Drogi Panie Redaktorze,
Jan Zieliński w swoim dzienniku Spod powieki (S) w zapisie z 20 lutego odnotowuje wydanie w ossolińskiej Bibliotece Narodowej tomu Opowieści chasydzkich i uwydatnia szczegół, na który być może nie każdy czytelnik zwróci uwagę: „Antologia nosi numer BN I 347. Oznacza to, że antologia opowiadań, tłumaczonych w znakomitej większości z hebrajskiego, ukazała się w serii pierwszej, obejmującej z założenia «wzorowe wydania najcelniejszych utworów literatury polskiej», a nie w serii drugiej, przeznaczonej dla takichż utworów literatury obcej. Jest to decyzja odważna, nieoczywista, tym bardziej godna podkreślenia”.
Przyszło mi na myśl, że mamy w naszej literaturze opowieści chasydzkie nie tylko po hebrajsku, ale i po polsku. Kilka napisał Stanisław Vincenz. Chciałbym przypomnieć jedną z nich, bo wiąże się z poczynionym przez Jana Zielińskiego spostrzeżeniem. W eseju pt. Qu’une larme dans l’océan nawiązującym do powieści Manèsa Sperbera pod takim tytułem Vincenz wspomina lata II wojny światowej i zawarte wówczas przyjaźnie: „W czasie uchodźczego pobytu na Węgrzech poznałem młodego chasyda rodem z Węgier i tam zamieszkałego, który spędził kilka lat w szkole rabinackiej w Polsce, u znanego rabina Rokacha w Bełzie. Widywaliśmy się w warunkach bardzo różnych, najpierw podczas dwukrotnego przekraczania granicy i znów, po kilku latach, podczas okupacji Węgier przez Niemców w roku 1944. Wówczas już mój znajomy nie miał domu, bo jego rodzinę w większości deportowano do Oświęcimia, a on ukrywał się w Budapeszcie i przetrwał Niemców jako polski uchodźca. Według nowej «aryjskiej» legitymacji nazywał się Stanisław Zięba. Zięba miał w sobie coś wspólnego z młodym poetą muzykiem z Sędziów Wyspiańskiego, zarówno w zewnętrznym wyglądzie, jako też w ruchach i reakcjach, tak mi się wówczas wydawało. Nie opuszczała go naiwna ufność w hierarchię duchową, że światem kierują siły duchowe i że «ci inni» dobrze o tym wiedzą. Wobec zarzutów, że ci inni mają przynajmniej na razie coś do gadania, twarz jego przybierała uśmiech dyskretnej ironii czy raczej zakłopotanej, a przebaczającej wiedzy. Był śliczny, jego szafirowe oczy gorzały życzliwością chętną i dzielną. Mimo lat z górą dwudziestu ruchy jego były chyże i zgrabne jak u wyrostka. Wyskakiwał i wskakiwał do pociągu i do tramwaju w biegu i może ta zgrabność, już przez wrażenie niewymuszonej swobody, ocaliła go od licznych obław policyjnych skuteczniej jeszcze niż legitymacja «aryjska». W czasie przymusowego pobytu w Budapeszcie «odkrył» piłkę nożną, miał z tego sporo uciechy. Mieszkaliśmy na wsi nad Dunajem, czterdzieści kilometrów od Budapesztu, i Zięba, mimo ówczesnych niemałych trudności komunikacyjnych, odwiedzał nas dość często. Mówił po węgiersku dobrze, po polsku chętnie, z niezbyt wielkim zasobem słów, lecz bez błędów. W towarzystwie Polaków czuł się widocznie dobrze, miał z Polski niezapomniane wspomnienia. Dotyczyły one zresztą wyłącznie rabina z Bełza i jego adeptów, których grono w opowiadaniach Zięby ukazywało się jako rodzaj entuzjastycznego zespołu klasztornego. Choć mistrz rzadko ukazywał się uczniom, przecież ilekroć oddalił się na krótko z Bełza, uczniowie, nie wiedząc nawet, że wyjechał, czuli, że oddalił się od nich, stawali się smutni, nie mogąc skupić się tak i modlić się, jak wtedy, kiedy czuli jego bliskość. Wbrew temu, co się czasem myśli o uczniach rabinackich, Zięba wcale nie był zamknięty przed dopływem obcych prądów duchowych i intelektualnych. Miał szczere zainteresowanie dla nieznanych mu postaw myślowych, dla obcych obyczajów, symbolów i dogmatów. Tylko pomysł, jakoby Ziemia obracała się dokoła Słońca, nie odpowiadał mu. Jego dziewczęce usta ściskały się ironicznie. Wiedział pozytywnie z Talmudu, jak sprawy się mają, przyrzekł zresztą, że wytłumaczy mi to jeszcze z religijnego punktu widzenia. Nie dopytując się więcej, przypomniałem sobie wędrówkę Dantego po sferach niebiańskich i uzmysłowiłem niebezpieczeństwo, gdyby tych sfer zbrakło.

Fot. ze strony https://stanislaw-vincenz.puno.ac.uk
Wojna przybliżyła się. Gdy Rosjanie osaczyli i wzięli szturmem Budapeszt, a przejście ze wsi do wsi stało się niemożliwe, straciliśmy kontakty. Dopiero znacznie później dowiedzieliśmy się, że Zięba przeżył zawieruchę wojenną, potem już nie wiedzieliśmy, co z nim się dzieje. Święta Bożego Narodzenia 1945 roku zastały nas w tej samej wsi nad Dunajem. Nie mogliśmy się ruszyć, nie był to czas wesoły, nie wiedzieliśmy, co się dzieje z naszymi najbliższymi rozsianymi po świecie; wobec ciągłego spadku waluty sytuacja pieniężna i żywnościowa stała się bardzo trudna. Dla nabycia w drodze wymiany kukurydzy, tłuszczu i opału trzeba było sięgać do zapasów garderoby uchodźczej. Dobrze przynajmniej, że na Wigilię dom nad Dunajem był jako tako ogrzany, że był barszcz z chlebem, kluski z makiem i choinka ze świeczkami. Wieczorem usłyszeliśmy pukanie do drzwi i nieoczekiwanie ukazał się w nich Zięba obładowany plecakiem. Zdążył w międzyczasie dotrzeć jakoś do granicy szwajcarskiej, a potem wrócić przez Austrię i Czechosłowację. Przywiózł nam na Wigilię zapasy żywnościowe i dawno niewidziane smakołyki w różnych konserwach. Nasza radość była podwójna, nawet potrójna. Ponieważ w tym roku Wigilia przypadła w sobotę, zapytałem Ziębę: «W sobotę koleją i z plecakiem? Taki chasyd z pana?».
Zięba uśmiechnął się: «Właśnie tak. Chasyd ma nie zapominać o przyjaciołach, ma ich cieszyć. Te drobiazgi po to, aby wam było weselej na święta». „Ależ pan krzywdzi rodzinę» – powiedziałem. «Rozdzieliłem równo między nich i was» – uspokajał Zięba. Był pierwszy raz na polskiej Wigilii, prócz niego przyszli jeszcze dwaj żołnierze Polacy z armii sowieckiej. Dopytywał o znaczenie drzewka, maku i kolędy, po czym opowiadał nam o swoich przeżyciach z ostatnich miesięcy. W tym okresie było wiele możliwości zarobku z czarnego rynku i znajomi wciągali Ziębę w interesy. «Ależ to nudne, wszystko na jedno kopyto» – mówił. Dowiedzieliśmy się w dalszym ciągu, że Zięba w czasie ukrywania się i podczas oblężenia Budapesztu namiętnie oddawał się lekturze. «Najwięcej mnie pociąga literatura rosyjska i literatura polska, rosyjska – Dostojewski i Tołstoj to sprawy ludzkie, a polska to sprawy religijne». «A któreż to dzieła z literatury polskiej?» – zapytałem. Zięba wyliczał bez zająknienia: «Wielki Magid, słowa samego Baal Szem Towa, Mendel z Witebska, Nachman z Bracławia i inni».
Wiedziałem znacznie mniej niż Zięba o tej gałęzi «polskiej» literatury, ale czułem, że to prawda. Już powierzchownie z nią obeznanego zastanawia nie tylko wpływ krajobrazu, przyrody, także przenikanie pieśni i melodii ludowych, interpretowanych symbolicznie, nie mówiąc o zasadniczej sytuacji dziejowej, że chasydyzm powstał i rozpowszechnił się na ziemiach Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Osobiście wydaje mi się, że ta literatura jest jeszcze jakoś inaczej polska. Sytuacja jest taka, że opinia ta już nie zagraża ani «zażydzeniem» polskiej umysłowości, od dawna zresztą zażydzonej, ani też nieprawnym przywłaszczeniem sobie skarbu należącego do narodu żydowskiego. Mickiewicz i Norwid, a zapewne i inni proroczo zrozumieli potencjał wspólnoty między oboma grupami, wspólnoty, która nigdy nie obudziła się, nie dojrzała do uświadomienia. A Wyspiański nie mniej proroczo, choć realistycznie przedstawia nam w Sędziach stan faktyczny: dwie tragedie obok siebie, uwikłane jedna w drugą, a jedna drugiej obca”.
Dodajmy przypis filologiczny: Słowo „zażydzać” pochodzi ze słownika nacjonalistów polskich nieustannie bijących na alarm z powodu rzekomego zagrożenia Polski, w szczególności jej kultury i gospodarki, przez Żydów. Ponieważ dla Vincenza relacje z kulturą żydowską wzbogacały kulturę polską (i na odwrót), były one ze wszech miar pożądane. Zażydzenie traciło pod piórem autora Na wysokiej połoninie endecką konotację ujemną i zyskiwało zdecydowanie dodatnią.
Esej Qu’une larme dans l’océan wejdzie do trzytomowej edycji Esejów zebranych Stanisława Vincenza, która ukaże się w roku bieżącym.
Zechce Pan przyjąć, Panie Redaktorze, wyrazy szacunku,
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK