HOME
Świadectwa

Bruno Kass „Zawsze będę uważał, że tu jest mój dom, nawet jeżeli nie będzie mnie już w Praniu”

Kamil K. Pilichiewicz: Zacznijmy od samego początku. Masz 23 lata, czyli urodziłeś się w okolicach 2000 roku.

Bruno Kass*: Urodziłem się w 1999 roku, 28 września, czyli w zasadzie równe dwa lata po przyjeździe rodziców. Może słyszałeś z ich opowieści, ja sam tego nie pamiętam, że czasy były ciężkie. Rodzice tutaj mało co mieli na początku. Dostępność była inna, dziadkowie ze strony taty byli w Sopocie, rodzice mamy w Gnieźnie…

 

K.P.: W Gnieźnie, nie w Poznaniu…

B.K.: Mama urodziła się w Gnieźnie, tam mieszkała, a potem wyjechała do Poznania na studia. Tam ukończyła dziennikarstwo i nauki polityczne. Zdecydowała się na karierę dziennikarską, pracowała w tygodniku „Wprost”. Tak się zresztą z tatą poznali. Urzędy w Trójmieście w celu promocji swoich miast organizowały takie wydarzenie, jak „Media Tour”, aby pokazać, że Trójmiasto jest przystępne i ma swój urok. Wtedy jeszcze to były czasy, kiedy turystyka nie była taka popularna, przynajmniej w takim wymiarze, jak teraz, więc chodziło o zaprezentowanie się z dobrej strony. Pewnego dnia mama przyjechała w ramach „Media Tour” do Sopotu, bo był akurat dzień sopocki, a z racji tego, że tata był wtedy rzecznikiem prasowym Urzędu Miasta w Sopocie to się spotkali, i tak się wszystko zaczęło. Potem mieli plany, żeby mieszkać w Poznaniu, aby osiedlić się w tym miejscu, z którego wywodzi się mama. W tym czasie narodził się pomysł, a w zasadzie pojawiła się okazja, żeby przyjechać do Prania i dwa lata po tym, jak tu przyjechali, urodziłem się ja. Kończąc dygresję, czasy były ciężkie, nie było pomocy ze strony rodziny, oczywiście często się odwiedzaliśmy, ale w gruncie rzeczy byliśmy tu sami. Od początku byłem pozbawiony takiego życia z rówieśnikami, jakie od najmłodszych lat dzieci gdzieś na osiedlach mają – takiego podwórkowego życia…

 

K.P.: Przepraszam, że przerwę, ale chcę doprecyzować: Ty z rodzicami mieszkaliście tutaj przez cały rok?

B.K.: Tak, Pranie to był nasz dom, nieróżniący się od innych, i to jest właśnie niezwykłe. Jak wiesz, wiosna, lato – zaczyna się coroczny sezon artystyczny i jest dużo ludzi, a potem zimą to wszystko zamiera i jest o wiele spokojniej, ale do tego jeszcze dojdę… Wracając do „podwórka” – bez tego połączenia z rówieśnikami nie miałem czegoś takiego. Chodziłem do przedszkola w Rucianym-Nidzie, czyli 6 kilometrów od Prania. Z Leśniczówki widać Przystań Pod Dębem, to jest troszeczkę obok, ale można powiedzieć, że to już jest w zasadzie miasteczko Ruciane-Nida. I tam dopiero miałem pierwszą styczność z innymi dzieciakami. Dalszy etap nauczania to Pisz, miasto powiatowe, oddalone o 25 kilometrów stąd. To już była dłuższa droga i wymagało to pewnego dodatkowego zaangażowania. Rodzice mieli problem z tym, jak puścić 7-letniego dzieciaka samego 25 kilometrów. Zebrali więc inne dzieci z Rucianego, które chciały dojeżdżać do szkoły w Piszu i tym sposobem udało się znaleźć kierowcę, który odpłatnie woził nas z Rucianego do Pisza codziennie. Podstawówkę zacząłem w 2006 roku i to była szkoła muzyczna, bo jeżeli miałbym iść do swojej szkoły, gdzie miałem swój rejon, to bym musiał iść do Rucianego właśnie. Tylko że ta szkoła nie cieszy się zbyt dobrą renomą. Chcąc wybrać coś lepszego, trzeba było patrzeć na Pisz i ta szkoła muzyczna była takim jasnym punktem. Jako szkoła podstawowa była na wyższym poziomie. Oczywiście, ten aspekt muzyczny to pomysł rodziców. Ja talentu do muzyki nie przejawiałem, wprawdzie grałem na gitarze (wybrałem gitarę jako mój instrument), ale – stety, albo niestety – po zakończeniu mojej edukacji nie wziąłem już gitary do ręki.

