HOME
Adam Poprawa

Mniejsze listy (2)

Najbardziej niedocenionym pisarzem polskim jest zapewne Mrożek. Bo za popularność się płaci. W wielu skrótowych biogramach i równie pobieżnych wypowiedziach, za największe osiągnięcie twórcy uznaje się wylądowanie w słowniku frazeologizmów, chyba już na trwałe: „jak z Mrożka”. Nie sposób uznać takiego wyrażenia za skrzydlate słowa; nie Mrożek je ukuł, lecz recepcja postrzegająca go jako dowcipnego specjalistę od absurdów administracyjnych o proweniencji jeszcze peerelowskiej.

A jeśli jest to największy pisarz polski? O ile nie da się tego rodzaju hierarchii wielkości ułożyć precyzyjnie ani do końca serio – bo kto byłby drugim? trzecim? dziesiątym? przy pozycjach kilkunastych wypadałoby już zawiesić superlatyw – o tyle można pomyśleć historię literatury polskiej, w której właśnie Mrożek stanowiłby przestrzeń wyjścia i odniesień. Parę rozdziałów tej nienapisanej jeszcze historii. Literatura jako kontestujące podjęcie tradycji. Absurd życia, a co jeszcze dolegliwsze, tegoż życia nieunikniona śmieszność. Ja w międzyludzkim – niezbędność kategorycznego dystansu, ale też niezbywalna aporia wewnętrzna. Analityczna krytyka historii i współczesności. Tak przedstawiają się najistotniejsze problemy Mrożka. I proponowałbym teraz z perspektywy jego dzieła czytać Miłosza, Białoszewskiego, Leca, Różewicza, Witkacego, Żeromskiego, Prusa, a także Norwida, Słowackiego, Mickiewicza oraz – dlaczego nie? – Kochanowskiego. Oho, przekroczyłem dziesiątkę, więc starczy nazwisk.

Najbardziej wnikliwi i trafnie przewidujący krytycy wcześnie zdali sobie sprawę, jakiej rangi pisarz się pojawił. Jerzy Kwiatkowski, recenzując w 1957 tom Słoń, zestawił Mrożka z Kafką. „Imponująca jest droga Mrożka: od Lama do Kafki, od kelnerów do wielkiej metafory życia. Rzecz to niebezpieczna – zabawa w proroctwa. Pozostańmy zatem przy faktach: droga ta nadal prowadzi wzwyż”. Zauważyć warto, iż Kwiatkowski ze świadomą dwuznacznością zatarł granicę między faktem a przewidywaniem; w którym nic a nic się nie pomylił.

Już zresztą we wcześniejszym tomie, Półpancerzach praktycznych, stały się rzeczy niezwykłe. Do tego stopnia, że uprawniona jest dzisiaj lektura opowiadań niby socrealistycznych jako już parodii tamtej doktryny. Owszem, ówczesnych intencji Mrożka z całkowitą dokładnością nie odtworzymy, od czego jednak Ecowska intentio lectoris? A są niebłahe powody, by tę kategorię przywołać. Przypomnijmy opowiadanie tytułowe, z czterystoma półpancerzami wykonanymi według XVI-wiecznego wzoru, których transport dotarł do socjalistycznego domu handlowego. Narrator zaczyna: „Jestem starym subiektem i widziałem w swoim życiu wiele towarów niechodliwych, ale żeby aż tak…”. Prymarne samookreślenie bohatera odsyła oczywiście do Prusa, co ze strony Mrożka jest przedsięwzięciem poniekąd ważniejszym niż wspaniały komizm utworu: młody autor (w roku wydania tomu skończył dwadzieścia trzy lata) wpisuje się w tradycję, która go interesuje i w której chce być czytany. Nie idzie tu o stylizację na język Lalki, a o (ogólniejszy) akt wyboru literatury, istnienia w niej. Są w Półpancerzach praktycznych składniki satyryczne, nie one decydują przecież o wartości tekstu. O krakowskim Pedecie pisała w latach pięćdziesiątych tamtejsza prasa, w tym redaktor i rysownik Mrożek, tyle że dla niego instytucja owa stała się w końcu elementem literatury autonomicznej: elementy satyry okazują się przede wszystkim samoistnymi konstruktami świata przedstawionego, nie zaś krytyką ówczesnych społecznych bolączek. Wszak problem, z którym musieli sobie poradzić bohaterowie opowiadania, jest problemem zbytu i reklamy, stricte rynkowym, obojętnym dla ekonomii socjalizmu.

 

 

Cztery pierwsze tomy opowiadań Mrożka (pomijam najwcześniejszą broszurę), ułożone w porządku diachronicznym, odsłaniają przemienność tej prozy do form coraz bardziej złożonych myślowo i estetycznie. Ostatni spośród nich, Deszcz z 1962, jawi się, by tak rzec, przełomowym podsumowaniem i otwarciem na to, co w Mrożkowskiej epice będzie się działo potem. Zdaniem Haliny Stephan, autorki najlepszej dotąd monografii pisarza obejmującej całość jego dzieła, w deszczowych opowiadaniach „Mrożek niespodziewanie porzuca rolę satyryka. Ani socrealistyczna przeszłość, ani mechanizm funkcjonowania tradycji nie stanowią już ośrodka jego zainteresowania. Dochodzi natomiast do głosu nowy, nieco posępny ton”. Mała statystyka. Według Polskiej Bibliografii Literackiej książkowy debiut Mrożka doczekał się pięciu omówień, na Słonia odpowiedziało czternaście recenzji, z kolei Weselu w Atomicach swoje teksty poświęciło dziewięcioro publicystów kulturalnych, na przełomowy zaś Deszcz zareagowało wszystkiego czterech krytyków. Przenikliwie napisał o tomie Marek Skwarnicki: „Mrożek jest pisarzem trudnym do odczytania. […] Ironizuje wszystko. Źródłem jego ironicznej energii jest jakby poczucie, że w obliczu nicości, spraw najważniejszych z ważnych, wszystko jest pozorem i śmiesznostką. Autora to nie bawi, autor nad tym jakoś cierpi”. Dużo też znaleźli w Deszczu Henryk Bereza i Artur Międzyrzecki. Znamienna jednak, również dla dekad późniejszej potocznej recepcji Mrożka, wydaje się recenzja Włodzimierza Maciąga, który nadal rad by widzieć w pisarzu wyłącznie satyryka. Zmartwił zatem krytyka „bardzo wysoki stopień abstrakcji nowych idei”, co gorsza, „nie zawsze mamy tu [w Deszczu – A. P.] nawet do czynienia z następstwami życia zbiorowego, czasem chodzi wręcz o zjawiska związane z człowieczą egzystencją”. Beznadziejna sprawa, kolego Mrożek. Maciąg nie zawahał się postawić dramatycznego pytania, ba! sam udzielił odpowiedzi: „Czy literatura Mrożka na tym zyskuje czy traci? Obawiam się, że raczej traci”. No ale jak ma być inaczej, jeśli – dalej cytuję Maciąga – „śmieszność jako kategoria egzystencjalna – takie ujęcie postawy satyryka grozi niezamierzoną powagą”. Innymi słowy: krytyk wolałby, żeby Mrożek był zawsze jak z Mrożka.

Tego rodzaju podejście pokutowało i po latach. Jerzy Jarzębski, relacjonujący krakowski jubileusz Mrożka w 1990, stwierdził, „że gdzieś jeszcze kołacze się po uczonych umysłach przeświadczenie, iż to autor niepoważny (może dlatego poloniści z UJ nie chcieli dać mu honorowego doktoratu)”. Czy w tym niechceniu wziął aktywny udział również profesor Maciąg, człowiek stamtąd? Mrożek za poważny na satyryka, ale za mało poważny na poważnego pisarza?

 

 

Wśród innych opowiadań tomu Deszcz znalazła się również fabuła Nadzieja. Główna postać utworu jęła otrzymywać zakopertowane listy, z wyłącznie kolejną białą kartką wewnątrz. Narratora-bohatera sytuacja zdenerwowała. „Postanowiłem nie otwierać więcej takich listów. Ale jak się przekonać, czy list jest taki czy zwyczajny, nie otwierając go najpierw?”. Na kopertach brak nadawcy, mężczyzna próbuje więc dowiedzieć się czegoś, wyjeżdżając do miejscowości widniejącej na stemplu pocztowym. Tam w hotelu czeka już na bohatera kolejny zaadresowany doń list. Może adoruje go jakaś nieśmiała kobieta? Mężczyzna zaczyna więc bardziej dbać o powierzchowność. W finałowym epizodzie wyjeżdża zapolować w towarzystwie innych myśliwych na dzikie kaczki. W ich przelatującym kluczu znalazł się również gołąb pocztowy, zestrzelony zaraz przez narratora-bohatera. Wyżeł przynosi ptasie truchło: gołąb miał uczepioną ceratową torbę z kopertą taką jak poprzednie. „Nie otwierając, podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny”. W zapadających ciemnościach, pod wieczór, przychodzą wątpliwości. Mężczyzna, w wodzie „po pas, po ramiona”, bezskutecznie szuka resztek listu.

„No cóż, może tam nic nie było, na pewno nie… Dlaczego by miało coś być tym razem?

Nie było nic.

A jeżeli?”.

Czy Derrida czytał Mrożka? Na pewno mógł: w 1965 ukazał się w Paryżu przełożony przez Annę Posner jego (Mrożka) tom Les Porte-plume, pośród opowiadań nie zabrakło utworu L’espoir (Nadzieja). Miał więc Derrida okazję. W każdym razie w 1991 opublikował książkę Donner le temps. La fausse monnaie. Zaczyna się ona od Egzergi lub Exergum, łacińską wersję wybrała Bożena Shallcross, tłumaczka fragmentu. Autor wychodzi od liściku pani de Maintenon z dworu Ludwika XIV do pani Brinon. Wiadomość wydaje się jasna i oczywista, niemniej francuski filozof drąży, doszukując się niespodziewanych pogłębionych znaczeń. (To jest dopiero intentio lectoris!) „Żadne ze słów przez nią [panią de Maintenon] napisanych nie niesie z sobą tego, co nie do pomyślenia i niemożliwe, dokąd moje odczytanie by je pociągnęło, w kierunku dawania-brania, czasu i reszty. Powiecie, że ona nie chciała tego powiedzieć.

A jeśli”.

Czy przekonałem państwa do najistotniejszej wagi pisarstwa Mrożka? Może zechcą państwo odpowiedzieć, że zgoda, autor świetny, pomysłowy, popularny, że dlaczego nie? Zdarzało mu się dotknąć poważnych problemów, ale żeby od razu był z tych największych pisarzy, a tym bardziej największy?

A jeżeli.

ADAM POPRAWA

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek