To króciutka notatka, na szybko, bez większego ładu. Bo nosiło mnie dziś z kąta w kąt; tym razem nie ułożyło się i nie pojechałem do Warszawy. Zacząłem machinalnie grzebać przy czymś, co od dawna mnie męczyło, ale w czym do tej pory niczego nie umiałem znaleźć: pod ręką miałem tylko fotografie kilku handlowych ofert z przedwojennego Wilna, cenników nasion do ogrodu i na pola, firmy „F. Szyk i Synowie” (okładkę strojnego, wielokolorowego cennika, bo na czterdziestolecie firmy, litografował Jakub Najszul). Nic nie znajdowałem; w głowie miałem tylko znanego grafika tegoż nazwiska, no ale to był Łodzianin, z zupełnie innych sfer niż drobni wileńscy kupcy czasów kryzysu. A dziś, 19 kwietnia, od razu w kilku miejscach, w digitalizowanych drukach sprzed wojny – dwu wydaniach „Monitora Polskiego”, jakimś wileńskim druku urzędowym, i w wileńskim „Słowie”, natrafiłem na notki. Króciutkie, ale i czegóż by się spodziewać więcej. Do tej pory nie miałem nic – rozbijałem się nawet o nierozwikłany inicjał, o to „F.”. Teraz już wiem, że ten, kto w wileńskich Halach miał stoisko z nasionami dla ogrodu i na pole, z nawozami i ogrodniczymi narzędziami, ten, dla którego nie miałem nawet imienia (jak kiedyś, w podobnych poszukiwaniach, dla botanicznego słownikarza, Lejby Pawego, ofiary Zagłady) to był Fajwusz, czyli – Fajwel Szyk. Te cenniki wydawał już jako człowiek stary (jeden wydali już tylko synowie, pod dawnym szyldem), pod sam koniec życia – umarł dokładnie dwa lata przed wojną (firmę miał od 1898, po drodze jeszcze, zapewne chwytając się różnych rzeczy w najgorszych latach kryzysu, handlował i tytoniem, do spółki z Gercem Szabadem). Handel odziedziczyli synowie, teraz już wiem, że było ich trzech i znam ich imiona (to daje ulgę, choć to niby nic – no ale jednak są to Imiona!), to Ezechiel, Salomon i Samuel.

To z czasów tuż przed Zagładą, pewno nikt nie przeżył, wszystko starte i rozproszone. We czterech Szykowie handlowali też nasionami kilku gatunków drzew, na marginesie tego, co dawało zasadniczy dochód – obok nasion kwiatów, roślin okopowych i miododajnych czy obok nawozów. I właśnie te drzewa, których nasiona sto lat temu sypali klientom w kantorze na Zawalnej do papierowych torebek czy do płachty wyrwanej z gazety i zwiniętej w tutkę, któreś z tych drzew bez wątpienia, to jasne, rośnie do tej pory w Wilnie czy w okolicach.
JAKUB DOLATOWSKI