 

K.P: Ani razu?

B.K.: Ani razu. Może były jakieś pojedyncze przypadki, ale to raczej takie marginalne rzeczy. W każdym razie żadnej już potem do tego pasji, ani chęci nie przejawiałem. Nie byłem zachwycony tym, że skończyłem sześć lat szkoły muzycznej, kiedy muzyka mnie nie interesowała. Miałem dużą pasję do koszykówki i ogólnie do sportu. Często się zastanawiałem, co by było, gdybym od najmłodszych lat zaczął przygodę z koszykówką, zamiast grać na gitarze. Może teraz byłbym gdzie indziej.

 

K.P.: W NBA.

B.K.: Tak [śmiech], ale czas pokazał, że nawet wzrostem, fizycznie raczej nie miałbym szans, więc to może nawet lepiej się stało. Oczywiście nadal uwielbiam koszykówkę i jest to moja poboczna pasja, można powiedzieć. Ale patrząc teraz z perspektywy lat, to była jednak dobra decyzja, że wybór padł na szkołę muzyczną. Następnie poszedłem do gimnazjum w Piszu. W tej szkole skończyłem również liceum, o profilu nauk społecznych – tak wyglądała moja edukacja wczesnoszkolna i szkolna. W zasadzie cały czas to wyglądało tak, że byłem pozbawiony „podwórka”. Przez podstawówkę, gimnazjum mi to tak nie doskwierało jeszcze, ale w liceum… Sam pewnie wiesz, że w liceum umacniają się więzi z rówieśnikami, pierwszy alkohol, dziewczyna itd. Wtedy zacząłem odczuwać, że nie mam możliwości wyjść z kimś na piwo, spotkać się z kimś, posiedzieć. To też czas „osiemnastek” – byłem tego pozbawiony. Mój dzień wyglądał tak, że budziłem się rano, jechałem autobusem (bus był do końca podstawówki, potem jeździłem normalną komunikacją, PKSem), siedziałem w szkole do 16–17, potem powrót do domu, jedzenie, jakaś nauka i tak to wyglądało. Niemniej, powtórzę, nie zamieniłbym tego na nic innego, zwłaszcza, że miałem kolegów, ale nie miałem takich silnych więzi, które by mnie jakoś mocno utwierdzały w tym, że czuję się, jakby mi coś zabrano.

W pewnym momencie przestałem czerpać… przestałem się czuć dobrze w Piszu. Zauważyłem, że jest tam wielu ludzi bez ambicji, nie dzieliliśmy wspólnych zainteresowań, Pisz zawsze słynął z takiej swojej małomiasteczkowości – to wiele osób podkreślało. Ja też to niestety zauważyłem. Już na późniejszym etapie liceum pragnąłem wyrwać się, nie tyle z Prania, ile z samego miasta, zostawić w tyle to liceum, tych ludzi i poznać coś nowego. Wtedy już chciałem bardzo wyjechać na studia, aby – tak jak mówię – rozstać się z Piszem, ale nie z Praniem. Jednak Pranie to zawsze była moja bezpieczna przystań – takiego może górnolotnego stwierdzenia bym użył. Tutaj zawsze czułem się bezpiecznie, tu zawsze, mimo że byłem pobawiony relacji koleżeńskich, moimi przyjaciółmi byli rodzice. Oni byli moimi przyjaciółmi, moimi nauczycielami.

 

K.P.: Uzupełniali Twoją edukację?

B.K.: Tak, tak naprawdę to od nich się nauczyłem nie tylko jak żyć, ale też jak podchodzić do pewnych spraw. I za to im będę zawsze wdzięczny – oni byli moimi pierwszymi przyjaciółmi, byliśmy razem sami pośród tej głuszy.

 

K.P.: Mówisz, że nie miałeś tego przysłowiowego „podwórka”, na którym byś z rówieśnikami „kopał gałę” itp. Zapewne twój tata w Sopocie miał coś takiego…

B.K.: Tak, tata zawsze wracał wspomnieniami do tych swoich… on to tak nazywał… zapamiętał Sopot, jako taką swoją przestrzeń, gdzie łączyły się podwórka ze sobą, gdzie miał swoich kolegów, gdzie chodzili na ten – jak on to powtarzał – szaber, do jakichś sadów itd. Także on na pewno miał to wspomnienie. To nie ulega wątpliwości.

 

K.P.: A jak ty bawiłeś się tutaj w Praniu jako dziecko? Jak to u ciebie wyglądało w takim, trochę odosobnionym miejscu? Jakoś musiałeś sobie to też organizować.

B.K: Oczywiście. Myślę, że to mnie ukształtowało. Zajmowałem się sam sobą, bawiąc się gdzieś przed domem, chodząc leśnymi szlakami. Rodzice dawali mi dużą swobodę już od najmłodszych lat. Sam sobie chodziłem nad jezioro, co w obecnym modelu wychowania może wzbudzić sprzeczne emocje: chodziłem sam do lasu, sam nad jezioro, ale tak naprawdę to był mój dom. Tak jak inne dzieci czuły się na podwórku, tak ja czułem się w lesie, czy nad jeziorem, co mogło stwarzać jakieś niebezpieczne sytuacje, ale nigdy mi się nic złego nie przydarzyło z tego powodu.

Organizowałem sobie czas sam, może to zabrzmi dziwnie, ale z własną wyobraźnią. Ona stwarzała, umożliwiała mi jakąś formę spędzania czasu i zabawy z samym sobą. No i byli też dorośli. Wychowywałem się tutaj w otoczeniu dorosłych: rodziców, ale też artystów, którzy tutaj przyjeżdżali. Zawsze nasz dom był pełen, zwłaszcza w okresie letnim, pisarzy, muzyków, poetów. Tak naprawdę dużo czerpałem od nich. Uważam to za niewątpliwy atut mojego dzieciństwa. Nie każdy miał okazję tego doświadczyć.

Pamiętam, że w Praniu do rana mogły się toczyć rozmowy, dysputy o najróżniejszych kwestiach, o poezji, o świecie… I ja zawsze się temu przysłuchiwałem. Byłem takim małym słuchaczem tego wszystkiego. Nigdy może za bardzo się nie angażowałem. Uważam, że nie byłem zbyt dobrym partnerem do rozmowy dla nikogo, ale to chyba też wynikało z tego, że tak na co dzień byłem w Praniu sam, że nie rozmawiałem za dużo z ludźmi. Efekty tego widzę do dzisiaj. To się przełożyło na moją introwertyczną naturę. Ale nie zmienia to faktu, że było to dla mnie bardzo wartościowe doświadczenie: czas spędzony z rodzicami i ludźmi, którzy przyjeżdżali tutaj. On mnie ukształtował, za to jestem im wdzięczny, nie zmieniłbym tego w żaden sposób.

 

 

K.P.: Mogę się tylko domyślać, jak niezwykłe musi to być przeżycie dla młodego człowieka. Twój tata jest poetą, a ciebie poezja kiedyś interesowała? Próbowałeś pisać wiersze?

B.K.: Nie. Myślę, że są zasadniczo dwa typy dzieci, które mają rodziców zajmujących się poezją lub innym artystycznym zawodem. Albo się idzie w ich ślady, albo ma się trochę kompleks tego. Myślę, że należę do drugiej grupy. Nigdy nie miałem skłonności do pisania wierszy, co nie zmienia faktu, że akurat poezję lubię, lubię czytać wiersze ojca. Widząc, jakim jest człowiekiem, w jakich stanach emocjonalnych pisze… Jeżeli spędzasz każdy dzień z poetą, to dostrzegasz piętno w tym, co pisze. Tak myślę o wierszach taty. Sam nie podjąłem próby pisania. Pewnie to wiązało się z pewnym kompleksem. Zawsze ojciec był i jest dla mnie wzorem. Zabrakło mi odwagi, by układać wiersze i pokazać mu to, co piszę. Może to jest niemądre, może byłoby zupełnie inaczej, gdybym spróbował, jednak ten kompleks niedoścignionego wzoru zawsze u mnie był.

 

K.P.: Myślę, że to jest odpowiednie podejście – nic na siłę. Czasem tak bywa, że dziecko znanego artysty, pisarza, piosenkarza itp. idzie w ślady swojego rodzica, ale czasem wybiera stronę przeciwną jako formę buntu. A ty masz, z tego, co mówisz, szacunek do tego, co robią twoi rodzice, i jednocześnie wybierasz własną drogę.

B.K.: Czerpię z tego, co dają mi mama i ojciec. Myślę, że dryg, niekoniecznie do pisania wierszy, ale ogólnie do pisania – tutaj powiem banalnie – mam we krwi. Pisanie przychodzi mi z łatwością, co, tak na marginesie, w obecnych czasach, zwłaszcza w aspekcie sztucznej inteligencji, staje się powoli przeżytkiem. To jest straszne, ale trochę tak jest.

 

K.P.: Tak, teraz dużo się o tym mówi. Mówi się nawet, że to narzędzie (AI) przewyższyć może ludzkich twórców tekstu. To jest niepokojące.

B.K.: Tak naprawdę to jest wielka niewiadoma, jak to się dalej potoczy. Czy to zostanie jakoś utemperowane przez rządy, czy zacznie się rozrastać na skalę nie do opanowania.

 

K.P.: Trudno powiedzieć, ale musimy wierzyć, że ta czysto ludzka twórczość będzie jeszcze miała swoją wartość. Mówisz, że lubisz pisać, że pisanie tobie wychodzi. Twoja mama – Jagienka była dziennikarką, a ty poszedłeś studiować dziennikarstwo.

B.K.: Tak, studiowałem trzy lata. Ukończyłem pierwszy stopień – licencjat, jednak kierowany trochę pragmatyzmem musiałem to zweryfikować. Chciałem wykorzystać umiejętności, jakie zdobyłem na dziennikarstwie i połączyć z tym, z czego w dzisiejszych czasach będę miał na chleb. Nie ukrywajmy, kariera dziennikarza nie jest łatwa. Trzeba mieć znajomości, ciężko dostać jakąkolwiek pracę. Postanowiłem więc pójść na studia magisterskie o kierunku „nowe media w komunikacji”, które charakteryzują się bardziej cyfrowym podejściem do spraw mediów, czyli m.in. obszarem mediów społecznościowych, komunikacji za pomocą narzędzi cyfrowych. W tym znalazłem upodobanie, interesują mnie te różne procesy, które obecnie zachodzą w sieci, w mediach społecznościowych, które są jednocześnie ciekawym narzędziem, ale służyć mogą do strasznych rzeczy. Mówię m.in. o dezinformacji, nie mniej cały czas dostrzegam ich jednoczesną pożyteczność. W to zdecydowałem się pójść i póki co jestem z tego zadowolony.

