HOME
Świadectwa

„Koniec pewnego świata”. Z Teresą Worowską rozmawia Magdalena Garbacik-Balakowicz

 

MAGDALENA GARBACIK-BALAKOWICZ: Spotykamy się, żeby porozmawiać o „Dziele Garrenów”, czyli o wznowionym właśnie cyklu powieściowym Sándora Máraiego. Obie uważamy, że jest to bardzo cenne, ciekawe i złożone przedsięwzięcie literackie, które w twórczości Máraiego jest odrębnym zjawiskiem. Na pewno warto poświęcić mu więcej uwagi, ukazać jego rozmaite warstwy oraz zastanowić się nad niezwykle ciekawymi rozważaniami Máraiego dotyczącymi historii i kultury europejskiej. Okazują się one w pewnych miejscach zdumiewająco prorocze jak na czasy, w których powstawały kolejne powieści, a także niezwykle aktualne z dzisiejszej perspektywy. Zacznijmy naszą rozmowę od historii powstawania „Dzieła Garrenów”, która jest dość nietypowa. O całym cyklu będziemy opowiadać zgodnie z jego polskim wydaniem, na które składa się pięć powieści. Są to kolejno „Zbuntowani”, „Zazdrośni”, „Obcy”, „Znieważeni” oraz „Maruderzy” [1]. Jaka jest tematyka tych powieści i czy Márai od samego początku planował cykl?

TERESA WOROWSKA: Z dużą pewnością możemy powiedzieć, że przynajmniej początkowo Márai nie planował cyklu. Powieść otwierającą dziś Dzieło Garrenów, czyli Zbuntowanych, napisał i wydał w 1930 roku. Opowiada ona o grupie chłopców, którzy na kilka miesięcy przed maturą tworzą bandę i buntują się przeciw światu dorosłych. Márai wpisuje się tutaj w tematykę dość popularną na początku XX wieku, a zwłaszcza po I wojnie światowej. Możemy wspomnieć takie utwory jak Straszne dzieci Jeana Cocteau czy ogłoszone trochę wcześniej Niepokoje wychowanka Törlessa Roberta Musila. Zbuntowani relacjonują przeżycia grupy chłopców, którzy, stając na progu dorosłości, doświadczają rozpadu dotychczasowego świata w konsekwencji wybuchu I wojny światowej. Muszą więc w jakiś sposób dać sobie radę nie tylko z klasycznymi problemami wieku dojrzewania, ale również z tym, co przyniosła historia, która wtargnęła w ich życie. Ten pierwszy tom był pomyślany jako samodzielna powieść. Dopiero w kolejnych latach Márai, dla którego tematyka dziejów mieszczaństwa węgierskiego była bardzo ważna, rozpoczął poświęcony mu cykl powieści – w latach 30. ukazali się Zazdrośni i Obcy, a w latach 40. Znieważeni i Maruderzy. Decyzja o połączeniu tych pięciu powieści w jedną całość zapadła dopiero w latach 80. Inicjatorem był István Vörösváry, ówczesny wydawca Máraiego z Toronto. To właśnie na jego prośbę po ponad 40 latach Márai ponownie zaczął pracować nad całym materiałem, spróbował scalić części o bardzo różnym charakterze, zarówno pod względem typu narracji, jak i problematyki. Wskutek tej pracy poszczególne części cyklu uzyskały nową jakość. Całość została opublikowana w 1988 roku.

 

M. G.-B.: Márai nadał cyklowi tytuł „Dzieło Garrenów”. Dlaczego?

T. W.: Dlatego, że poza pierwszym tomem, czyli właśnie Zbuntowanymi, który autor potraktował później jako prolog, bohaterami tych powieści są członkowie rodu Garrenów i pisane wielką literą Miasto, w którym Garrenowie mieszkają i które przez stulecia tworzyli. Centralną postacią cyklu jest Ojciec, Gábor Garren oraz piątka jego dzieci – Péter, Anna, Tamás, Albert i Edgár. Miasto, w którym ta znacząca rodzina mieszka, zostaje w pewnym momencie zajęte przez Obcych, ponieważ postanowieniem międzynarodowego traktatu zostaje ono przejęte przez inne państwo. Wszystkie procesy, które to wydarzenie rozpoczyna, ukazane są w bardzo ciekawy sposób, głównie w tomach Zazdrośni i Obcy. Mówią one o tym, co się w takiej sytuacji dzieje z mieszkańcami i z Miastem. Treść czwartego tomu, Znieważeni ma trochę inny charakter, bo zostały w nim zrelacjonowane bardzo ważne wydarzenia historyczne poprzedzające II wojnę światową. Márai zamierzał opublikować tę część w trzech tomach. Dwa pierwsze tomy ukazały się w 1947 roku, trzeci, który stanowił tematyczne zamknięcie całego cyklu, miał się ukazać w 1948 roku. Nie doszło jednak do tego. Choć wydrukowany, decyzją władz komunistycznych został wysłany na przemiał. Zecerom udało się ocalić zaledwie kilka egzemplarzy. W polskim wydaniu są to rozdziały zamykające Maruderów.

 

M. G.-B.: Całość cyklu krąży wokół trzech głównych metafor, którymi są rodzina, Miasto oraz tytułowe dzieło. Warto, żebyśmy porozmawiały o każdej z nich osobno.

T. W.: Jednym z motywów spajających cały cykl jest figura Ojca, która jednak różnie została przedstawiona w poszczególnych powieściach. W Zbuntowanych, którzy rozgrywają się pod koniec I wojny światowej, ojcowie są właściwie nieobecni. Podczas gdy chłopcy przygotowują się do matury, ich ojcowie walczą na froncie. Figura ojca pojawia się tu zarówno poprzez ukazanie jej braku, jak i poprzez przedstawienie jej zdeprawowanej wersji. Podobnie figura matki: matek albo nie ma, albo nie mogą sprawować opieki nad swoimi dziećmi. Dorastający chłopcy są pozostawieni samym sobie.

 

M. G.-B.: Jaki cel ma ten zabieg?

T. W.: Ojciec to jest bardzo ważna figura archetypiczna. Możemy powiedzieć, że kształtowanie własnej podmiotowości czy w ogóle cały proces dojrzewania młodego człowieka odbywa się w relacji do niej. Istnienie tej figury w jego życiu, ukazywanie wzorców itd., są niezwykle istotne, podobnie jak bunt przeciw niej, dzięki któremu może uzyskać psychiczną samodzielność, odrębność, tożsamość. Dlatego ojciec jest tak ważny. To ojciec stanowi prawo i egzekwuje je. Ojciec jest modelem procesu cywilizacyjnego, podczas którego młodzi ludzie uczą się, czym są honor, męstwo, godność, racjonalność, odpowiedzialność. Tego wszystkiego uczymy się nie poprzez bezkrytyczne przyjmowanie rad ojca, tylko w procesie wewnętrznej pracy nad nimi, który często przebiega wręcz w atmosferze konfliktu. Dzięki temu, gdy w końcu przyjmiemy jego nauki, to nie jako narzucone, ale już jako własne. W powieści chłopcy nie znajdują tego rodzaju oparcia w swoich ojcach, bo ich albo nie ma, przebywają na froncie, albo są tak cudacznymi figurami jak szewc Zakarka, ojciec Ernő, za którego syn właściwie się wstydzi. Tymczasem przed chłopcami otwiera się nieznany im wcześniej świat, mają dużo młodzieńczej energii i idą za złymi instynktami. W ich destrukcyjnych zachowaniach ujawnia się istota ciemnej młodości, czyli nihilistyczny pęd do niszczenia wartości w imię nieskrępowanej wolności, ogólny brak formy, naiwność, tkwienie w sprzecznościach, czy działanie motywowane poczuciem niższości. Te wszystkie cechy charakteryzują stan niedojrzałości. Energia, którą ci młodzi ludzie uwolnili, nie jest przez nich samych dobrze zagospodarowana, zamiast tego wykorzystana zostaje do kradzieży, oszustw i kłamstw.

 

M. G.-B.: W próżni, która pozostała po ojcach, pojawia się dwóch antyojców…

T. W.: Jednym jest aktor Amadé przebywający przejazdem w mieście, drugim właściciel lombardu Havas. Obaj ci antyojcowie wykorzystują energię chłopców do załatwiania własnych, brudnych interesów. Wciągając ich w nieczyste działania, podporządkowują ich złej energii, wskutek czego chłopcy tracą szansę na uzyskanie podmiotowości. Żaden z tych mężczyzn nie zachowuje się jak prawdziwy ojciec – nie ukazuje praw rządzących światem. Przeciwnie, ciągną chłopców w stronę transgresji, przekraczania granic moralnych i społecznych, burzenia tabu, zaspokajania egoistycznych odruchów i najniższych nieświadomych popędów. W istocie wykorzystują ich i uczą bezradności.

Pamiętajmy, że trwa I wojna światowa, chłopcy zdają maturę w obecności komisarza wojskowego, ten, kto ją zda, zostaje od razu powołany do wojska, przeszkolony, a następnie wysłany na front, z którego można nie wrócić. Ta perspektywa wisi nad nimi jak miecz Damoklesa, choć ten aspekt powieści nie jest szczególnie mocno wyeksponowany. Tymczasem oni w nikim nie znajdują prawdziwego oparcia i nie posiadają żadnego instrumentarium, żadnej prawdziwej, praktycznej wiedzy o życiu, dzięki której mogliby jakoś sobie radzić. Kierują więc swój bunt przeciw światu ojców, ponieważ to pokolenie ojców jest odpowiedzialne za wojnę. Bezpieczeństwo, które do tej pory było udziałem chłopców, nagle zniknęło, jakby został zerwany dach domu, w którym mieszkają.

 

M. G.-B.: Czy można powiedzieć, że to, co Márai ukazał w „Zbuntowanych” na przykładzie braku ojca, kontynuuje w „Zazdrosnych” i „Obcych” już na przykładzie konkretnej postaci Gábora Garrena, czyli głowy rodziny Garrenów?

T. W.: Gábor Garren jest bez wątpienia fascynującą postacią, która scala nie tylko rodzinę, ale odgrywa też ważną rolę w Mieście.

 

Kassa, Fő utca (1928). Fot. József Bónis. Fortepan.hu

 

M. G.-B.: W jakiej sytuacji go poznajemy?

T. W.: Poznajemy go w chwili, kiedy wychodzi na spotkanie Obcych. Wspomnieliśmy już, że w pewnym momencie miasto zostaje zajęte przez Obcych. Nie łączy się to z przelewem krwi, wojsko po prostu wkracza do Miasta i Gábor Garren wychodzi naprzeciw żołnierzom jako jego najważniejszy obywatel. Już wtedy widzimy, jak się zachowuje, jak reaguje na sytuację. Mamy pierwsze rysy jego portretu – człowieka poważnego, suwerennego, odpowiedzialnego, ale i cokolwiek oderwanego od rzeczywistości. Gábor Garren miał trzy żony. Pierwszą była Krisztina, piękna, prawdziwa dama, godna swojego męża. Niestety umarła młodo po urodzeniu dwójki dzieci, Pétera i Anny. Owdowiały Gábor Garren zakochał się w aktorce Lucy przebywającej przejazdem w Mieście. Lucy zawładnęła jego sercem na krótki czas, urodziła syna Tamása, a potem zniknęła z miasta razem z trupą. Po wielu latach Gábor Garren ożenił się po raz trzeci ze starszą mieszczką o imieniu Erzsébet, poważną kobietą, która doskonale doglądała domu i obdarowała go najmłodszym dzieckiem, Edgárem.

 

M. G.-B.: W tej powieści jest ciekawa zagadka związana z dziećmi…

T. W.: Gábor Garren ma jeszcze syna Alberta, który bez wątpienia jest starszy od Edgára i wiekiem bliższy trójce starszego rodzeństwa. Problem w tym, że nie wiadomo, kim była jego matka. Na pewno żadna z trzech żon. To o tyle istotne, że Albert jest jedną z ważniejszych postaci w cyklu i pozbawienie go matki może być podstawą do dalszych interpretacji. Tak wygląda rodzina Garrenów – jedna córka, która opiekuje się domem i ojcem, i czterech synów, którzy w momencie rozpoczęcia akcji powieści są rozproszeni po świecie.

 

M. G.-B.: Znamy już członków rodziny, co możemy powiedzieć o jej charakterze? Jaka jest rola rodziny Garrenów w Mieście?

T. W.: Przede wszystkim to rodzina, która dzięki Ojcu ma bardzo silną tożsamość. Ta tożsamość promieniuje z Gábora Garrena i dzieci w pewien sposób ją przejmują. Mieszkańcy Miasta są zdania, że to jest rodzina artystów, wyjątkowa i bardzo ważna w życiu Miasta. Ta tożsamość czasem bywa męcząca i odbierana przez członków rodziny jako pewien rodzaj przymusu. Tak odczuwa ją niekiedy Tamás, a na pewno Albert i Edgár, którzy od najmłodszych lat próbują się od rodziny uniezależnić. Dzieci właściwie nie kontynuują tego, co w przypadku Gábora Garena jest świadomie przyjętym obowiązkiem, wynikającym ze zrozumienia życiowej roli, jaką ma do odegrania w Mieście. Dwóch synów ucieka za granicę. W powieści zagranica Pétera nazywana jest Karnakiem, a zagranica Tamása – Peru. Nie należy tego rozumieć dosłownie. To są raczej określenia na „bycie gdzie indziej”. Chyba najlepiej widzimy to na przykładzie Pétera, który, przebywając w Karnaku, symbolizującym Zachodnią Europę, czuje się jak zawieszony w pustce. Niby coś robi, wykonuje jakąś bliżej niesprecyzowaną pracę, ale w niczym nie jest zakorzeniony. To nie jest jego życiodajny grunt. Jak pisze Márai, „Pétera otacza gęsta uporządkowana obcość”. Kiedy otrzymuje list od Anny, powiadamiający go, że Ojciec jest ciężko chory, w jednej chwili podejmuje decyzję o powrocie do domu. Natychmiast pojmuje, że jego miejsce jest z rodziną w Mieście. Informacja o śmiertelnej chorobie Ojca w jednej chwili przewartościowuje wszystko, z czym jest aktualnie związany, i przyciąga go do świata, w którym był długo nieobecny. Wraca do domu i czuje, że wraca na własne miejsce. Ale oczywiście, jak się później dowiemy, to już nie jest całkiem to samo miejsce. Również Tamás, buntując się przeciw rodzinie, wyjechał w świat, i także nie znajduje w nim dla siebie miejsca. Jednak, w przeciwieństwie do Pétera, nawet kiedy wraca do Miasta, nie wraca do własnych korzeni, co symbolicznie ukazuje to, że nie zatrzymuje się w domu rodzinnym, ale w hotelu naprzeciwko. Mimo powrotu, pozostaje daleko.

 

M. G.-B.: Kiedy na wieść o zbliżającej się śmierci Ojca dzieci wracają do Miasta, w pewien sposób na nowo próbują podjąć swoje dawne role. Z różnym rezultatem. Czy na podstawie ich zachowania możemy dowiedzieć się, co dla rodzeństwa oznacza bycie Garrenem? Czy jest to wyróżnienie czy ciężar?

T. W.: Mamy na ten temat bardzo ciekawe wyznanie Anny. Rodzina oznaczała dla niej przede wszystkim pewien naturalny żywioł, który przenika materialne zjawiska życia i w pewnym promieniu oddziałuje również na innych ludzi, oswaja ich i zmienia. Rodzinie przeciwstawiała obcych, ale granica nie przebiegała wyłącznie po lini krwi. Anna bynajmniej nie uważała za obcych mieszkańców Miasta, którzy nie należeli do rodziny w ścisłym tego słowa znaczeniu. Na przykład biskup János czy lekarz Lacta nie byli obcy. Rozumienie rodziny, rodu było dla niej szersze. Dotyczyło tych wszystkich, którzy żyli według podobnego porządku wartości, podtrzymywali ten sam tryb życia i budowali tożsamość Miasta.

 

M. G.-B.: Takie jest rozumienie Anny, ale jeden z braci, Albert, ma zupełnie inne zdanie na temat powinności i znaczenia bycia Garrenem.

T. W.: W całym cyklu, oprócz członków rodziny, spotykamy wiele postaci drugoplanowych, które również odgrywają ważną rolę w doprecyzowaniu tych garrenowskich wartości. To przede wszystkim członkowie rodziny, ale nie tylko. Albert i jego żona Márta oraz ich dzieci w tym sensie na pewno nie należą do rodziny; nie odgrywają jednak roli rodzinnej czarnej owcy, są po prostu zdrajcami, którzy zaprzeczają samej istocie bycia Garrenem. Albert w pewnym momencie staje się nawet wyznawcą narodowego socjalizmu.

 

M. G.-B.: Czy możemy się domyślać, dlaczego Márai w ten sposób przedstawił jednego z braci Garrenów?

T. W.: To jest bardzo ciekawy wątek, który ma, moim zdaniem, głębsze znaczenie. W pierwszych dwóch tomach poświęconych Garrenom, czyli w Zazdrosnych i w Obcych, widzimy, że Albert różni się istotnie od rodzeństwa, ale bez wątpienia przynależy do rodziny Garrenów. Natomiast w ostatnim tomie, w Maruderach, to jest już zupełnie inny człowiek, wyraźnie nie pasuje do Garrenów, do niczego, co oni sobą reprezentują, wstąpił do partii nazistowskiej, nosi znaczek w klapie marynarki i śledzi, czy ktoś z bliskich nie ma przypadkiem domieszki innej krwi. To jest rzecz, na którą nikt nigdy w rodzinie Garrenów by sobie nie pozwolił.

 

M. G.-B.: Ale taki znaczek przypiął nie tylko Albert…

T. W.: Przypiął go również Tamás, choć zrobił to z innych powodów. Tamás przypiął znaczek niemieckiej partii nazistowskiej – bo w tym czasie mieszkał już w Niemczech, nie w Peru – żeby gdzieś przynależeć. Wcześniej był w świecie zagubiony, świat mu niczego nie dał, sam też nie potrafił dla siebie znaleźć odpowiedniej drogi. I nagle zorientował się, że przynależności do partii daje mu jakieś miejsce w świecie i poczucie bezpieczeństwa. To jest uzasadnienie Tamása. Albert natomiast uznał, że to mu pomoże w karierze, zapewni materialne korzyści, będzie mógł coś na tym zyskać. Kiedy przyjeżdża do rodzinnego domu, w którym umiera Ojciec, Albert cały czas omiata wzrokiem meble i rozmaite sprzęty, co chwila wynosi coś do części mieszkania, w której się zatrzymał. I nieustannie myśli o tym, jak to spieniężyć, jak to wykorzystać, jak to przejąć. Reszta rodzeństwa taktownie udaje, że tego nie widzi. Mnie się zresztą wydaje, że postać Alberta jest wzorowana na jakimś dalekim krewnym Máraiego. W kolejnych tomach Dziennika powraca wspomnienie pewnej kolacji, która się odbyła w dzień imienin Sándora w 1944 roku, a to był akurat dzień, w którym armia niemiecka wkroczyła na Węgry. Na tej ostatniej kolacji obecni byli członkowie bliższej i dalszej rodziny solenizanta, i ktoś mówiąc o tych wszystkich wydarzeniach, które już wisiały w powietrzu, dowodził, że „teraz nadchodzi nasz czas. Bo wy wszyscy jesteście tacy wybitni, wszystko umiecie, jesteście tacy mądrzy, a dla takich ludzi jak my nie było dotąd miejsca. Ale teraz my będziemy dyktować, co ma być”. To była deklaracja człowieka absolutnie przeciętnego, ograniczonego, niemającego własnego porządku wartości, żadnej indywidualności, człowieka, który idzie w szeregu za innymi, czyli klasycznego członka masy. I cała charakterystyka Alberta – a jest to opis świetny, soczysty, złośliwy – umacnia moje przekonanie, że pierwowzorem musiał być ktoś spośród krewnych lub bliskich znajomych Máraiego, osoba przeciętna, o ograniczonym horyzoncie, dla której główną motywacją życiową było zdobyć coś dla siebie, osiągnąć korzyść, zatroszczyć się o swoje. I jednocześnie uważać się za wzorzec obywatela, bo przecież z Alberta emanuje przekonanie, że sposób, w jaki on żyje, to jedyny właściwy sposób, a ponieważ rodzeństwo żyje inaczej, on myśli o nich z pogardą. To bardzo ciekawa i ważna postać tej powieści.

 

M. G.-B.: Wróćmy jeszcze na chwilę do postaci Ojca i jej powieściowego przeciwieństwa, którym jest wszechpotężny finansista i przedsiębiorca Emmánuel. Jaka jest relacja Pétera i Emmánuela, i jakie przeciwieństwo zarysowuje się między Gáborem Garrenem a Emmánuelem?

T. W.: Ojciec wydaje się symbolem zakorzenienia, człowiekiem, który znajduje się na swoim miejscu, a Emmánuel jest jego odwrotnością, człowiekiem niezakorzenionym, kimś znikąd, kto może żyć w dowolnym miejscu na świecie. Emmánuel jest wielkim przedsiębiorcą skupionym na materialnej i finansowej stronie życia, to właściciel licznych firm i zakładów produkujących najrozmaitsze rzeczy. Nieustannie się przemieszcza, ale choć podróżuje po całym świecie, a jego orientacja i wpływy wydają się nieograniczone, jest jednak w jakiś sposób ograniczony, ponieważ nie rozumie rzeczy bardzo ważnych w życiu każdego człowieka. To przeciwieństwo figury Ojca, który nie wychylił nosa poza rodzinne Miasto, odkąd powrócił z zagranicznych studiów. Ojciec jednak pozostał dla Pétera przykładem człowieka światowego, niedościgłego pod względem elegancji zachowania i znajomości form. Kwestia zakorzenienia jest tu chyba najważniejsza, bo Ojciec jest człowiekiem ukształtowanym poprzez obcowanie z kulturą, podczas kiedy Emmánuel ukształtowany jest wyłącznie poprzez kulturę materialną i cywilizację. Dlatego Péter, chociaż znajduje się w najbliższym kręgu współpracowników Emmánuela, stara się jednak zachować wobec niego dystans i w pewnym momencie swojego życia – o czym dowiadujemy się z dalszych tomów – postanawia w ogóle uwolnić się od Emmánuela i opuścić jego firmę. Jest przez przedsiębiorcę traktowany bardzo uprzejmie, ale jednocześnie całkowicie przedmiotowo, nigdy nie wie, jakie otrzyma polecenie i co Emmánuel wobec niego postanowi. Natomiast życie Gábora Garrena jest bez reszty przewidywalne, znane są normy jego zachowania, ponieważ kieruje się tradycją. Nawet gdy zapada na śmiertelną chorobę, jego życie w dalszym ciągu płynie zgodnie z pewnym rytuałem, codziennie przychodzą pielęgniarka i lekarze, o regularnych porach zdawana jest relacja ze stanu pacjenta, wszystko jest notowane, a dzieci intensywnie uczestniczą w procesie oczekiwania na śmierć Ojca. Cały rytuał przeprowadzania człowieka przez chorobę ku śmierci jest tutaj zresztą bardzo ciekawie opisany: w pewnym momencie pacjent właściwie znika, zostaje zasłonięty chorobą, rozmowy na jego temat dotyczą w istocie choroby, tego, jak się z nią walczy, jakie środki należy zastosować i tak dalej, a człowiek, który cierpi, jest odsunięty na drugi plan. Márai tworzy w tym miejscu jeden z licznych w całym cyklu miniesejów.

 

M. G.-B.: Utrzymany zresztą w ironicznym tonie.

T. W.: Wiele z nich ma zabarwienie bardzo ironiczne. Ma się wrażenie, jakby Márai nie chciał już na poważnie pisać o mieszczaństwie węgierskim, bo świat Garrenów przestawał istnieć. I tak w istocie było. Márai pisał o Garrenach jako o pewnym wzorze mieszczaństwa węgierskiego, lecz raczej w sensie modelu, jakie to mieszczaństwo powinno być, mogło być, a nie jakie ono rzeczywiście było. Więc chociaż Ojciec jest ucieleśnieniem wszystkich cech, które Márai uważał za właściwe dla tej szlachetnej warstwy mieszczaństwa, to jednak nie potrafił już o nich pisać poważnie. I to nie tylko dlatego, że swojego czasu sam się przeciw nim zbuntował, bo prawdopodobnie czuł, że stały się pustą formą, nie wytrzymują ciśnienia codzienności, ale również dlatego, że kiedy pisał te tomy, szczególnie Znieważonych, powtórnie czytał Lottę w Weimarze Manna, gdzie znajdujemy to słynne zdanie, że kultura jest parodią. Symptomy tego widzimy już w dwóch pierwszych tomach, czyli w Zazdrosnych i w Obcych. Wyczuwamy w nich delikatną ironię na temat chociażby sposobu funkcjonowania rodziny. Gábor Garren jest artystą, ale niczego konkretnego nie tworzy. Jest właścicielem firmy Eol, drukarni nut, w której nic się nie drukuje. Ojciec wraz z subiektem Sebestyénem codziennie przychodzą do siedziby firmy, gdzie nic się nie dzieje poza tym, że zaglądają tam znajomi, rozmawiają, wypijają kieliszeczek nalewki i idą dalej. Przecież taka firma powinna działać, świadczyć usługi, mieć jakieś obroty – a tu nic takiego nie ma miejsca. Wszystkie te formy bowiem, które Gábor Garren zachowuje i nad trwałością których czuwa subiekt Sebestyén, to są formy, z których w minionych latach stopniowo wyparowała już treść. Dzieci Gábora Garrena obserwując je, nie znajdują już żadnej treści, którą te formy mogłyby wyrażać w ich życiu. I to jest w Dziele Garrenów bardzo ciekawy niuans – bo formy są oczywiście bardzo istotne, dla wszystkich twórców forma jest ważna i pytanie o formę jest często pierwszym pytaniem artysty, ale forma może się też stać pustą skorupą. Tu jest źródło tej łagodnej ironii i wskazanie, że tego wszystkiego, o czym czytamy, tak naprawdę nie można już traktować poważnie. Karmione samymi tylko formami dzieci nie potrafiły niczego kontynuować, ponieważ już nie było czego. I dlatego śmierć Ojca jest jednocześnie końcem tej roli, tego trybu życia i takiego myślenia o życiu. Każde z dzieci wybiera własną drogę i rodzina się właściwie rozsypuje.

 

M. G.-B.: Drugą przewodnią metaforą całego cyklu jest Miasto, które nie ma nazwy i nie wiadomo, gdzie się znajduje. Możemy powiedzieć, że jest to alegoria małego uniwersum. Przypomina greckie miasta-państwa, polis, które kierują się swoimi własnymi prawami. Mimo to możemy doszukiwać się pierwowzorów w rodzinnym mieście Máraiego, Kassy. Zwłaszcza, gdy spojrzymy na motyw „Obcych”, którzy pewnego dnia zajmują Miasto.

T. W.: Przejęcie odbywa się, jak wspomnieliśmy, bez walki, ponieważ Miasto zostało przekazane innemu państwu w traktacie pokojowym. Skutkiem tego nieuchronnie zaczyna się zmieniać, wytracać własną tożsamość, własną miejską kulturę, styl, klimat. Te zmiany, zarówno w ludziach, jak i w wyglądzie Miasta, zachodzą powoli. Jeśli chodzi o Obcych, to zostali on przedstawieni w bardzo ciekawy sposób, jest to ironiczna mieszanka narodów, które po I wojnie światowej otrzymały na mocy traktatu pokojowego w Trianon znaczne tereny węgierskie wraz z kilkoma ważnymi ośrodkami miejskimi. W powieściach znajdziemy zarówno częściowy portret Słowaków i Czechów, czyli nacji, które po układzie w Trianon zajęły Kassę, jak i liczne aluzje, które możemy rozpoznać jako mierzące w Rumunów, którzy zajęli Siedmiogród. Czytamy, że Obcy obsiedli miasto jak kolonia bakterii, zajęli wszystkie ważne miejsca i pozycje. Powoli zaczęli odsuwać na drugi plan rdzennych mieszkańców, wypierając ich z dotychczasowego trybu życia. Obcy przynieśli ze sobą odmienne porządki i zwyczaje, co bardzo zmieniło Miasto.

 

Kassa (1906). Fot. Magyar Földrajzi Múzeum / Erdélyi Mór cége. Fortepan.hu

 

M. G.-B.: W powieści czytamy, że od pewnego momentu „Miasto nie znajdowało się już na swoim miejscu”. Jak to rozumieć?

T. W.: To zdanie, które rozpoczyna Obcych, jest według mnie zdaniem doskonałym, bogatym znaczeniowo. Miasto przed przybyciem Obcych było jak najbardziej na swoim miejscu, stanowiło małe uniwersum, znajdowało się tam wszystko, czego potrzeba mieszkańcom, by żyć pełnią życia i zaspokajać wszelkie potrzeby – była katedra, księgarnia, teatr, kwiaciarnia, hotel i kawiarnia, były szkoły i wiele różnych sklepów. Bale i pogrzeby odbywały się według odwiecznej tradycji. A pojawienie się Obcych wszystko zmieniło. Nastały inne zwyczaje. Otwarto nowe, inne sklepy. Ludzie, którzy dotychczas coś znaczyli w Mieście, zaczęli tracić swoje miejsce w społeczności kształtowanej już przez Obcych. Stali się obywatelami niższej rangi, a przez to Miasto rzeczywiście się „przesunęło”, co należy rozumieć w sensie przenośnym – z miasta, które było żywym organizmem, pozostał, jak podsumowuje Péter, jedynie węzeł komunikacyjny. Dlatego rdzenni mieszkańcy zaczynają powoli wymierać. I tu mamy bardzo ważną paralelę. A formułuje ją pięknie opisany lekarz starego typu, doktor Lacta, który zna wszystkich swoich pacjentów od najmłodszych lat. To on spostrzega, że ludzie zaczynają chorować na jakieś dziwne choroby, skutkiem których prędko umierają. Choroby niby znane, ale nie wiadomo ani dlaczego oni na nie zapadają, ani dlaczego tak prędko umierają. Widzi, że to samo dzieje się z Miastem, które też „traci zdrowie”, nie jest remontowane, dachówki i tynki odpadają, wszystko blaknie, domy osuwają się, nawet figura zdobiąca dach katedry pewnego dnia spada na bruk. Lacta rozumie, że choroby, które uśmiercają ludzi, mają swój odpowiednik w powolnej degradacji Miasta będącego ramą ich życia.

 

M. G.-B.: Rozwińmy może tę myśl. Jaki wpływ na upadek Miasta mieli Obcy, jakie działania podejmowali?

T. W.: Przede wszystkim „odebrali powietrze” rdzennym mieszkańcom, zmarginalizowali ich i wprowadzili własne, zupełnie inne zwyczaje. Márai szczegółowo opisuje, jakim mówią językiem, jakich mają świętych, jak celebrują liturgiczne uroczystości, jak wyglądają, jak się ubierają, nawet co piją – bo piją piwo, a nie wino, które dotąd piło Miasto. Nowy tryb życia, nowe zwyczaje narastają na dawne, które powoli zanikają. Ta zmiana zwyczajów jest niezwykle ważna w Dziele Garrenów. Bo przecież sytuacyjnie to nie jest żadna fikcja literacka. W XX wieku w Europie było wiele takich miast, które miały swoją tradycję, które były takim małym uniwersum, i w pewnym momencie wskutek traktatów pokojowych zmieniono im przynależność państwową. A wszędzie tam żyli ludzie, którzy podlegali takim samym procesom jak te opisane w powieści. Książka Máraiego dlatego jest tak ważna, ponieważ opowiada historię uniwersalną, która w Europie w XX wieku zdarzyła się w wielu miejscach. A my, którzy mieliśmy szczęście tego uniknąć, dzięki tej alegorycznej opowieści możemy zrozumieć, jak to się dzieje, jak wygląda ten proces wytracania tożsamości, i uświadomić sobie, czym jest nasza własna tożsamość. Możemy odpowiedzieć na odwieczne pytanie: skąd przyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd idziemy?

 

M. G.-B.: W ostatniej powieści cyklu – w „Maruderach” – widzimy, że Miasto wraca do Macierzy. Wiemy, że dla Máraiego, który pochodził z Kassy, skutki układu w Trianon były bardzo bolesną sprawą i często do niej wracał. Jak się odnosił do decyzji pierwszego arbitrażu wiedeńskiego, który na nowo przyznawał Węgrom utracone tereny?

T. W.: Jest taki tom Máraiego, który nosi tytuł Dar losu, losu rozumianego jako fatum. Zebrane są w nim artykuły publicystyczne właśnie z 1938 roku. Kiedy tereny określone w arbitrażu wróciły do Węgier, wraz z armią i z urzędnikami wyruszyli też dziennikarze, którzy z dnia na dzień relacjonowali wydarzenia – przez jakie miejscowości jadą, jak Węgrzy z tych terenów przyjmują i witają żołnierzy. Te artykuły są pełne entuzjazmu i wielkiej radości, prawdziwej, szczerej radości. W tych dniach Márai poddał się ogólnemu nastrojowi euforii, że chociaż wraca tylko część odebranych ziem, to jednak następuje jakaś sprawiedliwość dziejowa.

 

M. G.-B.: Ale w powieści jest to już przedstawione zupełnie inaczej, wręcz groteskowo.

T. W.: Zgadza się, ponieważ jest to już wynik refleksji, która pojawiła się dopiero po opadnięciu pierwszej fali entuzjazmu. W Maruderach Márai opisywał ten powrót do ojczyzny z perspektywy ośmiu lat i doświadczeń II wojny światowej. I rzeczywiście w powieści wygląda on już groteskowo – do portu przybija mały, pomalowany szarą farbą krążownik obsługiwany przez zaledwie ośmiu marynarzy. Na tym stateczku znajduje się niezbyt ważny dostojnik, który wygłasza do ludu patetyczną mowę.

 

M. G.-B.: Czy Miasto udaje się odzyskać?

T. W.: W czasach, kiedy Márai pisał ostatnie części Dzieła Garrenów, widział już wyraźnie, że próba powtórnego złączenia, sfastrygowania ziem, które przez dwadzieścia lat znajdowały się w dwóch różnych państwach, jest próbą nieudaną, i że tego, co się stało po Trianon, już się nie da naprawić. W świecie powieściowym Tamás i Péter mają takie same przemyślenia. Obydwaj śledzą uroczystość odzyskania Miasta z dystansem, w tłumie nie widzą znajomych, bo dawni mieszkańcy wymarli lub zmienili się na modłę Obcych, wyrosło też nowe pokolenie, które nie ma nic wspólnego z Miastem. Wszystko, co było znajome, stało się obce i w niczym nie przypomina dawnego Miasta.

 

M. G.-B.: Na konflikt Obcych i rdzennych mieszkańców Miasta możemy też spojrzeć z szerszej, bardziej uniwersalnej perspektywy i umieścić ją w kręgu rozważań filozofii kultury.

T. W.: W Obcych zaraz na samym początku czytamy: „Naprzeciw katedry, w której przed trzystu laty pochowano pewnego bardzo nabożnego króla, a Péter którejś zimy, służąc do mszy jako ministrant, zaziębił się i dostał zapalenia pęcherza, przybysze pobudowali dom towarowy o wielkich oknach. Garrenowie i większość dawnych mieszkańców była zdania, że w tym szklanym pałacu tanio sprzedają podejrzane towary: kalosze, talk dla dzieci, ilustrowane magazyny historyczne w obcym języku, przybory gimnastyczne, powieści detektywistyczne i prezerwatywy. Trzypiętrowe szklane pudło z właściwą najeźdźcom butną pewnością siebie sterczało spomiędzy domów o stromych dachach, wypełnione podejrzanymi rekwizytami obcej kultury, pełniącymi rolę rumu, piór i szklanych paciorków. Péter za każdym razem odwracał głowę, gdy musiał przejść obok niego. Patrzył raczej na wyrzeźbione przez kamieniarzy anioły, które uśmiechały się znad portalu katedry, ponieważ w posągach z żółtego kamienia dawni mistrzowie zawarli coś ze swojej duszy i wiary. Przed trzystu laty Garrenowie również pracowali przy wznoszeniu katedry i rzeźbieniu posągów. Wszystkie dawne rodziny przyczyniły się do jej powstania: to dłutem i pracą rąk własnych, to datkami, albo po prostu tym, że każdego dnia przez sto lat przychodziły tu, by patrzyć, jak powstaje, albo modlitwą o jej urzeczywistnienie, by wieża była wysoka i pełna rozmachu, lecz przy tym godna, jak ludzki zamiar, który ją powoływał do istnienia, i by w takim duchu wytyczała drogę i kierunek pomiędzy ludźmi a Bogiem. Naprzeciw tej właśnie katedry obcy postawili z cementu i szkła dom towarowy o płaskim dachu. Ilekroć Tamás tamtędy przechodził, zaciskał pięść”. Ten cytat jasno ukazuje, jak Márai postrzegał napięcie pomiędzy kulturą a cywilizacją. Bo czym jest kultura? Jest świadomością całości. Kultura zmusza człowieka do przekraczania siebie samego. Wartości, które kultura tworzy i z których człowiek korzysta, skłaniają go do wysiłku, mówiąc przenośnie, do „stawania na palcach”, do rozwoju, ciągłego doskonalenia się. A cywilizacja tego nie robi, cywilizacja mówi: usiądź i wypocznij, ja ci zapewnię wszystko, czego ci potrzeba, a ty siedź i konsumuj. Człowiek, który jest kształtowany przez kulturę w rozumieniu Máraiego, idzie w innym kierunku niż człowiek, który jest kształtowany przez cywilizację.

 

Kassa, Katedra św. Elżbiety (1900). Fot. SK. Fortepan.hu

 

M. G.-B.: Jak w powieściach objawia się to napięcie między kulturą a cywilizacją?

T. W.: Objawia się w ciekawy sposób, a mianowicie dawna społeczność Miasta na skutek kontaktu z ofensywną cywilizacją popada w pospolitość. Ludzie buntują się przeciw wyższym ideom, które stawiają pewne wymagania w codziennym życiu. Jaki jest tego skutek, co się dzieje z mieszkańcami? „Ludzi nie można już było uratować, ponieważ nadszedł czas, w którym po długim, trwającym całe wieki wychowaniu wybuchła w nich żądza — na razie wstydliwie ukrywana, równoważona spowiedziami i gorliwymi praktykami – łakoma żądza pospolitości, pogaństwa, podłości, które Obcy przywlekli do miasta; poczuli wybuch tej żądzy i dlatego smucili się, spowiadali i przygotowywali się do zemsty, dlatego organizowaliby – gdyby biskup i Gábor Garren na to zezwolili – bezsensowne i bezcelowe, a nawet krwawe demonstracje; ale to wszystko nie mogło już uratować Miasta”. Czyli, jak konkluduje Márai, porzucenie kultury skutkuje tym, że natura ludzka poddaje się naturalnej słabości.

 

M. G.-B.: Jeśli popatrzeć na tę problematykę z perspektywy procesów historycznych i tego, jak one są przedstawione w całym cyklu, musimy powiedzieć, że w przypadku „Zbuntowanych” mamy do czynienia z bardzo konkretnym momentem historycznym, czyli końcem I wojny światowej. „Zazdrośni” i „Obcy” umieszczeni są w specyficznym bezczasie, jedynie z drobnymi aluzjami. A akcję „Znieważonych” i „Maruderów” Márai ponownie umieszcza w określonych ramach historycznych. Jak Pani odbiera te różnice?

T. W.: O Zbutowanych i powodach odmienności tej powieści już mówiłyśmy ‒ pisząc tę powieść, Márai nie planował cyklu i strukturalnie powieść przypomina inne z tego okresu. Akcja Zazdrosnych i Obcych rozgrywa się w okresie międzywojennym, na pewno po 1920 roku, ale bez żadnych konkretnych odwołań historycznych. Dodatkowo w tych tomach widzimy wiele nieścisłości czasowych, dotyczących na przykład tego, ile dokładnie lat minęło od zakończenia wielkiej wojny czy ile lat mają bohaterowie. Ale ponieważ to w pewnym sensie opowieść alegoryczna, brak konkretów nie przeszkadza w odbiorze. Z kolei dwie ostatnie powieści cyklu, czyli Znieważeni i Maruderzy są pełne historycznych odwołań. W tych latach działo się w Europie tak wiele i były to tak ważne wydarzenia, że Márai zmienił koncepcję i wpisał historię na karty powieści. W Znieważonych mamy obraz Paryża lat 30, widzimy emigrację hiszpańską, postaci znanych ówczesnych intelektualistów i twórców, spotykamy przedstawiciela niemieckiego faszyzmu. Historia dominuje również w licznych miniesejach, a nawet dłuższych fragmentach rozważań na temat wydarzeń, które właśnie się dzieją w Europie. Podobna struktura dominuje w Maruderach, mamy opis Berlina i atmosfery w nim panującej, relację z wiecu partii faszystowskiej czy odwiedziny u pisarza przebywającego w areszcie domowym ze względu na niewłaściwe poglądy.

 

M. G.-B.: Zatrzymajmy się może przy „Znieważonych” i „Maruderach”. Na kartach tych powieści w wir wydarzeń historycznych wplecione są liczne postaci, z którymi Péter Garren spotyka się i dyskutuje o losach Europy. Co możemy o nich powiedzieć?

T. W.: Mamy dwóch bohaterów wzorowanych na rzeczywistych postaciach – to hiszpański pisarz Mirza Rey, dla którego modelem był najpewniej filozof José Ortega y Gasset, a także niemiecki pisarz Berten, którego postać zainspirowana jest losami dwóch twórców, Gerharta Hauptmanna i Thomasa Manna. W ich usta Márai włożył dłuższe monologi, które poświęcone są ocenie doświadczanych procesów historycznych. W przypadku postaci Bertena mamy do czynienia z ciekawą refleksją – Berten pozostał w Berlinie i zmuszony był milczeć. W powieści mamy sugestię, że gdyby Berten wyemigrował, jak w rzeczywistości zrobił Thomas Mann, mógłby nadal tworzyć. W tym czasie ta kwestia żywo zajmowała Máraiego. Powieściowy Berten nie może pisać, publikować, ale może jeszcze powiedzieć swojemu gościowi, czyli Péterowi, wiele rzeczy o Niemcach i o tym, co się dzieje w Europie. W tych monologach widzimy sporo intuicyjnych stwierdzeń, które okazały się zdumiewająco prorocze i ponadczasowe.

 

M. G.-B.: W okresie pracy nad „Znieważonymi” i „Maruderami” w latach 40. Márai prowadził już dziennik i w wielu miejscach relacjonował poszczególne etapy pracy nad tekstem. Czego głównie dotyczą te zapiski?

T. W.: Najciekawsze są dwa wątki – pierwszy to kontynuacja rozważań na temat przemiany kultury w cywilizację. Ta problematyka zajmowała Máraiego już przy okazji Zazdrosnych i Obcych, w latach 40. jednak jego uwagi mają bardziej uniwersalny charakter i dotyczą aktualnego stanu kultury europejskiej po II wojnie światowej. Drugi wątek tworzą przemyślenia dotyczące charakteru narodów europejskich – Francuzów, Anglików i w szczególności Niemców oraz ich roli w kulturze naszego kontynentu i wpływie Niemiec na przebieg procesów historycznych.

 

M. G.-B.: Jak Márai postrzegał Europę? Czym dla niego była i jaki przewidywał jej los?

T. W.: Márai był wielkim patriotą Europy. Widział ją w kształcie cokolwiek wyidealizowanym, ale jednak i doświadczonym przez niego w latach młodości. Był przekonany, że to kontynent wielkich możliwości, ogromnej różnorodności i tworzący bardzo bogatą kulturę. Jednocześnie wyraźnie widział pewne zjawiska, które w okresie międzywojennym zaczynały się dopiero zarysowywać, a których rozkwit dostrzegamy chyba w obecnych czasach. W Znieważonych na przykład jest ciekawy fragment opisujący nowy typ Europejczyka, którego Márai nazywa człowiekiem bizantyńskim. Przytoczę go, bo wydaje mi się nie tylko świetny, ale i w przedziwny sposób aktualny: „Człowiek bizantyński przeszedł obok mnie i w letnim powietrzu pozostał po nim lekki zapach gardenii. Ci ludzie żyli już w nowym Bizancjum, którego nie można było dokładnie oznaczyć na mapie, bo nie miało swojej stolicy, znajdowało się naraz w Nowym Jorku, Londynie, Florencji czy Berlinie albo Paryżu i nie posiadało jeszcze władzy politycznej – ale podobnie jak Bizancjum wyłoniło się z upadającej kultury, kiedy Rzym i Ateny nie posiadały już żadnej siły oporu, tak to niewidoczne Bizancjum również oczekiwało na swoją chwilę, kiedy upadły sekretne bastiony europejskiej kultury chrześcijańskiej, podstawowe pojęcia moralności rozmyły się w duszach ludzi i przestały działać zawory bezpieczeństwa: moc danego słowa, skromna bezwarunkowość namiętności, wyczucie proporcji. To Bizancjum istniało ponad Berlinem, Wiedniem, Paryżem, Londynem i Nowym Jorkiem. A szczególna, wyjątkowa, ponadhistoryczna w tej wielkiej zmianie była właśnie ta świadomość, że my, ludzie epoki, wiedzieliśmy, że to z naszym udziałem i na naszych oczach się ona odbywa. Bo jednak ani w Atenach, ani później w Rzymie mieszkańcy nie zdawali sobie sprawy z tego, że właśnie coś się kończy – przez stulecia obserwowali nieufnie oznaki rozpadu, ale przechodnie na agorze czy na forum nie wiedzieli, że to już zmierzch pewnej kultury, łączącej się z nią władzy politycznej i sposobu życia. My wiedzieliśmy. Prawie tak, jakbyśmy przemijanie czasu obserwowali na zegarkach, jakby w sposób obliczalny, o czwartej po południu kończyła się epoka europejskiej kultury chrześcijańskiej, a zaczynało się coś innego, Bizancjum, nowe pogaństwo, z całą swoją przerażającą, dziką, czasem bohaterską, czasem znów zepsutą gorączkowością. Wiedzieliśmy nawet, że jesteśmy temu winni, nic nie możemy poradzić, ponieważ nie potrafimy narodzić się od nowa, nie potrafimy się odnowić nawet w czyśćcu cierpienia, daremnie prawimy kazania wierszem i prozą ze sceny i z ambony, jesteśmy bezradni. Humanista zdawał sobie z tego sprawę, dlatego cicho się usunął. Jego miejsce zajął fanatyk, zepsuty, pozbawiony hamulców, bizantyński. Pedagog, który może mógłby coś uratować, zamilkł, propagandzista zaś rozkrzyczał się. Tak się zaczęło”. Ta wizja człowieka epoki globalizmu, naszej epoki wydaje mi się dziś bardzo prorocza.

 

M. G.-B.: Ostatecznie jakie wnioski wysuwa Márai na temat przyszłości kultury europejskiej?

T. W.: Na początku Znieważonych, w monologach wewnętrznych Pétera czuje się jeszcze wiarę w samouzdrawiającą moc kultury europejskiej, ale ta wiara na dalszych stronicach powieści powoli zanika, a w Maruderach widzimy już smutną konstatację Pétera, który wysyła krótki telegram do Emmánuela: „Kultura umarła. Stop. Nihil żyje.” Tę konkluzję formułuje po wysłuchaniu mowy Hitlera w berlińskim Sportpalast. Jeszcze mocniej, we wstrząsający sposób wypowiada się na ten temat Mirza Rey, który mówi do Pétera Garrena tak: „To koniec znanego nam europejskiego obrazu świata. Jeden człowiek opanował wolę mas o drobnomieszczańskich ambicjach. Wszystko, co nastąpi, będzie tylko ostatecznym rozwiązaniem skomplikowanego wzoru matematycznego. Niech pan się rozejrzy, niech pan się przyjrzy temu złudnemu obrazowi, temu pięknemu kościołowi z greckimi kolumnami, parlamentowi francuskiemu, ziemskiej przeciwwadze boskiego ciała. W europejskim sensie swego istnienia wszystko to się wkrótce skończy. Budynki może pozostaną… nie wiem. Ale dusza, która próbowała się wyrazić w tych świętych i ziemskich budowlach, czy to niemą modlitwą, czy elokwentnym przemówieniem poselskim, dusza już więcej nie wypełni tych wspaniałych wnętrz. A ludzie, których pan wokół widzi, siedzą na brzegu Atlantydy”. Ciarki człowieka przechodzą, gdy się to dzisiaj czyta. Sam Márai kilka lat później widząc wokół siebie gruzy i upadek świata, w którym do tej pory żył, napisał coś podobnego. Bardzo lubił chodzić do łaźni, przed wojną regularnie tam bywał. Pod koniec 1945 roku poszedł do niezburzonego kąpieliska Cesarskie Łaźnie. W krótkim opisie czytamy, jak tam wszystko jest po staremu, nic się nie zmieniło, łaziebni niczym celebransi doglądają odpowiednich ceremonii, a on przygotowuje sobie okulary, gazetę, papierosa. I pisze tak: „Zanurzam się w siarczanym wrzątku, palę, moczę się i czytam. I jakbym stracił osobowość: czuję się starszy o tysiąc lat i kilka wieków. Dokładnie tak samo kąpał się w parującej wodzie cieplicowych łaźni jakiś pisarz w epoce Marka Aureliusza czy raczej w czasach Karakalli, z tą samą świadomością, że podczas gdy on kąpie się i czyta, wokół niego zanika kultura”.

 

M. G.-B.: Nie sposób jednak nie wrócić do wspomnianego przed chwilą wiecu w Pałacu Sportu, na którym przemawiał powieściowy Głos, czyli Hitler. Jest to majstersztyk literacki, rozdział, który łączy w sobie wszystkie najważniejsze zagadnienia poruszane w powieści związane z rozważaniami na temat charakteru i roli Niemiec, kultury europejskiej, procesów historycznych oraz relacji jednostki i masy. Wcześniej Márai opisał ten wiec w reportażu „Mesjasz w Pałacu Sportu” (po polsku ukazał się w tomie „W podróży”), jednak w „Dziele Garrenów” ten temat zyskuje zupełnie inny wymiar.

T. W.: Tu mamy o wiele szerszy, głębszy i bardziej szczegółowy opis. Márai nie opisuje tego wydarzenia w formie reportażu, którego on jest autorem, tylko osadza go w świecie powieści i oddaje głos Péterowi, który w nim uczestniczy. Jest ono opisane in statu nascendi, ma zupełnie inną dynamikę niż reportaż. Czytając relację Pétera poznajemy mechanizm indywidualnego oporu, z jakim człowiek znajdujący się w opętanym fanatyzmem tłumie chroni swoją odrębność i nie poddaje się zbiorowej presji emocjonalnej. Péter odpiera pokusę, nie staje się bezosobowym elementem tłumu, czyli kimś, kto bezmyślnie reaguje i podąża za innymi. Ratuje go „wewnętrzny komentator”, którego on ani na chwilę nie wycisza, który wszystko bacznie obserwuje i natychmiast komentuje. Dzięki temu Péter przez cały czas utrzymuje dystans wobec wydarzenia, w którym bierze udział. Słuchając mówcy na podium, w pewnym momencie odkrywa fałszywe tony w przemowie i z pewną ulgą stwierdza – przecież on kłamie, on kłamie! Márai doskonale to ujął: „Nakłamał też wiele prawdy”. Półprawda jest w rozpoznaniu znacznie trudniejsza niż kłamstwo, które stosunkowo łatwo można nazwać czy obnażyć. Dzięki temu Péter potrafi utrzymać dystans wobec otoczenia, nie daje się wciągnąć wirowi emocjonalnemu, który się wokół niego utworzył. Pozostaje niezależny.

 

Kassa, Harang utca (1933). Fot. Tamás Kieselbach. Fortepan.hu

 

M. G.-B.: W tym momencie warto przypomnieć postać Alberta.

T. W.: Albert jest właśnie typowym człowiekiem tłumu, który bez chwili refleksji, bez żadnego oporu utożsamia się z grupą, staje się jej członkiem, idzie za innymi. Péter i Albert w moim odczuciu symbolizują w powieści dwie warstwy mieszczaństwa węgierskiego, z których jedna robiła wszystko, żeby podtrzymać wewnętrzny opór, pomagać Żydom, nie zapomnieć o historii ani o żywotnych interesach własnego narodu, zachować codzienną solidarność, nieść pomoc. Jest sporo postaci historycznych, które realizowały ten program, zachowały szlachetną postawę. Pewna część mieszczaństwa poddała się jednak presji chwili, kierowana złymi uczuciami czy pragnieniem odwetu wspierała faszystowską Partię Strzałokrzyżowców i miała na sumieniu ogromne winy wobec prześladowanych, przede wszystkim Żydów. Márai był w ocenie postaw własnej warstwy ogromnie szczery i uczciwy do bólu, pisał bez upiększeń o mieszczaństwie, z którym był związany i za które czuł pewien rodzaj odpowiedzialności. Zadawał sobie pytanie, jak mogliśmy na to pozwolić? Jak to się stało? Dlaczego to wszystko było możliwe, skoro byliśmy tu obecni przez cały czas? Ta myśl nie dawała mu spokoju do końca życia.

 

M. G.-B.: Czy ona dotyczyła tylko Węgier?

T. W.: Nie, dotyczyła całej Europy. Po wielu latach przerwy w 1946 roku dzięki zaproszeniu na spotkanie intelektualistów Márai cudem zdobył paszport i mógł znów pojechać na zachód Europy. Odbył krótką podróż po kilku krajach i wrócił ogromnie rozgoryczony, zniesmaczony, bo widział, że w życiu publicznym Zachodniej Europy nie dokonuje się żaden elementarny rachunek sumienia. Nikt się nie zastanawia nad tym, jak w ogóle mogło dojść do tego, przez co poszczególne narody przeszły w minionych latach. Jak to się stało, że część społeczeństwa została odrzucona, że ludzie ponosili taką straszną śmierć, że w środku kontynentu można było zbudować obozy koncentracyjne, fabryki śmierci. Jak to wszystko było możliwe? I widział, że w Europie Zachodniej nie ma tej refleksji, wszyscy chcieliby podjąć życie tam, gdzie je przerwali przed wojną, a minione straszne wydarzenia odsuwają na dalszy plan, nie rozmyślają ani nie wspominają o nich, cieszą się wolnością, chcą rozpocząć w swoim życiu nowy rozdział i zapomnieć o wszystkim. Otóż Márai był zdania, że człowiek nie osiągnie harmonii wewnętrznej, jeśli na tego rodzaju podstawowe pytania nie odpowie. Dlatego zajmowały go one przez wiele następnych lat, o czym świadczą liczne zapiski w Dzienniku.

 

M. G.-B.: Na podstawie wszystkiego, co do tej pory wybrzmiało, spróbujmy zastanowić się nad często podnoszonym w kontekście cyklu pytaniem, jak należy patrzeć na „Dzieło Garrenów”? Czy jest to spójny cykl pięciu powieści? Czy może w pewien sposób wymuszone połączenie zupełnie oddzielnych utworów?

T. W.: Jak już wspominałyśmy, Zbuntowani, czyli pierwsza powieść cyklu ukazała się w 1930 roku i była odrębną książką. Ale w 1940 roku Márai zapisał: „Miałem 18 lat, kiedy musiałem wyjechać z mojego miasta rodzinnego i w pociągu, który nocą wiózł mnie z Pragi do Lipska, poczułem, że jednak kiedyś napiszę książkę o moim Mieście…” – już tutaj pisze słowo Miasto dużą literą, tak jak w całym Dziele Garenów – „…Mieście, które zostało zajęte przez Obcych”, również Obcy pisani są dużą literą. „I o tym, że Miasto i rodzina potrafią się przeciwstawić barbarzyństwu najeźdźców i bronić tylko poprzez kulturę. Po 17 latach rzeczywiście już nie mogłem dalej odciągać tej pracy i napisałem Zazdrosnych.” Márai napisał Zazdrosnych w 1937 roku, a po kolejnych 10 latach, czyli 7 latach od tego cytatu – Znieważonych i Maruderów. Więc możemy powiedzieć, że początkowo to była jedna odrębna książka i cykl czterech powieści. W latach siedemdziesiątych Márai poznał Istvána Vörösváryego, wydawcę z Toronto. Prędko się zaprzyjaźnili, tym bardziej, że byli krajanami, obaj pochodzili z Górnej Prowincji. Utrzymywali ze sobą stały kontakt, a kiedy Márai ponownie zamieszkał w Ameryce, co tydzień odbywali godzinną rozmowę telefoniczną. István Vörösváry był ostatnim wydawcą książek Máraiego i zainspirował go do połączenia w cykl tych pięciu powieści, o czym na początku już wspomniałyśmy. Márai był już w tym okresie bardzo schorowany, ale podjął to wyzwanie pisarskie. Zakładał na czoło specjalną lampkę i ze szkłem powiększającym w ręce przepisał na nowo tych pięć tomów, wprowadzając nieliczne zmiany ujednolicające tekst. W ten sposób powstał cykl, który István Vörösváry wydał w 1988 roku w dwóch tomach. Kiedy czytamy te powieści razem jako cykl, widzimy, że kolejne części w ciekawy sposób się nawzajem oświetlają i wydają się w tej postaci nawet bardziej organiczne.

 

M. G.-B.: Czy Pani ocena dotyczy również ostatnich rozdziałów cyklu, tych, które miały się ukazać w 1948 jako trzecia część „Znieważonych”? (W polskim wydaniu jest to druga część „Maruderów” zatytułowana „Pogłos. Maruderzy”).

T. W.: I tak, i nie, tutaj jest inny problem. Jeśli zapytamy, czy to jest eksperyment udany pod względem formy powieściowej, trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Szczególnie dwa ostatnie tomy są pod tym względem niejednorodne. O ile Zbuntowani to klasyczna, jednorodna, dobrze napisana powieść z wszechwiedzącym narratorem, o tyle w następnych tomach Márai próbował różnych technik prozatorskich i narracja dwóch ostatnich części jest już poprowadzona w zupełnie inny sposób i nie ma co ukrywać, pod względem formalnym nie zawsze się broni. Niemniej jednak połączenie tak różnych pod względem narracyjnym powieści w jedną całość dało nową perspektywę interpretacyjną, znacznie poszerzyło problematykę i zniuansowało wiele wątków.

 

M. G.-B.: Lata dwudzieste i trzydzieste dwudziestego wieku są okresem nieustannych eksperymentów prozatorskich, mamy powieści pisane na bardzo rozmaite sposoby, ten gatunek przeżywał w tym czasie intensywny rozwój. Co sprawiło, że Márai nie kontynuował już metody pisarskiej zastosowanej w „Zbuntowanych”?

T. W.: Problematyczna stała się głównie osoba wszechwiedzącego narratora. W 1983 roku pisze on o tej kwestii tak: „Miałem instynktowne poczucie fałszu, ilekroć próbowałem napisać coś w trzeciej osobie. Przykra, groteskowa kłopotliwość pytania: „a skąd pan to wie?” Bo rzeczywiście, skąd pan autor wie, co sobie myślał bohater? W pierwszej osobie liczby pojedynczej wszystko jest szczere. A w trzeciej sztuczne i wymądrzające się.” Łączy się z tym cały szereg dalszych pytań: skąd wiemy o rzeczywistości to, co o niej wiemy, czy o rzeczywistości w ogóle da się coś pewnego wiedzieć, czy odbieramy tę samą rzeczywistość? Dalej – jakie techniki, jakie stylistyki, jakie formy, jakie środki stosować, żeby opis rzeczywistości móc uczynić jak najbardziej wiarygodnym czy przekazywalnym, to były zagadnienia, które zaprzątały pisarzy i Márai też eksperymentował na tym polu. W Zbuntowanych mamy jeszcze klasycznego narratora i jedność czasu jak w greckiej tragedii, fabuła zaczyna się wczesnym popołudniem w czwartek, a kończy w sobotę rano. Ale w dalszych tomach widzimy rozmaite eksperymenty na tym polu. W Znieważonych Péter jest narratorem, czyli mamy narrację pierwszoosobową. Część tekstu to wewnętrzny monolog, ale są też fragmenty w trzeciej osobie. W Maruderach jest podobnie, ale dochodzi kolejny element – dziennik, a właściwie dzienniki dwóch bohaterów. Żeby połączyć tak wiele wątków i form narracyjnych, Márai zdecydował się na bardzo ciekawe rozwiązanie i przypomnienie jednej z postaci z pierwszej części cyklu. W Maruderach Péter okazuje się dawnym członkiem bandy młodych chłopców, który wyjechał za granicę i tam napisał powieść, która dotarła do Miasta, przeczytało ją kilka osób, nawet biskup, a także Ábel, czyli jeden z głównych bohaterów Zbuntowanych. Tą opowieścią Pétera o bandzie są oczywiście Zbuntowani. W tak pomysłowy sposób Márai nie tylko połączył tę książkę z resztą, ale jednocześnie niejako „uzasadnił” nieobecność Pétera i w ogóle młodych Garrenów w pierwszym tomie. Ábel w Maruderach mówi Péterowi, że z tą bandą to było jednak nie całkiem tak, jak on to przedstawił, a potem w swoim dzienniku notuje, w pierwszoosobowej narracji, że przed chwilą po wielu latach odwiedzili go Garrenowie i pewnie było to ich ostatnie spotkanie. Następujący po tym rozdział to dziennik Pétera, który pisze, że odwiedzili Ábla, i że w kolejnej swojej powieści poświęci mu więcej miejsca. I to jest właśnie powieść, o której mowa, czyli Maruderzy.

 

M. G.-B.: Mamy więc węża chwytającego własny ogon.

T. W.: Dla mnie wszystkie te kwestie są bardzo ciekawe. Widzę Dzieło Garrenów jako pewnego rodzaju eksperyment prowadzony przez wiele lat. To, że cykl nie jest formalnie jednorodny, jest tylko jedną stroną sprawy i nie przesądza o mojej ocenie. Z drugiej strony bowiem mamy do czynienia z niezwykle interesującym tekstem, który czyta się bez wytchnienia. Dwie ostatnie części cyklu są bardzo silnie związane z wydarzeniami historycznymi, których Márai był naocznym świadkiem, i które z wielkim talentem opisał. Równocześnie sformułował bardzo ważnych i proroczych refleksji, nadpisując w pewien sposób niedociągnięcia formalne. Cały problem wydaje mi się po prostu znacznie bardziej złożony.

 

Kassa, Fő utca, kościół Świętej Trójcy (1910). Fot. Hodosi Róbert. Fortepan.hu

 

M. G.-B.: Mówiłyśmy o tym, jak skomplikowana jest historia publikacji poszczególnych powieści oraz powstawania samego cyklu. Można wręcz powiedzieć, że było to ostatnie zadanie pisarskie, które postawił przed sobą Márai. Jak Pani myśli, czym dla Máraiego było napisanie tych książek, a następnie pod koniec życia połączenie ich w jeden cykl?

T. W.: Zastanawia mnie, w jaki sposób István Vörösváry potrafił zainspirować Máraiego, człowieka starego i schorowanego, by podjął się tego zadania i wytrwał w jego wykonaniu. Co więcej, Márai nawet pojechał do Toronto na prezentację tej książki. Musimy pamiętać, że pod koniec życia Márai bardzo krytycznie oceniał to, co napisał. Na krótko przed śmiercią w jednym z zapisków Dziennika czytamy, że w całości swojego dzieła życia uznał w zasadzie za nieudane i zastanawiał się, co może z tego pozostać? Może prozy wierszem, kilka wersów, może Zbuntowani, Zazdrośni i Znieważeni, może Występ gościnny w Bolzano, Ta prawdziwa, Żar, Siostra, Mewa, Rozwód w Budzie, Csutora, Pierwsza miłość ‒ tym wszystkim będą się już bawić agenci literaccy, jeśli będą mieli na to ochotę i nic lepszego nie wpadnie im w ręce. Ale on, autor, ma już z tym wszystkim niewiele wspólnego. Pół wieku wcześniej, w 1949 roku, również w Dzienniku przywołał historię starań swoich znajomych o zwrócenie uwagi Komitetu Noblowskiego na jego twórczość. W tym celu poprosili o poparcie André Gide’a, laureata z 1947 roku, który bardzo wysoko cenił książki Máraiego, czytał je bowiem we francuskim przekładzie. Kiedy Márai się o tym dowiedział, zapisał w Dzienniku: „Sądzę, że nie zasługuję na Nagrodę Nobla. I to nie jest z mojej strony jakaś kokieteria, fałszywa skromność, ale głębokie przekonanie. Może tylko Dzieło Garrenów byłoby warte Nagrody Nobla. A przecież ta książka też nie jest doskonała.” Pomimo całego sceptycyzmu, z jakim odnosił się do całej swojej twórczości, Dzieło Garrenów oceniał chyba najwyżej.

 

M. G.-B.: Na zakończenie postawimy jeszcze jedno pytanie: czym jest dzieło z tytułu cyklu? Czym jest „Dzieło Garrenów”?

T. W.: Samo ono jest bez wątpienia czymś bardzo ulotnym, autor pisze we wstępie, że dzieło Garrenów to był nastrój. Coś atmosferycznego, co nadawało sens i rangę ludzkiemu życiu w sferze poza bytem materialnym. To chyba najkrótsza definicja.

 

M. G.-B.: Dziękuję za rozmowę.

T. W.: I ja dziękuję.

 

z TERESĄ WOROWSKĄ rozmawiała MAGDALENA GARBACIK-BALAKOWICZ

 

[1] Wydawnictwo Czytelnik w 2025 roku opublikowało je w wydanych razem 3 tomach.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek