritus movens wyboru uczelni artystycznej przez starszego brata.
Dom w Augustowie tętnił życiem. Doktor Jaworowski był znany z niezwykłej gościnności, szczególnie chętnie zapraszał pod swój dach muzyków. Miał też poczucie humoru, co podkreślał mój ojciec, który zresztą je odziedziczył. Jerzy żartował w nieoczywisty sposób i zawsze delikatnie, trochę nieśmiało się uśmiechał. Była to bardzo zżyta rodzina. Starsze siostry, w tym przyrodnie, zajmowały się młodszym rodzeństwem. W albumach pamiątkowych jest wiele zdjęć z pikników. Po wojnie, rozrzuceni po świecie, korespondowali ze sobą i odwiedzali się w miarę ówczesnych możliwości.
Jerzy Jaworowski całą młodość spędził, harując przy wyrębie tajgi jako lesorub. Z ośmioletnim wyrokiem „za szpiegostwo” został osadzony w Jercewie, w jednym z tysięcy sowieckich łagrów. Trafił tam, gdy jako dziewiętnastoletni absolwent gimnazjum usiłował z ośmioma kolegami przedrzeć się do Warszawy po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski. Niemcy zawrócili ich do Rosjan. A tam NKWD, przesłuchania – i oskarżenie o szpionaż. Całe lata zadawałem sobie pytanie, jak on przeżył w tym obozie: katorżnicza praca (według relacji znajomego, Zygmunta Kielmela, dopiero gdy temperatura powietrza spadała poniżej –35°C, odwoływano wyjście na wyrąb), straszne warunki bytowe w lodowatym, zawszonym baraku, choroby (cierpiał na tak zwaną kurzą ślepotę występującą po zmroku), zagrożenie ze strony bandytów-urków i strażników, podłe pożywienie.
Myślę, że bardzo przeżywał brak informacji o rodzeństwie i ukochanej matce. Helena Jaworowska była małomówna, elegancka, chętnie udzielająca się charytatywnie, za co otrzymała zresztą złoty medal papieski. Prowadziła duży dom, dawała też lekcje francuskiego. Cechowała ją ogromna tolerancja – nigdy nie pozwalała na wrogie zachowania wobec przedstawicieli innego wyznania. A nie było o nich trudno w Augustowie i jego bliższej oraz dalszej okolicy. W tym pięknym uzdrowiskowym miasteczku, położonym na pograniczu wschodnim wśród lasów i jezior, mieszkało wielu Żydów, Tatarów, Litwinów i Rosjan.

Helena Jaworowska z domu Heybowicz, 1918
Doktor Jan Jaworowski, ojciec Jerzego, pochodził z szeroko rozrodzonej rodziny, która wywodziła się z naznaczonej tragiczną historią Jaworówki opodal Białegostoku. W 1863 roku mieszkało w niej 116 Jaworowskich reprezentujących kilka rodów. Ta istniejąca od 1564 roku osada w zakolu Supraśli i Narwi została w 1863 roku z rozkazu namiestnika Michaiła Murawjowa „Wieszatiela” „spalona i zaorana” za udział jej mieszkańców w powstaniu, a pochodzących z niej młodych mężczyzn spalono w szopie. Pozostałych mieszkańców wywieziono na Sybir; nikt nie wrócił. Po trzystu latach istnienia Jaworówkę wymazano z mapy.
Od połowy XVIII wieku linia naszej rodziny zasiedlała leżący nieopodal Tykocina majątek Szorce-Cibarzewo, spory mimo ubogich ziem w otulinie Biebrzy. Żywa była tam pamięć walk narodowowyzwoleńczych i zesłań. Myślę, że Jerzy Jaworowski w takich tradycjach się wychował, choć nigdy o tym nie mówił. Na pewno stąd też wywodziła się patriotyczna i społecznikowska postawa doktora Jana Jaworowskiego. Żeby choć trochę przybliżyć postać mojego dziadka, zacytuję nekrolog, który ukazał się po jego śmierci. Nawet jeśli przymkniemy oko na wybujały styl tamtych czasów, dobrze oddaje on to, co relacjonowali wszyscy, którzy doktora znali:

dr Jan Jaworowki, przed 1910
„Kurier Warszawski”, 23 stycznia 1937 r.
Śp.
dr Jan Jaworowski
W dn. 20 b.m. zmarł nagle, na serce, śp. dr Jan Jaworowski, znany ogólnie lekarz i działacz społeczny na Suwalszczyźnie.
Zmarły, po skończeniu wydziału lekarskiego na uniwersytecie warszawskim, osiadł w Augustowie. Mimo ucisk zaborczy, panujący wtenczas, nie ogranicza się do pracy zawodowej, lecz rozwija energiczną działalność społeczną, biorąc udział we wszystkich niemal organizacjach polskich. Niezwykłe zalety jako człowieka i Polaka powodują, iż nawet zaborcy odnoszą się do niego z pełnym szacunkiem, co w dobie rewolucji w r. 1905 i lat przedwojennych ułatwia dr. Jaworowskiemu uratowanie niejednego społecznego i politycznego działacza od więzienia lub zesłania. Wybuch wojny europejskiej zastaje dr. J. Jaworowskiego na posterunku. Wcielony do szeregów armii rosyjskiej, najpierw w Grodnie, później na froncie ryskim, niesie pomoc lekarską tysiącom rannym, zdobywając sobie miłość powszechną. Po powrocie do kraju natychmiast przystępuje do organizacji służby lekarskiej w pow. augustowskim, obejmując stanowisko lekarza powiatowego. Dzięki zabiegom jego powstaje szpital powiatowy, szpital epidemiczny, on również organizuje pierwsze kadry Pol. Czerwonego Krzyża, Tow. Przeciwgruźlicze itp., wszędzie śpiesząc z gotowością największego wysiłku dla dobra publicznego. Poza tym jest prezesem Straży Ochotniczej, Związku Harcerstwa Polskiego, Związku Młodzieży Czerwonokrzyskiej itp. Podczas ofensywy bolszewickiej aresztowany, jako zakładnik miał być rozstrzelany, lecz opór ludności, która groziła nawet bolszewikom, umożliwił mu ucieczkę. Powrót dr. J. Jaworowskiego do Augustowa witają wielotysięczne tłumy ludności z całej okolicy, wyrażając w ten sposób swoją wdzięczność za wieloletnią pracę i opiekę.
Zemerytowany przed kilku laty, nie rzuca pracy lekarskiej, lecz w dalszym ciągu bierze udział w służbie zdrowia, pracując jako lekarz naczelny w miejscowej Kasie Chorych i praktykując, jako chirurg i ginekolog.
Śmierć zabrała go nagle w 65 roku życia. Suwalszczyzna i Augustów tracą w nim człowieka i obywatela o pierwszorzędnych zaletach i wielkiej, choć cichej zasłudze. Uznało ją zresztą i państwo, nadając zmarłemu szereg odznaczeń.
Po jego przedwczesnej śmierci rodzina znalazła się w trudnym położeniu – Rosjanie zarekwirowali dom, który w dalszej kolejności przejęli Niemcy, a po nich znów NKWD i ich polscy następcy. Całej tej posiadłości, leżącej w granicach czterech ulic, z dużą kamienicą, rodzina nigdy nie odzyskała.
Rodzeństwo i dalszych krewnych ojca poznałem, choć jego rodzice już od lat nie żyli, tak samo jak jedna z sióstr, która z mężem, też lekarzem, zginęła na Wołyniu. Poznałem też w dzieciństwie rodzeństwo babki, w tym przyrodnie. Od końca XIX wieku do rodziny Heybowiczów należał – poza Janiszkami, gdzie mieszkali – dom letni w Podleszczewie pod Suwałkami, wraz z ziemią i zatoką jeziora. Centrum tego domu stanowiła ogromna przeszklona weranda rozciągająca się na szerokość budynku. Tam mieszkańcy i goście, odziani z wielką elegancją, popijając nalewki, całymi dniami grali w „bridża”, często na dwa stoliki. Lubiłem ich obserwować. Moi rodzice zawsze do nich dołączali. (Po latach zobaczyłem podobne typy wśród bohaterów filmu Felliniego Amarcord). Wszyscy mieli charakterystyczny w rodzinie tik nerwowy i tak ich zapamiętałem, potrząsających głowami, każde w inną stronę. Zawsze weseli, opowiadali nam, dzieciom, niestworzone historie o biesach. Wujowie ojca byli inżynierami, budowali kolej transsyberyjską, jedna z ciotek została nauczycielką po skończeniu fizyki. Ci bracia dorobili się w Rosji fortuny, ale nie chcąc tego uposażenia dźwigać w złocie, zabrali je w rublach, banknotach wielkich jak płachty. Wszystko stracili. Znając ich, potrafię sobie trochę wyobrazić moją babkę, z którą już nie mogłem się spotkać, ponieważ zmarła w 1945 roku, jeszcze przed powrotem ojca z łagru.
Historia jej ojca, mego pradziada Konstantego Kaliksta Herburt-Heybowicza, również warta jest przywołania: za udział jego ojca, Aleksandra Heybowicza, w powstaniu listopadowym skonfiskowano majątek Heybowiczów, Grabowo koło Dowspudy. Wówczas rodzina zmuszona została do kupna mniejszego majątku Janiszki, położonego opodal Sejn. W akcjach antycarskich brał udział również sam Konstanty Heybowicz, za co otrzymał wyrok śmierci. Według rodzinnej legendy jego matka pojechała do Petersburga, do cara, aby wstawić się za synem. Prawdopodobnie wskutek tej interwencji karę śmierci zamieniono na katorgę. Niestety, matka przypłaciła tę wyprawę śmiertelnym zapaleniem płuc. Konstanty Heybowicz ponad 20 lat przebywał na Syberii, pracując między innymi w kopalniach srebra. Tam w roku 1870 się ożenił, lecz szybko owdowiał. Na przełomie lat 1879/1880 wrócił do majątku Janiszki, którego stał się właścicielem. Ożenił się z Pauliną z domu Weryho i z tego związku urodziła się w 1888 roku Helena, przyszła żona doktora Jana Jaworowskiego, matka mojego ojca. Wczesna śmierć nie ominęła i tej żony Konstantego, która w wieku 35 lat zmarła na gruźlicę po dziesięciu latach małżeństwa, osierocając dwuletnią Helenę i jej dziewięcioro rodzeństwa. Będąc wdowcem, Konstanty nie był w stanie ich wychować, toteż Helenę wzięło na wychowanie bezdzietne małżeństwo Weryhów: Józefa, siostra Konstantego, i jej mąż doktor Andrzej, krewny Pauliny. Józefa była podobno uwielbiana przez dzieci Konstantego z obu małżeństw. Weryhowie ofiarowali swojej wychowance w posagu dużą posesję – kamienicę w Augustowie, wspomniany wcześniej dom rodzinny Jerzego.
Opisuję możliwie dokładnie obie te rodziny, sięgając dalej w przeszłość, bo uważam, że bez nakreślenia klimatu, w jakim się wychował mój ojciec, bez uwzględnienia nagłego wtrącenia do piekła na osiem lat i powrotu do innej już rzeczywistości, nie można zrozumieć jego „opętania” pracą, zanurzenia w wytworzonym przez siebie – niepodległym – świecie.
Przywiązany do wspomnień, refleksyjny, rodzinny, związany z miejscami swego dzieciństwa, kiedy tylko mógł, powracał tam choćby na dwa dni. Zatrzymywaliśmy się w starej poczcie, ładnym klasycystycznym budynku, który dziś mieści szkołę muzyczną. Następnie jechaliśmy w jakieś ustronne miejsce nad jeziorem. Pływał w nim z nieodłącznym papierosem w ustach i w ciemnych okularach. Nosił je na co dzień – mówił, że odgradzają go od świata. Przed wojną wiele czasu spędzał, chodząc samotnie po puszczy augustowskiej, wokół odludnych jezior. Później i ja poznałem te szlaki. Ojciec zabierał mnie ze sobą wszędzie, dlatego dużo widziałem i pamiętam. Spotykał się z dawnymi kolegami z gimnazjum, czasem z jeszcze żyjącymi nauczycielami. Lubił zatrzymywać napotkanych ludzi i prowadzić z nimi długie rozmowy. Wszyscy go tam znali, a o doktorze wyrażali się z najwyższym szacunkiem. Pamiętano go w odległych wsiach, dokąd do pacjentów przyjeżdżał jedynym w Augustowie służbowym samochodem. Kierowca pytał napotkanych: „A koniem dojedzie?… To i my dojedziemy”.
Z gułagu ojciec wrócił do Polski dopiero w 1948 roku, trochę przez przypadek. Po odbyciu całego wyroku wywierano na byłych więźniów naciski, aby zostali i przyjęli sowieckie obywatelstwo, bo potrzebowano ich do pracy. Byli niedoinformowani i wprowadzani w błąd co do swoich praw. Do powrotu zachęcił ojca spotkany niespodziewanie kolega, z którym wraz z innymi był aresztowany na samym początku wojny. Obu skazano na osiem lat ciężkich robót przy wyrębie lasu w tajdze pod Archangielskiem, ale trafili do różnych obozów. Znajomy wiedział więcej i przy jego pomocy ojciec wyrobił potrzebne papiery. Ten kolega, jak się okazało, stracił w obozie prawą dłoń. W desperacji odrąbał ją sobie siekierą, nie mogąc znieść katorżniczej pracy. Jak pisał w Innym świecie Gustaw Herling-Grudziński: „Samookaleczenie ręki lub nogi siekierą na ściętym pniu uchodziło w latach trzydziestych siódmych – zwłaszcza w brygadach leśnych – za najpewniejszy sposób wydostania się u kresu sił do normalnego, ludzkiego szpitala. Niesamowita bezmyślność sowieckiego ustawodawstwa obozowego sprawiła, że więzień umierający z wycieńczenia przy pracy był bezimienną jednostką energetyczną, którą wykreśla się pewnego dnia z planu technicznego jednym pociągnięciem ołówka; ale więzień okaleczony w czasie wyrębu lasu był tylko uszkodzoną maszyną, którą odsyła się czym prędzej do remontu” [1].
Z obozu zachowało się kilka bardzo ogólnych, ocenzurowanych skrawków listów złożonych w charakterystyczny, niewielki trójkąt. Niestety, ktoś je wypożyczył i nie oddał. Mam jednak pełną rozpaczy kartkę pocztową, pisaną już po odbyciu ośmioletniego wyroku, jeszcze z Witebska: „Co się dzieje z Mamusią? Czemu nic mi nie piszecie…?”.
Z łagru nie miał dokąd wrócić. Dom rodzinny zajęło państwo, rodzeństwo rozjechało się po świecie. Matka już nie żyła. W czasie wojny, do 1945 roku, mieszkała w Pruszkowie pod Warszawą.
Utrzymywała się tam z dwójką najmłodszych dzieci z wypieku i sprzedaży ciastek. Rodzeństwo nie rozpoznało Jerzego i próbowało odprawić go sprzed drzwi. To się szybko wyjaśniło, ale pokazuje, w jakim stanie wrócił z ZSRR. Był wystraszony, w podwarszawskiej kolejce bał się konduktora, mówił w połowie po rosyjsku.