 

K.P.: Gdzie studiowałeś dziennikarstwo?

B.K.: Na Uniwersytecie Gdańskim.

 

K.P.: A nowe media w komunikacji?

B.K.: Na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Do ostatniego w zasadzie miesiąca myślałem, że z braku innej alternatywy skończę dziennikarstwo, ale okazało się, że w Poznaniu otwiera się nowy kierunek. Zapoznałem się z profilem tych studiów i postanowiłem spróbować. Uwielbiam Sopot, trzy lata mieszkałem w tym mieście, w mieszkaniu po babci. Stamtąd dojeżdżałem na studia do Gdańska. Ukochałem sobie to miasto, więc nie chciałem go opuszczać. Trochę za namową rodziców zdecydowałem się na Poznań, ale z taką myślą, że wrócę do Sopotu. Tak się zresztą teraz dzieje, bo kończę studia w Poznaniu i wracam do Sopotu. Jest to zabawne z uwagi na to, że trochę jednak poszedłem w ślady ojca, jeśli chodzi o Gdańsk, bo on też jest po Uniwersytecie Gdańskim, ale też dopełniłem to i poszedłem w ślady matki, bo ona jest po UAMie i to nawet po tym samym wydziale.

 

K.P.: Kiedy studiowałeś w Poznaniu to też tutaj dojeżdżałeś?

B.K.: Wynajmowałem pokój w Poznaniu. Nie zmienia to faktu, że cały czas byłem obecny w Praniu, jako student dojeżdżałem tutaj na weekendy. Oczywiście dojazd z Gdańska, a dojazd z Poznania to były dwie różne rzeczy. Ten z Poznania był zdecydowanie trudniejszy i dlatego rzadziej do Prania przyjeżdżałem, ale i tak w miarę możliwości wracałem. Rodzice w Praniu potrzebują pomocy, zwłaszcza latem, kiedy jest dużo imprez, dużo się dzieje. Zespół muzealny jest mały. Nie ma środków i możliwości, żeby było więcej pracowników, stąd też zawsze staram się jak tylko mogę pomóc, przyjeżdżać, kiedy jestem potrzebny.

 

K.P.: Ta pomoc, ta twoja aktywność w funkcjonowaniu Prania sprawia, że na pewno masz okazję, o czym już mówiliśmy, poznawać przeróżnych artystów. Masz z nimi ciągłą styczność i to już od najmłodszych lat. Dla przykładu Wojciech Malajkat jest twoim chrzestnym. Czy dalej utrzymujecie ze sobą kontakt?

B.K.: Rodzice organizując w Praniu sezony artystyczne stworzyli taką bazę kontaktów – tak mi się wydaje. Nie opowiadali o tym za dużo, ale musieli jakoś dotrzeć do ludzi, których tutaj zapraszają, do tych wielkich nazwisk. Tym sposobem dotarli do Grzegorza Turnaua i zaprosili go do Prania. Malajkatowie byli znajomymi Turnauów i przyjechali razem z nimi. Wywiązała się z tego taka koleżeńska relacja między moimi rodzicami a Malajkatami i Turnauami. Potem tata zapytał Wojtka, czy nie zostałby moim chrzestnym. Początek ich znajomości zbiegł się z moimi narodzinami. Zgodził się i tak do tego doszło. Relacja z moim chrzestnym może nie była jakaś częsta, regularna, bo tak naprawdę widzieliśmy się wtedy, kiedy tu przyjeżdżał, kiedy był zapraszany jako aktor występujący na koncertach, spektaklach i innych imprezach organizowanych przez moich rodziców. To nie była typowa relacja chrześniaka z ojcem chrzestnym, bo jednak zawód aktorski ma to do siebie, że jest się cały czas w ruchu, mało ma się czasu na cokolwiek i tak też było w przypadku wujka Wojtka. Nie miał zbyt dużo czasu, żeby podtrzymywać ten kontakt. Jak najbardziej to rozumiem. Ale zawsze świetnie się dogadywaliśmy, jak tutaj przyjeżdżał. Pamiętam też, że na Wielkanoc wujek Wojtek przesyłał paczki dla mnie.

 

K.P.: „Włóczebno” czy też „włóczebne” – u nas na Podlasiu mówi się tak o obdarowywaniu prezentami swoich chrześniaków w Wielkanoc.

B.K.: Nie znałem tego określenia, ale to na tej samej zasadzie działało. Wcześniej, jak byłem mniejszy to często odwiedzaliśmy Wojtka w jego domu w Mikołajkach. Zapamiętałem te wizyty, relacje z jego dziećmi. Także we wczesnych latach mojego dzieciństwa mieliśmy bardzo dobre relacje i kontakty, wraz z kolejnymi latami to się troszeczkę rozluźniało. Teraz dodatkowo wujek jest rektorem w Akademii Teatralnej, także ma jeszcze więcej spraw na głowie. Bardzo go lubię, jest świetnym człowiekiem, kiedy tylko mamy okazję spotkać się, czy to w Warszawie, czy tutaj w Praniu – to zawsze mogę liczyć na ciepłą i serdeczną rozmowę.

 

K.P.: Poza Malajkatem miałeś okazję poznać mnóstwo innych, ciekawych ludzi. Czy jakaś z tych znajomości szczególnie utkwiła w Twojej pamięci? Czy któraś z tych osób stanowi dla Ciebie szczególną inspirację?

B.K.: Na pewno, kiedy życie towarzyskie w Praniu było na takim bardziej zaawansowanym poziomie, kiedy rodzice byli nieco młodsi, mieli więcej werwy, to tutaj w Praniu zdarzały się imprezy do rana, których byłem świadkiem. Wtedy pamiętam, przyjeżdżała cała ekipa Jerzego Satanowskiego, z którym się rodzice przyjaźnią. Zapamiętałem Mirka Czyżykiewicza z jego pierwszą żoną Margitą i późniejszą żoną Anią Zouki-Czyżykiewicz.

Ale też taką fajną relację na zasadzie wujek–siostrzeniec miałem z Andrzejem Chyrą. Był tutaj wielokrotnie w Praniu. Jako dziecko bardzo go polubiłem. Potem już nie bywał tak często, ale zapamiętałem, że bardzo dobrze się z nim bawiłem. Mamy nawet takie zdjęcie, jak pływamy razem w jeziorze. Jest fajnym facetem. Wiesz, często artyści, którzy tu przyjeżdżali zachowywali się, wiadomo, jakby przyjechali do pracy, a tutaj się kręci jakiś mały typek i czego on właściwie chce. A on mnie traktował inaczej. Z Andrzejem Chyrą świetnie się bawiłem jako dziecko. I tę relację z nim zapamiętam.

Pamiętam też przyjazdy Edyty Olszówki, z Piotrem Machalicą do Prania razem przyjechali. Pamiętam, że Edyta była mną zaciekawiona, jako takim dzieckiem… wtedy jeszcze miałem takie jasne włosy, teraz mi te włosy ściemniały, tak samo zresztą jak ojcu, który jako dziecko był jasnym blondynem… i tego za bardzo nie pamiętam, tylko bardziej z opowieści rodziców… powtarzała, że „to dziecko jest skazane na wielkość” [śmiech]. Taki cytat zapadł mi w głowie.

