Sonet dziesiąty cyklu drugiego: maszyna naoliwiona, istnienie jednak – zaczarowane
Jerzemu, gdy wraca do życia – krok po kroku
Sonet powstał między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot. I jest świetnym sonetem na czasy sztucznej inteligencji (czy – jak mówi się po ukraińsku – „sztucznego intelektu”, i chyba to formuła bardziej precyzyjna, gdyż inteligencja zakłada jednak komponent wrażliwości kogoś, kto żyje i umiera). W pierwszych dekadach XX stulecia zmagano się w Europie z mechanizacją życia. Maszyna zaczynała zastępować człowieka, rozwinęły się wielkomiejskie aglomeracje, masa ludzka stała się jednym z tworzyw fabrycznych. „Miasto – masa – maszyna”: świetnie rozpoznajemy to hasło awangardy konstruktywistycznej. Rilke nie był awangardzistą, choć bywał, jako symbolista i prekursor wielu przemian nadchodzącego wieku (wszak to z symbolizmu wyłoniły się i awangardy, i surrealizm, czasem jako dzieci wyrodne), wyjątkowo mocno świadom wielu zjawisk. Poeta upomina się o meta-fizykę, to, co w porządku języka i myślenia idzie „za fizyką”; to, co w porządku bytu jednak ją wyprzedza: dlatego w trzeciej strofie mówi o zaczarowaniu istnienia, (a nie odczarowaniu, o którym już wtedy mówili inni), dlatego w strofie czwartej przywołuje muzykę, w domyśle: muzykę sfer – zasadę kosmosu. Nie demonizuje przy tym maszyny, jej bez-duszność, brak duszy – opisuje rzeczowo.
W liście do Dietera Bassermanna z 29 kwietnia 1926 roku poeta wykłada zasadniczą myśl czytanego tu sonetu, a definiując charakter wieku, w jakim przyszło mu żyć, pisze: „Die Maschine aus dem Bereich des Sensationellen und Anspruchsvollen fort, mehr und mehr in ein Gebiet zu rücken, wo sie, auf ihre so besondere Weise, dienlich und dienend wird, (eine Kontrolle viel mehr, als eine Darstellung–): das dürfte endliche Besinnung jenes «Fortschritts» sein, der jetzt, verwöhnt und unbesonnen, das ihm Konträste überwältigt”. Rilke marzył zatem i wyobrażał sobie, że poetyckim gestem da się przekierować maszynę – jako zjawisko, jako fenomen – ku służbie człowiekowi, że można nadać sens jej istnieniu służebnemu, że nie odmieni ona i nie zdominuje swego wynalazcy. Rilke miał nadzieję, że maszyna to tylko mechanizm – pomocny, specyficzny. Rilke próbował wstrzymać – poetyckim słowem, a co najważniejsze – takim właśnie namysłem, ciemną stronę procesu mechanizacji życia i umierania. (Co było dalej, wiemy, niestety, my mieszkańcy XX i XXI wieku…).
A oto polskie przekłady, do których chciałabym się odnieść:
Alfred Kowalkowski:
Wszystkiemu, co mamy, zagraża maszyna, gdy cała –
miast w posłuszeństwie – śmie w duszach istnieć wśród nas.
Aby już nie jaśniała dłoń pięknym wahaniem wspaniała,
do odważniejszych budowli twardszy przycina głaz.
Nigdy wyprzedzić się nie da, żebyśmy odeszli w zadumie,
żeby choć raz należała do siebie w cichej fabryce wśród krat.
Ona – to życie. I sądzi, że lepiej niż my je rozumie,
kiedy z tym samym uczuciem tworzy i niszczy ład.
Lecz byt jeszcze dla nas jest zaczarowany. W tysiącu
miejsc jest początkiem. Igraniem z czystymi siłami,
których nie ujmie nikt, kto w zdumieniu nie ukląkł milcząco.
Dla niewypowiedzialnych spraw jeszcze słów lekkich brak…
A muzyka, nowa bez przerwy, kamienie drżące na kamień
w nieużytecznej piętrzy przestrzeni, najwyższy budując gmach.

