HOME
Agnieszka Kania

Mieszkanko z widokiem

W filii nazistowskiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Cieplicach mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych. Betonowe słupy ogrodzenia z drutu kolczastego służą jako paliki na sznury do suszenia prania, łaźnia obozowa przechowuje wózki dziecięce i rowery. Przy granitowym głazie, pomniku ofiar faszyzmu, walają się niedopałki i puste butelki po piwie, bo miejscowy element urządza tu zakrapiane „biby pod skałką”. Przy końcu wyasfaltowanej Lagerstrasse, przemianowanej na Wojewódzką, kleją się do siebie blaszaki. Nie dla wszystkich aut wystarcza miejsca, dlatego granatowe fordy z pordzewiałymi błotnikami i zakurzone merole na niemieckich blachach parkują na dawnym placu apelowym.

 

 

Powróćmy do 1945 roku, kiedy Bad Warmbrunn przepoczwarzało się w Cieplice Śląskie-Zdrój. Pierwsi przesiedleńcy zajmowali dostojne pensjonaty i wille z żabotami balkonów, logiami i galeryjkami. Oszałamiający bezlik kratek, zawijasów, liści, płatków i gruzełków wystrugali tutejsi snycerze, którzy bawili się w secesję na miarę górskiego kurortu. Krzesali z drewna płomienie, cyzelowali portale: tu kokarda, tam ogon, pozłacany grzebyczek, szlaczek, sprężyna, do tego pawie oko i muszla wciśnięta pomiędzy okiennice zamykane na haczyk.

Szybko ubywało domów z wykuszami, pensjonatów z pruskim murem i apartamentów z widokiem. Znikały mieszkania w familokach, pokoiki na poddaszach i sutereny, ale w do baraków przy Lagerstrasse nikt nie zaglądał. Nieotynkowane, osieciowane drutem kolczastym, mokły i butwiały. Wspominały czasy, kiedy mieszkali w nich więźniowie: trzystu zdolnych do pracy gnieździło się w czterech niewysokich, podługowatych blokach, pozostałych trzystu, tyle że chorych, upchano w rewirze, czyli obozowym szpitalu. Dusili się, leżąc jeden na drugim, jak chude brzózki przeznaczone do spalenia. Od reszty lagru dzieliły ich zasieki płotu cierniowego i esesmańskie mausery.

Dur miał się dopalać w szpitalu. Esesmani liczyli, że objęte kwarantanną wszy, pluskwy i pchły nie odważą się samowolnie przekroczyć najeżonej kolcami granicy. W rewirze więziono też lekarzy. W apteczce nie mieli jodyny ani zastrzyków, chyba że z fenolem. Dostali garść przeterminowanych leków nasercowych, przydatnych jak widły do nalewania zupy. Zdrowymi, jeśli tak można powiedzieć o zagłodzonych häftlingach, opiekował się dentysta. Jego terapia sprowadzała się do oględzin gardła. Podczas badania skrzętnie notował złote koronki i mostki, żeby je w odpowiednim czasie wydłubać. Musiał się uwijać z robotą, więźniowie masowo umierali: z głodu, zimna i tyfusu.

Bo zaraza miała się dobrze. Krnąbrne insekty przełaziły przez zasieki i czepiały się robotników, którzy rozkładali Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG na cząstki elementarne: rozwłókniacze, kolektory, taśmy, sita i cylindry, wstrząsarki i suszarki, kalandery, nawijarki, przewijarki, silniki, pompy i kompresory. Pochód pasiaków maszerował Reibnitzerstrasse (dzisiejszą Lubańską), mijał osiedle domów wielorodzinnych zaprojektowane przez uzdolnionego Kurta Langera i ocierał się o niskie, ażurowe płotki. Hausfrauen modliły się, żeby kolumny obszarpańców nie budziły psów podwórzowych, nie straszyły dzieci pałaszujących owsiankę, nie paskudziły wypucowanych chodników. O świcie przezornie zamykały okiennice. Po zmierzchu przemarsz tupał co prawda czółnami, ale już nie mącił swoim widokiem osiedlowego ordnungu.

Więźniowie musieli tyrać po trzynaście godzin dziennie. Toczyć, wiercić, piłować, odśrubowywać, ćwiartować, upychać w skrzyniach, pieczętować, dźwigać na rampę, a niemieccy brygadziści notowali, ile i czego, co z czym i w jakiej kolejności należy pakować. Przedsiębiorczy pan Dörris, właściciel fabryki maszyn do produkcji papieru, przygotował się na wojenne niespodzianki. W odpowiednim czasie, w niemieckim miasteczku Düren przy granicy z Francją, kupił sobie podupadły zakład. Po upadku III Rzeszy fabryczka rozkwitła i wypuszczała w świat maszyny do produkcji papieru; jota w jotę jak cieplickie wynalazki.

Wróćmy jednak do Cieplic. Kiedy zabrakło mieszkań na poddaszach, suteren i pokoików w familokach, urzędnicy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego zaczęli myszkować po obrzeżach. Przypomnieli sobie Lagerstrasse.

– Całkiem do rzeczy te baraczki. Co myślicie, towarzyszko?

– Gdyby otynkować, będą niczego sobie. Czy odkazić obóz?

– Obywatelko, taka wesz długo nie pożyje. Kiedy wyszli więźniowie?

– Będą już dwa lata.

– Mendy się rozpełzły, a niedobitki wytnie wapno.

Obozowi przyglądała się też Fabryka Maszyn Papierniczych Fampa. W spadku po Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG przejęła ogołocone hale produkcyjne i puste magazyny. Obóz należał się jej niejako per continuum. Więźniowie pracowali przecież przy wywózce fabryki. Ktoś wpadł na pomysł hotelu robotniczego. Kampania ściągająca monterów, hydraulików, spawaczy, tokarzy i mechaników szła pełną parą. Kadrowe podróżowały po Polsce, żeby werbować. Zasadniczą Szkołę Zawodową w Gołdapi skusiły obietnicą: kto się zaciągnie do Fampy, nie musi zdawać egzaminów. Zgłosiło się dwudziestu chłopaków i zamieszkali w obozie koncentracyjnym.

Z okien widzieli plac apelowy. Niedawno zbierali się tu różnych rang esesmani, arcykaci i władcy obozowi, lagrowi, blokowi, schreiberzy, najmici, eltesterzy, czyli starszyzna i reszta szlachty obozowej, zgraja kulturvolków wśród nich rapportführerzy, blockführerzy, otoczeni czeredą sługusów, noszących na rękawach emblematy swojej nieograniczonej władzy. Tu pędzono zugangów, czyli nowo przybyłych. W listopadzie 1944 roku na plac apelowy przydreptał Leopold Rosenbaum, profesor filozofii.

Miał na sobie wełniany płaszcz w pepitkę z żółtą gwiazdą na sercu i szyte na miarę, dopasowane do wysoko podbitej stopy, wiedenki. Palce Rosenbauma zdrewniały na uchwycie skórzanej walizki zapiętej metalowymi klamrami i zaszyfrowanej. Na żądanie podkreślone uderzeniem kijem w kolano, zdradził sekwencję cyfr, w zamian otrzymał numer, który miał mu odtąd zastąpić imię i nazwisko. Na kolejny rozkaz, zdopingowany kopniakiem w brzuch, rozebrał się do naga, złożył w kostkę płaszcz i szary prążkowany garnitur, ustawił noskami do siebie buty z porządną przyszwą, grubą zapiętką i poszedł do łaźni. Wspólna kąpiel zugangów trwała na tyle krótko, że lodowata woda nie odcięła mu krążenia w nogach i zdołał się dowlec do fryzjera. Strzyżono go maszynką, wszędzie w kroczu i pod pachami. Ukoronowaniem tych zabiegów kosmetycznych było wygolenie na głowie szerokiego na trzy palce pasa od czoła aż po tył głowy. Dostał pasiak, drewniane czółna i – już nie jako filozof Leopold Rosenbaum lecz häftling o numerze 12468 – zamieszkał w baraku numer 4, na lewo od głównej bramy filii obozu Gross-Rosen, w kurorcie Bad Warmbrunn.

Tenże häftling tak cenił Niemca Immanuela Kanta, że nawet w lagrze opowiadał o nim współwięźniom: o tym, jak o piątej rano lokaj bezszelestnie uchylał drzwi sypialni i budził Kanta wyszeptanym „już czas”. Że punktualnie o siódmej ten sam kamerdyner podawał gorzką herbatę. Potem przetrząsał szafy, wyjmował szare pończochy, koszulę, frak z brunatnego sukna podszyty jedwabiem i złote spinki do mankietów. Że punktualnie o godzinie jedenastej wyrychtowany Kant kroczył na wykład, a tłumacząc świat, wpatrywał się w najbliższego studenta. Byłoby dobrze, gdyby ów żak skamieniał jak czerstwy bochenek chleba, bo każdy grymas twarzy, nowa zmarszczka czy tik nerwowy mogły rozdrażnić prelegenta. Brak guzika przy surducie był powodem do przerwania wykładu. Tak samo plątał Kant myśli, gdy student guzik przyszył: „Zechce pan odciąć guzik, od którego odwykłem”.

W obozie Leopold Rosenbaum odwykł od rzeczy ważnych i drobiazgów takich jak jedzenie, picie i spanie. Może umarł przy produkcji maszyn do zabijania ludzi albo przy rozbiórce maszyn do produkcji papieru. Nie wepchnięto go bowiem do ciężarówki z plandeką, która charczała i smrodziła, wspinając się pod górę wsi Gotschdorf (dzisiejszego Goduszyna). Za szkołą, za przysłupowymi domami tkaczy, za cmentarzem okolonym murem rozsiał się niewielki las: brzózki, dąb z przetrąconym kręgosłupem, buczyna o liściach skręconych w tutki. I sosny w barwach ochronnych jak moro żołnierzy piechoty.

Jeszcze wiele lat po wojnie studenci medycyny łazili po „żydowskim lasku”. Wystarczyło pogrzebać patykiem w liściach, by natknąć się na czaszkę. Jedna z nich przypominała księgę. Na sklepieniu i potylicy wyryto gwoździem nazwiska. Kulfoniaste słowa odsłoniły się po wygotowaniu kości w emaliowanym garze z garbatą przykrywką. Niełatwo było odszyfrować bazgroły. Leopold Rosenbaum nie znalazł się na tej wyjątkowej liście. Był na innej.

Pomysłowy pan Dörries miał głowę na karku i pasiaków pod dostatkiem. Liczył, co prawda, na więcej, w lagrze trzymano ośmiuset więźniów, a pracowało tylko trzystu.

–Tuczysz symulantów – beształ lagerführera Szakacsa. – Zagoń trutni do zakładu. Taśma ich wyleczy.

Kiedy jeszcze wojna szła pełną parą, Dörries przestawił produkcję na militaria. Specjalnością fabryki stały się ciężkie haubice schwere Feldhaubitze 18 (s.F.H.18) i lekkie koszulki odłamkowe dla granatów ręcznych. W skorupy z kurortu ubierały się granaty na łodydze (Stielhandgranate 24) i granaty jajowate (Eihandgranate 39 przezywane pieszczotliwie M39 od roku narodzin). W ceglanym budynku z żeliwnymi oknami budziły się setki, jeśli nie tysiące kotwic. Kotew życzyły sobie miny morskie. Wokół Europy było przecież tyle mórz do zaminowania, tyle statków wypełnionych młodymi marynarzami do rozerwania, tyle okrętów podwodnych do rozszarpania. Gdy losy zrobiły woltę, häftlingi musieli rozłożyć całą fabrykę na części i wpakować do pociągów jadących w głąb Rzeszy, aż pod francuską granicę.

Sześć dni w tygodniu pędzono więźniów z Lagerstrasse do Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG. Kominy dymiły, ciężarówki kopciły, nad uzdrowiskiem unosiła się bura kurzawa. Esesmani dopingowali maruderów kolbami karabinów, brygadziści pałkami, szajskapo kasował markę za wyjście do ubikacji. Natomiast majster pilnował, żeby nie podpierać ścian, tylko uwijać się przy tokarkach i szlifierkach. Księgowy płynął pomiędzy pasiakami i notował w rubrykach pierścienie i głowice, trzonki, klamry i pazury, czerepy, bębny i ciężarki, pręty, liny i przetyczki. Niczego nie mogło brakować. Każda część ważyła sporo reichsmarek. Skrupulatnie, jak przystało na niemieckiego buchaltera prowadził też swój osobisty spis ludzi. Sporządził opasły, dwutomowy inwentarz. Każdą z dwustu czterdziestu dwóch stron poszatkował tabelami. Każda tabela miała samoswoją grubość. Każdego więźnia przedstawił z imienia i nazwiska, każdemu przyporządkował numery (swój i obozowy), numerowi przymiot: „A”, czyli arbeitsfähig – zdolny do pracy, „L” langsam – opieszały, „K” krank – chory.

Księgowy z Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG był solidny i akuratny, bo nazwać go pedantycznym byłoby lekką przesadą. Kaligrafował wpisy, błędną notę zaklejał przyciętą na wymiar karteczką. Śmierć pasiaka zmuszała go do wysiłku. Musiał sięgnąć po blok techniczny, przyciąć papier na wymiar, posmarować klejem biurowym, przyłożyć, docisnąć, odczekać aż klej stężeje. Psioczył, kiedy symbol „K” zaślepiał karteluszkiem z wielką literą „T”, co znaczyło martwy (tot). Syczał jak wąż, kiedy pochylał się nad häftlingiem Leopoldem Rosenbaumem o numerze 12468, który najpierw zasłużył na literę L – leniwy, zaklejoną kwadracikiem z grubym, czarnym T. Śmierć dopadła go 13 lutego 1945 roku.

Za niedługo więźniów z Lagerstrasse pognano na dworzec kolejowy. Przy rampie czekały już na nich węglarki typu Villach. Trzy osmolone wagony.

Pasiaki gramoliły się do środka, spadały z metalowych stopnic, esesman kopniakiem popędzał maruderów i rytmicznie sylabizował acht-und-zwan-zig, neun- und-zwan-zig, drei-zig. Na rozkaz gwizdka i ciętego: szlus! robotnicy obsiedli wagony niby tłuste muchy padlinę i przybili do ścian okorki, coś w rodzaju dachu. Przerobili węglarki w trumny. Na ostry gwizdek pociąg wyturlał się z kurortu Bad Warmbrunn.

Baraki przy Lagerstrasse przez kilka lat mokły i butwiały, zanim wprowadzili się do nich chłopcy z Gołdapi. Dziś w obozie mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych.

AGNIESZKA KANIA

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek