Ser i robaki zmarłego w czerwcu 2026 Carla Ginzburga – książka przypomniana u nas niedawno przez Państwowy Instytut Wydawniczy – to prawdziwy okręt flagowy mikrohistorii, nurtu piśmiennictwa skupiającego się raczej na losach pojedynczych niż zbiorowych, raczej na przeciętnym żywocie niż na wielkich procesach historycznych, wreszcie raczej na warstwach niższych i upośledzonych niż ekonomicznie i politycznie dominujących. Niepisane założenie jest przy tym oczywiście takie, że to właśnie losy pojedyncze składają się na wielkie przemiany społeczne, że na barkach ludzi zwykłych unoszą się ludzie wybitni, że wreszcie wielka historia jest niczym innym jak sumą niezliczonych historii małych.
Ginzburg sięga do archiwum Świętego Oficjum, by opowiedzieć dzieje niejakiego Domenica Scandelli, zwanego Menocchiem, młynarza żyjącego w wieku XVI na terenie Republiki Weneckiej, dwukrotnie sądzonego przez inkwizycję – najpierw skazanego na dożywocie, później z więzienia zwolnionego, a wreszcie skazanego ponownie, tym razem na śmierć. Menocchio był człowiekiem na granicy światów – z jednej strony bez formalnego wykształcenia, a z drugiej piśmiennym, z jednej strony przywiązanym do swojej wsi, z drugiej bywałym w pobliskim wielkim świecie, czyli Wenecji, z której przywoził książki. Był też człowiekiem prowadzącym nieustanne dialogi z przedstawicielami wszelkich stanów – tak chłopami, jak i panami, jak również licznymi duchownymi. Dialogi Menocchia są wyraźnie filozoficzne – dotyczą dogmatów wiary, natury Boga, czy wreszcie stworzenia świata. To właśnie z dość malowniczych teorii kosmogonicznych młynarza wziął się tytuł książki. Świat miał powstać z mieszaniny elementów, wytrącić się z niej czy też zastygnąć niczym ser z mleka. Robaki zaś to dusze (aniołów i samego Boga), które się na tym serze zalęgły.
Poglądy Menocchia, a zwłaszcza jego skłonność do ich rozgłaszania, ściągnęły na niego uwagę inkwizycji. W jego rozumowaniach i hipotezach pojawiają się niezliczone herezje: Menocchio uważa wszystkie religie za równie dobre, wątpi w nieśmiertelność duszy, wyobraża sobie byty nadrzędne wobec Boga, nie wierzy w boskość Jezusa, nie wierzy w niepokalane poczęcie, rozkłada na kawałki dogmaty o Trójcy Świętej. W jego rozumowaniu raz po raz dostrzegamy przebłyski umysłu niezwykłego, bezkompromisowego, przenikliwego, logicznego. W absurdalnych i niczym nieuzasadnionych dogmatach wiary Menocchio dostrzega luki i nie waha się ich wskazywać. Jego postawa jest oczywiście zakorzeniona w ludowym „zdrowym rozsądku” – Menocchio analizuje świat „na chłopski rozum” – ale też i można w niej dostrzec wiele elementów logicznego czy naukowego rygoru.

Czytelnik bardzo szybko zaczyna sobie zadawać to samo pytanie, które młynarzowi stawiają wprost inkwizytorzy. Skąd mu się to wzięło? Skąd takie poglądy – ale i taka śmiałość, taka przenikliwość intelektualna – u prostego młynarza? Inkwizytorzy oczywiście usiłują zidentyfikować wspólników. Z kim się kontaktował? Od kogo to usłyszał? Czy w sprawę nie są zaangażowani jacyś luteranie? Czy może by ten Menocchio kogoś nie wydał? Młynarz uparcie odpowiada – najpewniej zgodnie z prawdą – że sam to wszystko wymyślił lub wyczytał w jednej z nielicznych posiadanych książek. Sam Ginzburg zadaje podobne pytania, co inkwizytorzy, ale jego pobudką nie jest oczywiście zidentyfikowanie innych spiskowców czy wywrotowców, a raczej rozpoznanie niezapisanych prądów intelektualnych – pewnej ludowej tradycji ustnej, która leży u podstaw sceptycyzmu i racjonalizmu młynarza.
U Menocchia najbardziej fascynujący jest z jednej strony pęd do wiedzy, a z drugiej niepokój intelektualny i nieustanna buntowniczość, które ostatecznie prowadzą go na stos. Po pierwszym procesie młynarz spędza kilka lat w więzieniu, z którego zostaje wypuszczony w wyniku licznych nacisków rodziny i przyjaciół. Samo zwolnienie tak zatwardziałego heretyka zdumiewa – nie sposób nie potraktować go jako przejawu względnego liberalizmu Republiki Weneckiej, gdzie władza kościelna stale kontrowana jest przez silną władzę świecką – ale jeszcze bardziej zdumiewa postępowanie młynarza po uwolnieniu. Przez pewien czas Menocchio zdaje się chować i cichnąć, ale bardzo szybko jego buntowniczy duch ponownie dochodzi do głosu. Menocchio znów zaczyna głosić swoje niezależne poglądy. Nie potrafi przyjąć rzeczy, w które nie wierzy. Nie potrafi zmusić się do bierności intelektualnej. Wie, że wpędzi go to w jeszcze poważniejsze tarapaty, ale po prostu nie umie inaczej. Nie potrafi się nie buntować.
Być może ten duch zdroworozsądkowego racjonalizmu jest odwieczny. W końcu Menocchio w rozmaitych kwestiach dochodzi do tych samych wniosków i spostrzeżeń, co starsi od niego o dwa tysiące lat jońscy filozofowie przyrody. Można też dojść do wniosku, że to na takich ludziach jak Menocchio, ostatecznie wyszczerbiły się zęby kontrreformacji. Że wszelkie przemiany obyczajowe dokonują się nie tylko dzięki ludziom takim, jak Erazm z Rotterdamu, Michał z Montaigne czy Giordano Bruno (spalony rok po Menocchiu), ale i takim jak ten zbuntowany młynarz. Zresztą duch Menocchia nie zginął, a jego przejawy można śledzić i w kolejnych stuleciach.
Skoro mikrohistoria, to być może usprawiedliwiona tu będzie również i moja mikrolektura. Czytając tę książkę, myślę o własnych chłopskich przodkach – tych, których znałem, ale i tych, którzy dotarli do mnie tylko przez rodzinne legendy. W wielu z nich widzę ten sam głód wiedzy, ten sam chłopski racjonalizm, ten sam odruch buntu przeciw autorytetom i doktrynom, to samo przywiązanie do słowa pisanego. Myślę o moim dziadku, który w życiu przeczytał ledwie kilka książek, ale każdą z nich szaleńczo dokładnie, po kilkadziesiąt (Prus, Reymont, Sienkiewicz) albo i kilkaset (Mickiewicz) razy. Myślę o drugim dziadku, który jako młody chłopak przeczytał Historię świata Wellsa i tak ją sobie wziął do serca, że na całe życie zbuntował się przeciw systemom i autorytetom. Myślę o prababci, która przyjeżdżając w odwiedziny do rodziny do miasta, natychmiast zaszywała się w pokoju i przez cały pobyt gorączkowo czytała, korzystając z bogatszych miejscowych zbiorów. Myślę o moim pradziadku – wiejskim filozofie, kimś bardzo podobnym do Menocchia – regularnie zapraszającym do siebie proboszcza tylko po to, by się z nim kłócić i prześmiewczo obalać wszelkie dogmaty wiary, za co na szczęście nie groził mu już wówczas proces przed inkwizycją. Myślę, że tego ducha – chłopskiej ciekawości, rozsądku i buntu – warto w sobie pielęgnować, bo o to o niego mogą się potknąć współczesne bezrozumne dogmaty, systemy i doktryny.
MACIEJ MIŁKOWSKI