Po powrocie dwa lata dochodził do siebie, lecząc się z depresji. Według relacji mojej mamy, napisał książkę o swoim pobycie w łagrze, ale ją zniszczył. Mogę się naturalnie mylić, myślę jednak, że chciał się całkowicie odciąć od przeszłości, o czym przekonują mnie zapamiętane zdarzenia. To tak naiwnie brzmi – zacząć nowe życie. Ojciec czynił to konsekwentnie. Nagle wszystko zaczęło się układać. Studia na warszawskiej ASP; najpierw w pracowni ilustracji Jana Marcina Szancera, potem w pracowni plakatu u Henryka Tomaszewskiego. Pierwsze zlecenia dla wydawnictwa Czytelnik. Żona lekarka, następnie syn. Przy Czytelniku działała spółdzielnia, dzięki której kupił na raty maleńkie mieszkanie, składające się z sypialni i pokoju ogólnego zastosowania, będącego również pracownią. Tam, z oddolnej perspektywy „pod stołem” zacząłem moje nieświadome jeszcze obserwacje jego pracy. Miał jej wiele, stale dzwonił telefon. W 1961 roku pojechaliśmy odebrać najpiękniejszy samochód świata – czerwoną Škodę Octavię ze skrzydłami na tylnych błotnikach. Pojechaliśmy nim do Jugosławii. W dalszych latach, za gażę wyrwaną dzięki ZAiKS-owi od Shella, trzy razy zjeździliśmy Europę kolejnymi samochodami.

Jerzy Jaworowski w pierwszym mieszkaniu przy Hożej, ok.1960. Fot. Andrzej Heidrich
Ojciec pracował rano, po południu i wieczorem. Na ogół rano rysował grafiki artystyczne, potem przygotowywał nam obiad. Następnie drzemał, a później do późnego wieczora robił projekty użytkowe na zlecenie. W nowoczesnym niemieckim radiu stale słuchał młodzieżowej muzyki brytyjskiej i wiadomości BBC. Bardzo dużo czytał. Jeśli wieczorem dobiegał z pokoju śmiech, to oznaczało, że lekturą jest Klub Pickwicka. W domu nie mówiono o pieniądzach ani nie plotkowano o znajomych. To także zasługa mojej mamy, osoby niezwykle tolerancyjnej. Uczestniczyła we wszystkich spotkaniach towarzyskich. Nigdy nie miała żalu, że jest zmęczona, po dyżurze. Była córką przemiłego, spokojnego i niewtrącającego się w życie innych profesora Politechniki Warszawskiej. W naszym mieszkaniu leżała teatralna torebka mamy ze wspólnymi pieniędzmi. Ja też mogłem stamtąd coś na swoje potrzeby wziąć, ale tego nie robiłem. Brałem najwyżej z kieszeni marynarki ojca drobne na makagigi (przysmak z miodu i maku – taka mała kostka za złotówkę).
Graficy w Czytelniku się przyjaźnili, spotkania odbywały się w pracowni graficznej lub słynnej czytelnikowskiej kawiarni oraz oczywiście w mieszkaniach. Szef pracowni, Samuel Miklaszewski przychodził ze złowionymi szczupakami albo polędwicą z bazaru na Polnej; przyrządzał je u nas w domu. Wpadali znajomi na wódeczkę. Wszyscy w jakimś stopniu zostawiali za sobą trudną przeszłość. Nie pamiętam, żeby o niej rozmawiano. Nie twierdzę, że ojciec nie miał w sobie traumy, ale jej nie okazywał. Nie wspominał zesłania, nie uskarżał się, nie był zmęczony, ani rozdrażniony czy zły. Nie podnosił głosu. Nikomu niczego nie narzucał. Jerzy Jaworowski brał udział w wielu komisjach artystycznych. Miał autorytet, czekano „co Jawor powie”, pytano, co sądzi. Podkreślano, że był sprawiedliwy. Nie nosił w sobie zawiści, potrzeby pouczania. Bardzo spokojny, zawsze trochę nieobecny. Nie miał wrogów.

Redakcja graficzna Czytelnika. Od-lewej Andrzej Heidrich, Jerzy Jaworowski, Jan Młodożeniec, Jan Samuel Miklaszewski, Marian Stachurski, lata 60.
Przyjaźnił się z kolegami z ASP i Czytelnika. Już po studiach zaprzyjaźnił się ze swoim profesorem Henrykiem Tomaszewskim, od którego był ledwie pięć lat młodszy. Pamiętam, że w czasie wspólnych wakacji pod Augustowem opowiedział mu swoje losy. Było to w latach 70., a więc dwadzieścia lat po tym, kiedy się poznali. Przyjaźnił się też z młodszym od siebie o piętnaście lat Markiem Nowakowskim, który jemu pierwszemu czytał swoje opowiadania. Najważniejszy był starszy o dziesięć lat Stanisław Zamecznik, architekt, wystawiennik, ale i świetny grafik, o czym świadczy nowatorskie opracowanie Czarów i czartów polskich Juliana Tuwima. Dla ojca był mentorem, wzorem. Kiedy niespodziewanie zmarł na wylewu, ojciec całą noc nie płakał, nie szlochał, tylko wył. Dosłownie. Mama starała się go uspokoić, ale to nic nie dawało. Rano pojechał ze mną do zaprzyjaźnionych stolarzy, którzy wykonali według jego projektu prostą trumnę z jasnego, szlachetnego drewna. Nie mógł znieść myśli, że przyjaciel mógłby być pochowany w banalnej, czarnej trumnie ze srebrnymi ozdobami.
Nie jest to wyidealizowany portret: „Czytelnikowski okres wspominają koledzy jako pracę w wielkiej wspólnocie. Razem omawiano wszystkie projekty, a Jaworowski wyróżniał się (wówczas i później) nieprzeciętnym obiektywizmem ocen. Nie znał uczucia zawiści, nie znosił jednak kompromisów. Natury raczej zamkniętej, nie zjednywał sobie ludzi. Drażniły go nieszczerość i konformizm. Narażał się też często w imię artystycznej uczciwości, protestując przeciwko partykularnym interesom i obiegowym opiniom. Sądów swoich nie wyrażał jednak w sposób autorytatywny i pryncypialny, a stałym ich dodatkiem było powiedzenie: «wydaje mi się»” [2].
I jeszcze druga relacja, z recenzji z tamtych czasów: „Jaworowski uznanie publiczne traktował zawsze z charakterystycznym dla niego dystansem, a o sukcesach nie opowiadał nawet najbliższej rodzinie. Osobowość artysty była zaprzeczeniem tak zwanej otwartości […]. Nie zależało mu na popularności za cenę kompromisu z własną uczciwością […]. Tu chyba leży wyjaśnienie jego wieloletniego związku z literaturą piękną, która stała się pewnego rodzaju parawanem, zza którego artysta nie musi wychodzić, aby się pokłonić publiczności” [3].

Jerzy Jaworowski na wystawie swoich rysunkow w Galerii ZPAP w Warszawie, 1970
Śmiertelnie zatruł się farbami, których używał w pracy. W trakcie krótkiego, wielkanocnego wypisu ze szpitala, w dniu dyżuru mamy, zrobił niewielkie przyjęcie dla osób, z którymi współpracował w wydawnictwach, a które nigdy prywatnie nie bywały w naszym domu. Żegnał się. Parę tygodni później, 15 maja 1975 roku, zmarł na białaczkę.
PIOTR JAWOROWSKI
[1] Gustaw Herling-Grudziński, Inny Świat. Zapiski sowieckie, Warszawa, Czytelnik, 1989, s. 32.
[2] Teresa Kłosiewicz, Jerzy Jaworowski 1919–1975, „Nowe Książki” 1975 nr 13.
[3] T.G.K. (Teresa Kłosiewicz?), Jerzy Jaworowski, „Więź” 1975 nr 11.
Tekst pochodzi z książki „Jerzy Jaworowski [projekty wybitnego artysty polskiej sztuki książki]”, która ukazała się w serii Sztuka książki – biblioteka pod redakcją Janusza Górskiego.