„Możesz kupić każdy samochód w każdym kolorze, pod warunkiem, że będzie to czarny” – powiedział kiedyś Henry Ford. Dzisiaj możesz być najlepszą wersją siebie, pod warunkiem, że będziesz doznawał, podróżował i rozwijał się.
Społeczeństwo świeckie nie wierzy już w nic innego poza sobą. Pielgrzymki zostały zastąpione przemysłem turystycznym, który wytworzył całkowicie nowy sposób konsumowania. Już nie kupujemy przedmiotów, ale przeżycia, czyli pieniądze wydajemy na szlachetne doznania, które mają charakter skrajnie indywidualistyczny. To one sprawiają, że we własnych oczach stajemy się prawdziwsi, a nasza wartość w oczach innych rośnie. Walutą tej wymiany są doznania i intensywne spędzanie czasu. Kłopot w tym, że „intensywne życia”, jak twierdzi Byung-Chul Han, to nic innego jak intensywna konsumpcja. Wszystko, co nią nie jest, okazuje się bezproduktywne, bezużyteczne i podejrzane.
Trzeba być w ruchu. Mobilność stała się obowiązkiem czy sprawę ujmując dosadniej: przymusem. Poza wyświechtanymi hasłami reklamowymi nikt nie jest w stanie powiedzieć po co, ani dlaczego. Jak słusznie zauważa Roberto Calasso w Nienazwanej rzeczywistości, ma to związek z momentem, „w którym procedury przeważyły nad rytuałami”. O ile te pierwsze opierają się na świadomości i wolności, te drugie są absolutnym obowiązkiem i dążą do automatyzmu. Inaczej rzecz ujmując: mamy do czynienia z doskonałym przejściem, jak pisał Jean Baudrillard, „od znaków, które coś skrywają, do znaków, które skrywają, że nic nie istnieje”. Tak wygląda idealny świat dla człowieka zsekularyzowanego, który może ciągle się rozwijać, optymalizować i zwiększać własną wartość. Wszystko inne przestaje mieć dla niego znaczenie, a trwanie zastępuje przygodność. Konsumowanie przeżyć staje się sposobem na podbudowanie narcystycznego obrazu własnego „ja”.

„Homo saecularis nieuchronnie jest turystą. […] I to nie daje mu spokoju” – stwierdza Calasso. Dzieje się tak dlatego, że dziesiątki milionów ludzi rocznie wydeptuje te same szlaki i czują, że upodabniają się do innych, więc wartość ich doświadczenia podlega inflacji. Dlatego turyści najbardziej nie znoszą innych turystów, dlatego też szukają dla siebie nowych etykiet typu „podróżnicy” i dlatego, koniec końców, są ciągle w ruchu w poszukiwaniu tego, co jeszcze nieodkryte. Takich miejsc jednak już nie ma. To rzeczywistość, „w której ginie wszelka jednostkowość. Tymczasem dla Homo saecularis ostatnim ratunkiem jest czuć się kimś wyjątkowym” – dodaje włoski eseista.
Stąd całkowita uniformizacja egzystencji nie tylko na poziomie zewnętrznej estetyki, ale również wewnętrznych przeżyć. Kopia kopii, kolejna pocztówka, wysyłana do grupy znajomych i nieznajomych via internet, której wartość rośnie przez liczbę odsłon i lajków. W ten sposób życie staje się jedynie dodatkiem do turystyki i całego przemysłu podróżniczego, ale wyjaławiając sens wszelakich działań. Konsekwencją tych zachowań jest nagie doświadczenie, w którym turysta projektuje swoje doświadczenie dla innych i staje się menedżerem dążącym do stworzenia perfekcyjnego „ja”. To nagość, która przeistacza się w obsceniczność. Pornograficzna przyjemność ostatecznie pozostawiająca jedynie poczucie pustki okazuje się zatem ostatnim stadium całego ruchu jednostek, łączących się w chmary turystów. Calasso nazywa to stadium „wiekiem nieistotności”, ponieważ wszystko zarazem jest tak samo wyjątkowe, jak pozorowane, a indywidualne rozmywa się z tym, co zbiorowe; sens podróży zostaje utracony na rzecz pustki. Wszędzie, według słów Czesława Miłosza, jest nigdzie i nigdzie, wszędzie.
Boska ekonomia zmieniła się w ekonomię świeckiego zbawienia, której najlepszą formą jest ciągły ruch w poszukiwaniu tego, co wyjątkowe, nieodkryte i robiące wrażenie. Obietnica zbawienia skryta zostaje za kolejnym działaniem, mającym w końcu przynieść spełnienie. Dzieje się jednak inaczej. Dlatego rację ma Dariusz Czaja, pisząc: „Wniosek chyba jest jednoznaczny: powszechna mobilność nie zbawiła nas od złego. Świat, w którym wszyscy dokądś biegną (a większość nie wie, gdzie i po co) nie stał się ani przez chwilę lepszym miejscem do zamieszkania. Raczej odwrotnie: stał się areną turystycznych wyścigów po «inność», «egzotykę», «widoki», «atrakcje». Te powszechne praktyki mają jednak wymierną cenę, zawsze zresztą tę samą: dojmującą nicość”. Nie może być inaczej, ponieważ kapitalizm, stając się nową religią, wymienia ostatecznie każde doświadczenie na niespełnienie. Towarzyszy temu poczucie wolności, które jest o tyle skuteczniejsze, że zmienia chęci w popęd, więc wewnętrzne żądania. W dialektyce „możesz, nie musisz”, musisz okazuje się zawsze górą. Jak twierdzi Han: „Być wolnym oznacza być wolnym od przymusów. Jednak w reżimie neoliberalnym sama wolność wytwarza przymusy. Nie nadchodzą one z zewnątrz, lecz z wnętrza. Przymus osiągnięć i optymalizacji to przymusy wolności”. Autokreacja, ujmując sprawę jasno, to autowyzysk.
W takim świecie nie ma miejsca na aporię, która w wolnym tłumaczeniu oznacza „bezdroża”. Dopiero na nich można odnaleźć sens i ścieżkę, która okaże się prawdziwie wolnym wyborem. Współczesna turystyka daje tylko cele, bo one okazują się najważniejsze, a po osiągnięciu jednych, natychmiast szukamy kolejnych; pomiędzy nimi znajduje się planowanie kolejnych ruchów i wyobrażanie następnych osiągnięć i doznań. To gra, w której zbiera się punkty, mające ugruntować naszą pozycję społeczną. Hasło: podróże kształcą, zmieniło się w slogan reklamowy typu: Think Different czy Just Do It. W tym świecie wszystko musi dać się zmierzyć i przeliczyć na ilość, nawet doświadczenie i przeżycia, ponieważ konkuruje ono z innymi (należących do innych ludzi), więc bez odpowiedniej miary ani rusz. Wycena przeżycia jest konieczna. Tam zatem, gdzie powinna być uwaga, znajdujemy mindfulness i pojęcie, cokolwiek to znaczy, dobrostanu.
Jeśli posiadamy jedynie pragnienia lub potrzeby, a codzienność nas męczy, szukamy ciągłych przeżyć. Aporia zaś daje możliwości i niewiele obiecuje. Jest „bezdrożna”. Homer „wykorzystał ten przymiotnik do opisu morza, przerażająco pustej nicości, z której Odyseusz musi się wywikłać, w sensie dosłownym i metaforycznym, by odzyskać tożsamość i znaleźć drogę do domu” – na co zwraca uwagę Daniel Mendelsohn. Czyli wracamy do pierwszej wielkiej podróży. Odyseusz, dowiadujemy się z niej, był polytropos. Autor Trzech pierścieni pisze: „Przymiotnik ten znaczy dosłownie «o wielu ścieżkach» i określa nie tylko Odyseusza, jego pokrętny i zawiły sposób myślenia, który z taką przyjemnością poznamy dzięki opisom kolejnych przygód, jego uwodzicielską naturę, talent do wygadywania niestworzonych historii i bezczelnych kłamstw – lecz i nieznośnie krętą drogę, która bohater musi pokonać, żeby dotrzeć do celu, wędrówkę, która nie raz nie dwa zawróci go do punktu wyjścia, skąd trzeba będzie wyruszyć od nowa: podróżując w kółko, po obwodzie pierścienia”. Może to jest jakiś pomysł, aby uciec przed kompletną dosłownością i pustką współczesnej turystyki.
DAWID SZKOŁA