Mieczysław Jastrun:
Każdej zdobyczy zagraża maszyna, póki wciąż jeszcze
ośmiela się w duchu być, zamiast w posłuchu mieć trwanie.
By nie jaśniały już ręce w namyśle piękniejsze,
do surowszej budowy tępiej przycina kamień.
Nigdzie się nie opóźnia, nie uciec przed nią, ni skryć,
nie dość jej lśnić oliwą w cichej fabrycznej hali.
Sama jest życiem – i myśli, że najlepiej zna życie,
ona, co równie stanowczo rozrządza, tworzy, w gruz wali.
Ale jeszcze istnienie czaruje nas prawdziwie,
w stu miejscach jest jeszcze początek. Gra czystych sił się mieni,
których nie dotknie nikt, kto nie klęka w podziwie.
Jeszcze z niedowysłowienia najlżejszy ulatnia się ton…
I muzyka wiecznie nowa z rozdygotanych kamieni
Buduje w jałowej pustce swój ubóstwiony dom.
Bernard Antochewicz:
Wszelkiej zdobyczy zagraża maszyna, dopóki
śmie rządzić duchem, miast wejść w posłuszeństwa karby.
By nie jaśniało piękniej wahanie ręki wysmukłej,
dla planowanej budowy sztywniej przecina kamień.
Nigdzie też nie odstaje, byśmy choć raz jej uciekli,
by oliwiąc się w cichej fabryce, własne miała mury.
Ona jest życiem, – i sądzi, że sama umie najlepiej,
która jednako stanowczo dzieli, tworzy i burzy.
Lecz jeszcze nas oczarowuje przebieg naszego życia;
w stu miejscach jest jeszcze Początek. Gra czystych sił,
których nie dotknie nikt, kto nie klęczy i nie podziwia.
Jeszcze gasną cicho słowa przed Niewyrażalnym.
A muzyka, wciąż nowa, z dygocących kamiennych brył,
w miejscu bezużytecznym wznosi swój dom ubóstwiany.
Adam Pomorski:
Wszelki nasz tytuł podważa maszyna, co w duchu,
a nie w posłuchu dochodzić swego śmie na nas prawa.
Aby wahaniem swym piękna dłoń nie świetniała w bezruchu,
ona do prędkiej budowy drętwo kamienie przykrawa.
W cichej fabryce władna, namaszczona oliwą,
nie da się ubiec ni razu, żebyśmy się jej wymknęli.
Życia się sobie wydaje znawczynią wnikliwą,
równie więc prędko je w sobie niszczy i mnoży, i dzieli.
A dla nas bycie i dziś to praktyki, czary;
źródło, co tryska w stu miejscach. Gra sił widmowa,
w którą nie wnikną ci, co wprzód nie klękną, zdumieni.
Na to, co niewysłowne, kruche schodzą nam słowa…
Wciąż nowa muzyka z drżących podźwiga kamieni
swój przebóstwiony dom nad pustki płone [1] obszary.
Andrzej Lam:
Każdej zdobyczy zagraża maszyna, jak długo
waży się istnieć w duchu zamiast w posłuszeństwie.
By czuła ręka mistrza nie pyszniła się próżno,
do swej budowy przycina surowiej kamienie.
Nigdy się nie spóźnia, byśmy się jej nie wymknęli,
w fabryce się maści oliwą, z samolubstwa i pychy.
Sama jest życiem, – sądzi, że wszystko robi najlepiej,
z jednakową pewnością rozrządza, tworzy i niszczy.
Lecz jeszcze w nas istnieje byt zaczarowany;
w stu miejscach trwa początek. Gra czystych sił się mieści,
których nikt dotknąć nie śmie, kto nie klęknie zdumiony.
Wciąż płyną słowa, co czują świat niewyrażalny…
I ciągle nowa muzyka z kamieni drżących wznosi
swój przebóstwiony dom w bezużytecznej przestrzeni.
Jak czytają tłumacze? – bardzo różnie i jednocześnie zupełnie tak samo. Odwzorowanie istoty sonetu, zasadniczego poetyckiego przekazu, odbywa się identycznie: w pierwszej strofie mowa o maszynie, która wymyka się nadzorowi człowieka i która nie potrafi się (jak on) wahać; druga zwrotka to kwintesencja opowieści o trybach działania i bezduszności (braku, nieistnieniu duszy) u maszyny / machiny, która jednakowo „rozrządza, tworzy i niszczy” (tak u Lama) – po ośmiu wersach sonetu wiadomo, jak Rilke postrzega bohaterkę swego poetyckiego namysłu; w części refleksyjnej – strofa trzecia wprowadza myśl o bycie wciąż dla nas zaczarowanym i wciąż żywym źródle / początku, wciąż istniejącym potencjale świata (tu – przez podwójną negację, pisząc, że nie dozna tego nikt, kto nie uklęknie w zachwycie / zdumieniu – poeta wprowadza temat sacrum); wreszcie – czwarta zwrotka daje obraz wypowiedzianego, muzycznie harmonijnego domu, czy raczej jego archetypicznego, mitycznego wyobrażenia. Są też raczej polscy tłumacze zgodni w tym, co można by nazwać ośrodkiem semantycznym strofy: w strofie pierwszej, u wszystkich (prócz Pomorskiego, który wybiera nie od razu czytelną omownię „Wszelki nasz tytuł podważa maszyna”, co zresztą odbiera prostemu przekazowi oryginału pożądaną wyrazistość) maszyna „zagraża” człowiekowi; w drugiej strofie pojawiają się różne propozycje spolszczenia prostej i mocnej konstatacji, dotyczącej maszyny: „Sie ist das Leben” – „Ona – to życie” (Kowalkowski), „Sama jest życiem” (Jastrun, Lam), „Ona jest życiem” (Antochewicz) – jedynie Pomorski, który cały ten sonet potraktował w swym przekładzie (nie wiedzieć, dlaczego) peryfrastycznie, decyduje się na całowersową frazę amplifikowaną: „Życia się sobie wydaje znawczynią wnikliwą”; frazę, jaka otwiera trzecią zwrotkę (a jest to jedna z piękniejszych uwertur Rilkeańskich) – „Aber noch ist und das Dasein verzaubert” – tłumaczy Kowalkowski: „Lecz byt jeszcze dla nas jest zaczarowany” (w stronie biernej, właściwej dla niemczyzny, w polszczyźnie brzmiącej mniej naturalnie), lepiej – Jastrun: „Ale jeszcze istnienie czaruje nas prawdziwie”, nieco zbyt rozwlekle, z amplifikacjami (zapis oryginału ma prawie aforystyczną zwięzłość) – Antochewicz: „Lecz jeszcze nas oczarowuje przebieg naszego życia”, i z próbą własnej interpretacji – Lam: „Lecz jeszcze w nas istnieje byt zaczarowany” – i znów w zupełnie innej poetyce, odległej od oryginału – Pomorski: „A dla nas bycie i dziś to praktyki, czary”; w zwrotce ostatniej wyzwaniem translacyjnym staje się „vergöttlichtes Haus”, co Jastrun i Antochewicz spolszczają podobnie (odpowiednio jako: „ubóstwiony dom” i „dom ubóstwiany”), Pomorski i Lam – „przebóstwiony dom”, zaś Kowalkowski – „najwyższy […] gmach” (i to propozycja chyba najmniej udana).
Sonet jest czytelny, jego przesłania trudno nie pojąć, raczej niezależnie od przekładu. Gdy mowa jednak o urodzie wiersza w poszczególnych tłumaczeniach (wobec oryginału), widziałabym różnice. Uroda wiersza i nasilenie sensu idą wszak u Rilkego w parze – tak czytam jego zamysł w tym sonecie.
Rilke nie mówi (albo nie mówi tylko): „budować, mieszkać, myśleć”. Rilke powiada: „żyć, doznawać, doświadczać”. Upomina się o sacrum minimalne, o dawkę metafizycznego tlenu, koniecznego do istnienia, o łyk esencji, która zasili egzystencję. Ludzką – rzecz jasna, gdyż maszynie potrzeba jedynie dobrego naoliwienia.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Tu użycie słowa dawnego – celne.