Każdy moment jest dobry, żeby czytać Bernharda. Przypadająca w tym roku dziewięćdziesiąta piąta rocznica urodzin austriackiego pisarza dostarcza dodatkowej okazji do tego, by przyjrzeć się jego biografii. Rzadko udzielający wywiadów, w ostatnich latach życia (zmarł w 1989 roku) dał się namówić dziennikarce Kriście Fleischmann na kilka osobistych rozmów, które zostały ogłoszone w książce Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann (tłum. Sława Lisiecka, Warszawa, PIW, 2010). Bernhard mówi ostro, dobitnie, z wyjątkową ekspresją. Na pytanie dziennikarki, czy jego opinie nie są nazbyt przerysowane, odpowiada: „Wszystko jest przerysowane, ale bez przerysowania nie da się w ogóle nic powiedzieć”.
Ponad połowę książki stanowi zapis rozmów, jakie Fleischmann przeprowadziła z Bernhardem w 1981 roku, przygotowując filmowy portret pisarza z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. Zgodnie z życzeniem bohatera zdjęcia kręcono na Majorce. W hotelu w Puerto de Pollensa nad morzem, siedząc pod palmami i popijając kawę, autor Betonu opowiadał: „W gruncie rzeczy piszę wyłącznie dlatego, że wszystko jest bardzo nieprzyjemne. […] Kiedy przeżywa się przyjemne sytuacje, nie można niczego napisać, poza tym człowiek byłby głupi, gdyby pisał o rzeczach przyjemnych, bo rzeczom przyjemnym trzeba się po prostu oddać, prawda? […] Ale ponieważ […], przyjemny nastrój zdarza się tylko przez parę godzin albo tylko przez krótki czas, człowiek ciągle musi siadać do pisania”. Co nie znaczy, że lektura tak powstałych utworów musi wpędzać w przygnębienie. Właściwie Bernharda dziwi, że ludzie nie widzą, iż to, co pisze, jest do śmiechu: „Kiedy jest mi nudno albo kiedy przychodzi w życiu jakiś tragiczny moment, otwieram jedną ze swoich książek, bo to jeszcze najszybciej mnie rozśmiesza. […] Nie chcę powiedzieć, że nie napisałem również poważnych zdań, tak pomiędzy, żeby cementowały te śmieszne zdania”.

Najwięcej tematów do cementowania śmiesznych zdań dostarczała mu Austria, której nie oszczędza (chyba najbardziej płomienne filipiki przeciw niej wygłaszał w Wymazywaniu). W drugiej rozmowie z Kristą Fleischmann, przeprowadzonej w Wiedniu 1984 roku, pretekstem do wypowiedzenia kilku słów prawdy o ojczyźnie była publikacja powieści Wycinka, która wywołała w Austrii ogromne zamieszanie. Kompozytor Gerhard Lampersberg rozpoznał się wśród jej bohaterów i zażądał sądownego nakazu konfiskaty książki. W chwili rozmowy Bernhard wierzył, że żaden sędzia w Austrii nie posunie się do tego, a jednak wkrótce tak się stało. Ale nie tylko z tego powodu Austria, a zwłaszcza Wiedeń, jawi się pisarzowi jako najgorsze miejsce na ziemi: Wiedeń niszczy artystów, w Wiedniu mieszkają najbardziej złośliwi ludzie na świecie itd., itd. Dostaje się też twórcom, którzy za życiową wygodę sprzedają swoją niezależność, przez co tracą kontakt z rzeczywistością i wytwarzają rzeczy bez wartości, „siedzą gdzieś w jakichś mieszkaniach komunalnych, mają dotacje, i domowe kapcie, […] i robią książki tak, jakby je szyli jak szwaczki”. Państwowe dotacje, szczególnie dla artystów, wywołują w autorze Bratanka Wittgensteina największe rozdrażnienie, jest bowiem przekonany, że prawdziwy artysta zdoła wybić się o własnych siłach: „No, ale Austria jest państwem subwencyjnym, wszystko się tu subwencjonuje, każdy głupi móżdżek zasypuje się subwencjami i bandażuje, a państwo ciągle zasłania takim artystom oczy i zatyka uszy, tak że niczego nie widzą, niczego nie słyszą, a potem nikim nie zostają”.
Ofiarą Bernhardowskiej kpiny padają także politycy, kościół katolicki i kobiety: „Kobietom chyba nikt, no, może poza jakimś wariatem, nie odmówi uczuć, ale rozum można prawie zawsze podważyć, to znaczy fakt, że go mają”. Trochę dziwi to, że Fleischmann cały wywód na temat wątpliwego potencjału umysłowego kobiet przyjmuje bez sprzeciwu. Można jednak tę powściągliwość zinterpretować jako wyraz jej profesjonalizmu – ani na moment nie wychodzi bowiem ze swojej roli słuchacza, to ona trzyma w ręku ster rozmowy i podrzucając pisarzowi kolejne tematy, pozwala mu na niczym nieskrępowaną ekspresję. W efekcie Bernhard wali bez opamiętania na prawo i lewo – zgodnie z programem, który sformułował w trzecim dokumencie, nakręconym wiosną 1986 roku w Madrycie (warunkiem pisarza było zakwaterowanie w hotelu Ritz, honorarium nie chciał). W tej najbardziej swobodnej z trzech rozmów autor Sutereny – tym razem zżymając się na tłumaczy, intelektualistów i kolegów po piórze – powiada, że czego się ludziom nie wbije młotkiem do głowy, tego w ogóle nie dostrzegają. Na uwagę dziennikarki, że ludzie niezbyt lubią, żeby ktoś w nich walił, Bernhard wypala, że na walce zasadza się świat. I dodaje: „Zawsze się cieszę, kiedy ktoś we mnie wali, bo wtedy mogę mu po trzykroć oddać, a to czyni człowieka silnym”.
Gdyby zastanowić się, gdzie bije źródło tego niewyczerpanego jadu, trzeba cofnąć się do dzieciństwa pisarza. W rozmowach z Fleischmann Bernhard dokonuje takiej retrospekcji. Komentując to, że znajomi uciekają na jego widok, opowiada: „Było tak już u mnie w domu. Gdy tylko mnie zobaczyli, od razu wypadali z mieszkania, bo zawsze spodziewali się samych nieprzyjemności, chociaż ja byłem najmilszym dzieckiem, jakie tylko można sobie wyobrazić, naprawdę. Byłem uroczy, miałem duże, długie loki, miło było na mnie patrzeć, miałem też przyjemny głosik, ale człowiekowi nie jest dane żyć w szczęściu. Jeśli pani tak się właśnie zachowuje i rozpościera ręce w stylu «chodźcie wszyscy tutaj», to wtedy nikt nie przychodzi, a gdy się zdarzy, że na pewno nikogo pani sobie nie życzy widzieć, to już kilkoro stoi pod drzwiami!”.
Przyszły pisarz odebrał w dzieciństwie jeszcze jedną ważną lekcję, której sens wyraził w Dawnych mistrzach, gdzie oznajmia, że prawdziwy umysł cechuje się niezdolnością do podziwu: „Podziw zawsze był mi obcy – mówi narrator – i nic nie odpycha mnie tak, jak obserwacja tych, którzy podziwiają, ogarnięci chorobą podziwiania. Idzie pan do kościoła, ludzie podziwiają, idzie pan do muzeum, ludzie podziwiają. Idzie pan na koncert, ludzie podziwiają, to odrażające” (tłum. Marek Kędzierski). Rozmowy Kristy Fleischmann pozwalają zrozumieć, skąd wzięła się ta niechęć do uczucia podziwu, które małemu Thomasowi bynajmniej nie było obce, czemu dał wyraz w chwili narodzin brata. „Wszyscy się niesłychanie śmiali, bo ja naturalnie z zachwytu nad bratem otworzyłem usta, po czym od razu znalazł się w nich strumień sików” – opowiedział rozmówczyni. Czy można się dziwić, że po takim doświadczeniu raz na zawsze oduczył się okazywania zachwytu?
AGNIESZKA PAPIESKA