Zastanawiałem się, dlaczego Wojtek chciał, żebym mówił na jego pogrzebie.
Pewnie chciał, żebym opisał ten moment, kiedy dwadzieścia lat temu staliśmy przed freskami Lukki Signorellego w Orvieto. Na ścianach namalowane są sceny końca świata. Na fresku przedstawiającym przyjście antychrysta jest autoportret Signorellego, który przygląda się scenie. Wojtek zwrócił mi na niego uwagę, odwrócił się i wskazał na fresk przedstawiający zbawionych, i powiedział, że to najlepsze, co zostało namalowane w historii (co tym trudniejsze, że sceny z raju są zazwyczaj nudne), i że to tam dałby swój autoportret, żeby móc na ten obraz patrzeć w nieskończoność. A potem spojrzał na sklepienie, malowane przez Fra Angelico, z przedstawieniem nieba, i powiedział: „Tam też nie byłoby źle” i jak zwykle pojawił się na jego twarzy ten chłopięcy uśmiech zachwytu.
Pewnie chciał, żebym powiedział, że miał zawsze rację. Bo miał. Czasem było to trudne do przyjęcia, ale przede wszystkim było to szalenie praktyczne – wiadomo było, gdzie się zgłosić po radę, gdy chciało się rozwiązać jakiś problem i gdzie się po nią nie zgłaszać, gdy chciało się, żeby problem trwał.

Wiedział też, że powiem, że był wspaniałym nauczycielem, choć nie zrobił ze mnie matematyka, i że z lekcji matematyki pamiętam przede wszystkim, jak pokazywał renesansowy obraz Carla Crivellego, z idealnie wyrysowaną perspektywą, gdzie linie zbiegają się na Duchu Świętym pod postacią gołębicy. Uczył nas myślenia. Uczył, że proste rozwiązanie, kilka czystych linijek, zawsze jest najpiękniejsze. Uczył też życia, bo ten pogromca głupoty i nudy zawsze służył radą, i jak mało kto rozumiał życiowe problemy i ich ciężar.
Uczył zachwytu. Zachwytu wspaniałym winem (oczywiście, jak już byliśmy dorośli), pejzażem, i wreszcie sztuką. Żeby spojrzeć na romański kapitel, szczególnie jeśli rzeźbił go mistrz z Cabestany, gotów był z Elżbietą jechać setki kilometrów w upale. A gotyckie maswerki stały się przedmiotem jego pogłębionych badań – dzielił się nimi z uczniami, którzy byli wielką pasją jego życia. Była w gotyku nie tylko geometria (którą przestudiował jak nikt wcześniej w historii sztuki), ale także szkoła patrzenia. Gdy pokazał mi bogactwo geometrii w witrażach Notre Dame, powiedział: „A widzisz ten niewielki kawałek maswerku? Nie ma żadnego geometrycznego uzasadnienia! Po prostu dorysował, ot tak sobie, nie wiem dlaczego. Po prostu piękne!” – i tu znowu pojawiał się uśmiech, ale jeszcze szerszy, promienisty – pełnia zachwytu, dostępna chyba tylko Wojtkowi.
W genealogii matematyków jako uczeń Andrzeja Mostowskiego, był potomkiem Immanuela Kanta. Jednym z ważnych elementów filozofii Kanta była próba odpowiedzi na pytanie, czym jest zachwyt. Wyszła z tego ważna, ale zarazem zawiła i mało pociągająca teoria. Jego naukowy pra-pra-wnuk, matematyk, a zarazem dziecko rodziny o tradycjach malarskich, przechytrzył Kanta – po prostu opanował sztukę zachwytu. I uczył jej innych. Takiego nauczyciela można mieć tylko jednego w życiu. Wojtku, będę Ci zawsze za to wdzięczny – wszyscy będziemy.
MIKOŁAJ NOWAK-ROGOZIŃSKI
Słowa wygłoszone na pogrzebie Wojciecha Guzickiego, Konstancin-Jeziorna, 13 I 2026