To zwykle zaczyna się na jakimś placu, na który spływają, wzbierają i łączą się: gniew, rozpacz i entuzjazm. Warszawski plac Stalina w 1956 roku, plac Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, plac Błotny w Moskwie, kijowski Majdan. Tam zaczynają się wielkie sprawy i tam kończą, albo i jedno, i drugie. Dwieście lat temu, 26 grudnia 1825 roku na plac Senacki w Petersburgu wyszli żołnierze i oficerowie. [...] Kilka lat temu w jednym z antykwariatów znalazłem rękopis listu z Petersburga, którego autor, rzecz jasna oględnie, informuje o przebiegu zdarzeń po wyroku i kaźni.
Nazywała się Dorota Zaurman i była bliską przyjaciółką mojej matki. Bardzo jej pomagała w trudnym i dla niej, i dla nas czasie po śmierci ojca. W 1969 roku odprowadziliśmy ją na Dworzec Gdański. [...] Wyjeżdżając ofiarowała mi pakiet papierowych „cegiełek” z początku lat pięćdziesiątych. Niby-banknoty z widokiem Domu Partii opatrzone były napisem „Budujemy Wspólny Dom”. [...] Dopiero po jakimś czasie przeczytałem na ich odwrocie sygnaturę: „Tow. Dorota Zaurman. GUKPPiW”. To była abrewiatura cenzury: Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. A więc kiedyś pracowała na Mysiej!
Słownik warszawski to pouczająca i wzruszająca lektura, a zasmucająca o tyle, że widać, ile słów w ciągu stu lat z okładem zgubiliśmy. Zresztą chodzi nie tylko o słowa, ale o subtelności świata doświadczanego. Miejsce, gdzie powstawał ten słownik to była jeszcze przebogata słowiarnia. No tak, muszę wyjaśnić, że ówczesna „słowiarnia” (przez analogię ze „spiżarnią”) to po naszemu pracownia leksykograficzna. Sztuczna inteligencja nie jest w stanie objąć takiego zasobu. Może nigdy nam go nie odbierze. I w tym cała nadzieja.
Miałem chyba piętnaście lat, gdy zażądałem, by mama przedstawiła mnie Natalii Gałczyńskiej. Tak zaczęły się moje dość częste wizyty w mieszkaniu przy Alei Róż. Dotykałem mebli i przedmiotów, grzbietów książek na półkach i krokodyla z papier mâché. Wypytywałem panią Natalię o najrozmaitsze sprawy związane z poetą, a po wyjściu, idąc Koszykową do biblioteki albo w stronę przystanku kolejki WKD, robiłem notatki z tych seansów niemal spirytystycznych – bo byłem przekonany, że to sam Gałczyński poprzez wdowę mówił do mnie. Nie były to jakieś zwarte wywody, raczej odpowiedzi na moje rozproszone pytania. Wydaje mi się, że warto je przypomnieć, dodając to i owo z zachowanych notatek.
Pewnie każdy z nas widział takie napisy na murach różnych zacnych budowli i toalet dworcowych, czasem opatrzone wielkiej wagi słowami: „Byłem tu” – niczym z nagrobka. Żadne chmury, żadne serwery, nawet papierowe składnice nie gwarantują takiej nieśmiertelności. No, w każdym razie przedłużonego trwania.
Zaproponował Iwaszkiewiczowi spotkanie w Warszawie, które z mieszkania poety przy ulicy Trębackiej 9 przeniosło się do restauracji piętro niżej, gdzie nad schabowym młodzieniec, przerywając rozmowę o literaturze, rzucił pytanie: „Proszę Pana, a skąd Pan bierze pieniądze, żeby tak dostatnio żyć?”. Iwaszkiewicz uprzejmie wyjaśnił, że żona sprzedaje odziedziczone po ojcu place w Podkowie Leśnej, co bardzo ucieszyło rozmówcę: „Bo gdyby Pan się ze swoich pieniędzy nie mógł wytłumaczyć, to znaczy, że Pan kombinuje z niemcami… a wtedy… widzi Pan, tu przed domem chodzi jeden z moich kolegów z rozpylaczem, a inni oczekują o parę domów dalej. Zaraz lecę, wszystko im wytłumaczę”. Po czym wrócił na kawę z tortem.
Wuj Meyendorff poniekąd miał więc rację, kiedy w rozmowie z Czapskim widział Cziczerina ukrywającego się przed historią za jego kanapą. Tyle, że wtedy wuj był już na emigracji; udało mu się wywieźć znaczną część swojego mienia ruchomego, może także kanapę. Ale nie naśmiewajmy się z Georgija Wasiliewicza. Na pewno nie był oportunistą...
"Która godzina?" zapytał mnie Antoni Słonimski, kiedy śmiałem dosiąść się do jego stolika w kawiarni „U Marca”, a było to w rok po Marcu, czyli w 1969 roku, czyli miałem czternaście lat, a ze sobą "Poezje" mistrza. "Piętnasta trzydzieści" - odpowiedziałem uprzejmie. "Otóż nie, Piotrusiu – rzekł Słonimski pisząc dedykację na książce – pamiętaj, że jest trzecia trzydzieści po południu, p.m". Nie miałem pojęcia, o co chodzi z tym p.m. Dopiero rok później zacząłem się uczyć angielskiego.
Niewielki tomik, dużo światła między krótkimi segmentami, dużo ciszy. Szelesty. Ciche stąpanie po zimnej podłodze. Po śniegu. Taka lamentacja. Mówię o segmentach poematu "Sorrowful Songs" Déborah Heissler, alzackiej, francuskojęzycznej poetki, poemacie nawiązującym do "Symfonii pieśni żałosnych" Henryka Mikołaja Góreckiego, w przekładzie Jana Marii Kłoczowskiego (PIW 2023).
Igor Strawiński przyjechał do Warszawy w listopadzie 1924 roku. Dyrygował swoim „Scherzem fantastycznym” i suitą z „Pulcinelli”, zagrał „Koncert fortepianowy”. Wykonano też suity z „Ognistego ptaka” i „Pietruszki”. Karol Szymanowski próbował przygotować polską publiczność do spotkania z muzyką artysty o „wysokim stanowisku w sztuce europejskiej”, ale nie specjalnie mu się udało. Recenzenci marudzili, pisali o „kakofonii” i o „chorej wyobraźni” kompozytora. Nawet Jarosław Iwaszkiewicz podkreślał swój dystans do tej muzyki, drażnił go antyromantyzm autora „Święta wiosny”, choć przecież jako poeta dionizyjski powinien był ją cenić.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.