Oczywiście, jeśli chodzi o takie prańskie osoby, może niekoniecznie te, które przyjeżdżały występować na scenie, to dużą sympatią darzę osoby, które były gośćmi rodziców. Bardzo lubię panią Elę Kępińską, która zawsze była sąsiadką, bardzo lubię z nią rozmawiać i pomagać jej jak trzeba. Z nią kojarzę takie ciepło. Jej męża za bardzo nie pamiętam, niektóre fragmenty jak przez mgłę… jak siedzieliśmy na tarasie ich domu, nieopodal leśniczówki… ale późniejszą relację z panią Elą jak najbardziej. Zawsze dobrze nam się tutaj po sąsiedzku z nią żyło. Oprócz niej poznałem osoby, które może nie mieszkają tutaj w okolicy na stałe, całe to towarzystwo warszawskie, które się zjeżdżało do Krzyży, do Karwicy: pani Olgę Lipińską, która nas tutaj w Praniu odwiedza, czy już nieżyjącą Wandę Sobczyńską – zawsze od tych ludzi biło takie ciepło, które zapamiętam. Nasze wzajemne wizyty, czy to tutaj, czy w Krzyżach także bardzo utkwiły mi w pamięci.

 

K.P.: Czyli byliście zapraszani też do Krzyży?

B.K.: Tak, oczywiście. To były wizyty koleżeńskie. Odwiedzaliśmy się na kolacjach czy obiadach. To też zapamiętałem, że nigdy przy takich okazjach nie byłem jakimś niechcianym elementem. Wiadomo, że niektórzy nie chcą, aby dziecko przyprowadzać na takie spotkania. A tutaj, u tych osób, czegoś takiego nie było.

 

 

K.P.: U tych osób, czyli…

B.K.: U pani Olgi Lipińskiej, właśnie Wandy Sobczyńskiej, u wielkich przyjaciół rodziców, czyli pana Jerzego i pani Zofii Markuszewskich. Wizyty u nich zapamiętam chyba najbardziej. Chociaż zmarli, jak byłem jeszcze mały, to pamiętam, jak rodzice przyjeżdżali, czasem kompletnie spontanicznie do nich, do ich domu w Krzyżach. Tam mogliśmy przesiedzieć całe godziny w kuchni. Dostawałem od pani Zosi takie stare zegary, które już nie działały. Zawsze te zegary rozkręcałem i ponownie skręcałem. Miałem taką skrzyneczkę i coś sobie kombinowałem z tymi zegarami. A rodzice siedzieli przy piecu kaflowym, w tej już osławionej kuchni, która pojawia się w twórczości taty niejednokrotnie, a z nią oczywiście pan Jerzy i pani Zofia. Bardzo to zapadło mi w pamięć. Teraz trochę ze smutkiem patrzę na tę posesję, która została już sprzedana. Posiadała przeogromny ogród, z fajnymi zakamarkami, tajemniczymi miejscami, które mnie, jako małego dzieciaka fascynowały. Przechodząc obok ich dawnego domu widzę, że ten cały ogród został już w zasadzie wycięty, trochę to zostało oszpecone. To jest smutne.

Ale jeszcze dodatkowo, kogo mogę wymienić… pan Michał Komar. Jego i jego żonę też często odwiedzaliśmy. Pani Maria Jarecka też z Krzyży, także z takich osób, z którymi mieliśmy stały kontakt – to chyba najważniejsze.

 

K.P.: A Kira Gałczyńska? Też na pewno do Prania przyjeżdżała…

B.K.: Akurat z Kirą Gałczyńską nigdy nie miałem za dużego kontaktu, ponieważ stosunkowo mało wizyt składała w tym miejscu. Na początku, kiedy rodzice wprowadzili się do Prania, też nie była do nich przychylnie nastawiona. Dopiero od pewnego momentu relacje między nimi się polepszyły, do takiego stopnia, że sama zaczęła nas odwiedzać. Ale i tak jej wizyty nie były częste. Pamiętam, że była na gali rozdania Nagrody Literackiej „Orfeusz”, wtedy to został odsłonięty pomnik Gałczyńskiego. Później też było z nią w Praniu zorganizowane spotkanie, ale poza tymi sytuacjami nie pamiętam za dużo Kiry Gałczyńskiej w Leśniczówce.

 

K.P.: Muszę też spytać o samego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Jaki masz do tej postaci, poety niemal w tym miejscu mitycznego stosunek?

B.K.: Gałczyński to taki nasz dobry przyjaciel. Tak to zawsze postrzegałem, że jesteśmy we trójkę w Praniu i jest z nami Gałczyński, jest z nami wszędzie tutaj obecny jego dobry duch. Tata go nazywa anielskim chlebodawcą. Od początku był Gałczyński związany z naszym życiem w Praniu, ale dopiero potem, kiedy zacząłem dojrzewać, poznałem cały zamysł tych koncertów, zacząłem pomagać w muzeum, bywałem tutaj, jako przewodnik itp. Zapoznałem się z twórczością Gałczyńskiego, z jego życiorysem. Jego dzieła, adaptacje wystawiane na scenie w Praniu, przede wszystkim przez Jerzego Satanowskiego, są mi bliskie, mam do nich szczególny stosunek. Zawsze ten Gałczyński tutaj był, nie traktuję go jako kolejny obiekt turystyczny, punkt do zwiedzania. Wiele osób tak do tego miejsca podchodzi, a niektórzy przychodzą po prostu popatrzeć na jezioro. Tak samo, jak Pranie jest moim domem, tak samo Gałczyński to po prostu dobry duch tego miejsca, który zawsze był tutaj z nami.

 

K.P.: Ostatnie pytanie: jak widzisz swoją przyszłość? Ukończyłeś studia magisterskie i co dalej?

B.K.: To jest dobre pytanie. Dużo ludzi zastanawia się, czy nie mam może planów, by objąć stanowisko po swoim ojcu, żeby zająć się prowadzeniem tego miejsca. Często o tym myślę. Nieukrywanym minusem mieszkania tutaj jest świadomość, że kiedyś to się skończy. To tak naprawdę nasze mieszkanie służbowe i przyjdzie dzień, kiedy trzeba będzie się stąd wyprowadzić. Jest to też sytuacja o tyle utrudniona, że nawet gdybym chciał przejąć to stanowisko po tacie i zastąpić rodziców, mogłoby to się nie udać ze względu na to, że jest to jednak funkcja publiczna. To nie jest muzeum prywatne. Kiedy rodzice przejdą na emeryturę to odbędzie się klasyczny konkurs i tak wyłoni się dyrektora. Nie wiem jeszcze dokładnie, na jakich to by było zasadach. Na razie wiem, że wprowadzam się do Sopotu, tam będę wchodził w dorosłość. Tata zaczynał jako dziennikarz, jako rzecznik prasowy, ja będę zaczynał jako specjalista od mediów społecznościowych, także najbliższe lata spędzę tam właśnie, w Sopocie. A jak się dalej życie potoczy? Nie wiem. Sami rodzice nawet jeszcze nie wiedzą, gdzie będą mieszkać po swoim odejściu na emeryturę. Ja na pewno nie zamierzam rozstawać się z Mazurami. Zawsze będę uważał, że tu jest mój dom, nawet jeżeli nie będzie mnie już w Praniu, nawet jeżeli nie będę miał możliwości zamieszkania kiedyś w tym miejscu, to na pewno chciałbym mieć na Mazurach coś swojego…

To jest w ogóle takie trochę literackie, że rodzice dostali ten dar, są gospodarzami Prania, ale wiedzą jednocześnie, że ich dni tutaj są policzone i to nie będzie trwało wiecznie. To jest smutne, ale coś za coś, jak to się mówi. Pranie jest niesamowitym miejscem do pracy, do życia, ale to się kończy.

 

K.P.: Coś się kończy, a coś zaczyna.

B.K.: Tak, właśnie.

[maj 2023]

 

* Bruno Kass (ur. 1999) – aktualnie specjalista do spraw marketingu, syn Wojciecha i Jagienki Kassów, mieszka w Praniu i w Sopocie.

Z książki: Kamil K. Pilichiewicz, Wokół Prania – Leśniczówki Gałczyńskiego. Rozmowy. Kraków, Austeria, 2026.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek