Tak mi się to od kilku dni natrętnie przypomina, czterowiersz, jaki przyszedł mi kiedyś do głowy na niezmiennym od lat spacerze ku ścianie lasu, ku niewysokiej wydmie (dawniej jeszcze, to zawsze z Maksem, który tutaj lubił wychłeptać, zziajany, trochę wody z podsuniętej miseczki).

Na wydmie usłyszałem szorstki, zwielokrotniony szum skrzydeł zrywającej się do lotu chmary szpaków, ale, zadarłszy głowę, daremnie wypatrywałem, gdzie też te ptaki? Dłuższą chwilę trwało, nim dotarło do mnie, że to wcale nie ptasie skrzydła, a setki osikowych liści, bo tu kępa tych drzew na skraju lasu – liści mocno sztywnych i na bardzo spłaszczonych ogonkach, że tak łatwo się szamoczą na uwięzi – w nagle silniejszym powiewie wiatru:
* * *
osiki szeleszczące niczym stado szpacze
spośród nas kolejnych tracą dziś słuchaczy
i w wieczornym zgiełku tych co ocaleli
zbraknie już niektórych świstów słów i treli
JAKUB DOLATOWSKI