W 1958 r. w Krakowie Henryk Jasieński zredagował ostateczną wersję pierwszej części swoich „Wspomnień”, ponownie sięgając pamięcią do lat 1894–1895. W rozdziałach 10. i 12. opisał przedświąteczną podróż z Warszawy do dziadków Łabęckich, którzy mieszkali w Lublinie. Była to dla niego wyprawa do zapachów, smaków, wielkanocnych zwyczajów i wzruszeń dawno już minionej epoki.
Przemysław Pawlak
HENRYK JASIEŃSKI „Wspomnienia”
Lublin i wiosna – Podróż i przyjazd – Biały stół pod kloszem sufitowej lampy –Kanapa z barokowo giętym oparciem.
Zimę spędzaliśmy z reguły w Warszawie. Wiosną, wczesną wiosną, jeszcze przed Wielkanocą jechaliśmy do Lublina, do dziadków Łabęckich i wyjeżdżaliśmy stamtąd dopiero po Zielonych Świętach, aby po krótkim pobycie w Warszawie, dla przepakowania się i porobienia sprawunków wyjechać na późniejsze lato do Osuchowa, do dziadków Jasieńskich.
Dlatego to wspomnienie ówczesnego Lublina łączy mi się najściślej z wyobrażeniem wiosny.
Lublin z tych czasów to dla mnie ostatnie w rowach topniejące, brudne kupy śniegu i pierwsze pączki i listki na drzewach, to kwitnące w wilgotnych rozdołach kępy żółtych kaczeńców, to moknące w garnuszkach wierzbowe fujarki, to dochodzące przez otwarte okna gwary, tupotania i turkotania, dalekie szczekania psów i piania kogutów, to wielkanocne jaja i pisanki, szynki i zwoje kiełbas, babki i mazurki, i pokręcone wiórki kropidła położonego na miseczce ze święconą wodą, to rozległe przestrzenie łąk za torem kolejowym, całkowicie różowe od kwitnących smółek, i pierwsze poziomki na stoku wysokiego nasypu kolejowego, spadającego od toru daleko w dół do lasu, za mostem nad Bystrzycą, koło Konopnicy, to podłogi mieszkania przy fabryce na Piaskach, posypane gorzko pachnącym tatarakiem o biało-różowych, sprężystych łodygach, a wreszcie wczesne maki i bławatki w zielonych jeszcze zbożach.

Przed 1915 – źródło: z kolekcji prywatnej Roberta Marcinkowskiego. www.warszawa1939.pl
*
Z Warszawy do Lublina jechało się wówczas chyba nie o wiele dłużej niż dzisiaj pociągiem osobowym. Była to już jednak, zwłaszcza jak na mój wiek, wcale długa podróż. Wyjechawszy z Warszawy po wczesnym obiedzie, czy może tylko obfitym drugim śniadaniu, przyjeżdżało się do Lublina dobrze już ciemnym wieczorem na opóźnioną umyślnie kolację.
Wyjeżdżało się z dworca Nadwiślańskiego, później po wojnie światowej nazwanego Gdańskim. Była to rozległa, parterowa, barakowego wyglądu, drewniana budowla, pomalowana na kolor musztardowy, do której jechało się dorożką daleko i długo przez rzadko poza tym oglądane, podejrzanie i jakoś śmierdząco się nazywające Nalewki.
Tragarz wnosił rzeczy do obszernej poczekalni o suficie wspartym na lanych, żelaznych słupach, tłumnej i huczącej gwarem, gdzie się czekało na kupno biletów przy ustawionych pod ścianą koszach i walizkach, wpośród gęsto rozwieszonych, różnokolorowych ogłoszeń, polskich, rosyjskich, także i francuskich…
Pamiętam, że mnie szczególnie intrygowało jakieś Anonimowe Towarzystwo Fabrykacji Superfosfatów, czy jak ja to uparcie czytałem, „Superfostafatów”. Ta tak demonstracyjnie zaznaczona anonimowość, w połączeniu z niezrozumiałą nazwą fabrykowanego produktu wydawała mi się podejrzana i nie całkiem bezpieczna. Musiałem już wówczas słyszeć, że anonimowo, bezimiennie ludzie robią tylko jakieś rzeczy, do których się nie chcą przyznać, a więc najczęściej jakieś brzydkie rzeczy. Jakieś więc brzydkie cele musiało mieć to towarzystwo. Tylko czy tak otwarcie przyznana anonimowość, i opatrzona adresem, jako pokrywka nieuczciwych machinacji, nie przestawała być skuteczna?
Zastanawiając się nad tymi trudnymi do rozwikłania sprzecznościami ustroju kapitalistycznego (które to określenie, wówczas mi zresztą nieznane, wyjątkowo tu właśnie trafnie charakteryzuje istotę frapującego mnie zjawiska), patrzyłem równocześnie przez wielkie okna, poprzez peron na liczne tory wielkiej stołecznej stacji, na których gdzieś daleko stały szeregi wagonów osobowych i towarowych, i po których przesuwały się niekiedy jakieś manewrujące lokomotywy albo zajeżdżały krótkie, lokalne pociągi.
Na koniec na któryś z bliższych torów zaczynano podstawiać także i nasz pociąg. Za oknami przesuwały się powoli, jeden za drugim, ogromne i wysokie wagony szerokotorowej linii, zależnie od klasy: granatowe, żółte i najliczniejsze zielone. Niekiedy mieszane I i II klasy, częściowo granatowe, a częściowo żółte.
Wśród publiczności budziło się większe ożywienie, na sali zjawili się tragarze, żeby zabrać pakunki, wreszcie otwierały się drzwi na peron, rozlegał się sakramentalny „pierwszy dzwonek” i stojący w drzwiach portier ogłaszał, łamanym zapewne rosyjskim językiem pociąg „pasażerski” odchodzący w kierunku Iwangorodu, Nowo-Aleksandrii, Lublina, Chołma i Kowla [1].
„Pasażerowie” opróżniali poczekalnię i „podążali” przez peron i tory w kierunku pociągu i lokowali się w wagonach. Wagony w tym czasie były wszystkie jednakowo trzyosiowe, z otwartymi balkonikami na końcach, o daszkach wspartych na bardzo ozdobnych, lanych, żelaznych konsolkach. Wnętrza były korytarzowe. Przedziały drugiej klasy były obszerne, szerokie i wysokie, głębokie wygodne kanapki zawsze obciągnięte czysto wypranymi pokrowcami białymi w niebieskie paski, pod którymi nawet się wówczas nie domyślałem „dzikiego” koloru pluszu w szare, brunatne i zielonkawe strzałki. Okienko jedno, dość wąskie i umieszczone wysoko nadawało wnętrzu charakter, jak niekiedy słyszałem więzienny, a jak ja uważałem – przytulny i bezpieczny.
Po trzecim dzwonku pociąg ruszał i przejechawszy przez most na Wiśle, mijał wolno, nie spiesząc się, podwarszawskie laski na piaseczkach, wraz z położonymi wśród nich letniskami, ustępujące stopniowo płaskim, rozległym polom i pastwiskom. Mijały drewniane stacyjki w szwajcarskim stylu pomalowane na kolor „bryczkowy”, czyli inaczej „musztardowy” i ozdobione wycinanymi z desek „ażurami”. W pewnej chwili zjawiał się konduktor z symboliczną latarką, ubrany w płytkie, długie buty, bufiaste hajdawery i kacapskiego kroju z boku zapinaną bluzę, grzecznie salutował do barankowej czapki i prosił po rosyjsku o pokazanie biletów. Trzeba było pewnego wysiłku wyobraźni, żeby się połapać, że spod tej tchnącej wschodnią grozą czapki patrzy uczciwa, wąsata gęba jakiegoś mazowieckiego Macieja, albo Bartłomieja, który zorientowawszy się, z kim ma do czynienia (i kto siedzi w sąsiednich przedziałach), wdawał się nieraz chętnie w prywatną rozmowę już nie w „urzędowym języku”.
Sporo czasu zabierało samo smakowanie rozkosznego uczucia, że się jedzie pociągiem, tak równo, powoli, statecznie i bez pośpiechu, że koła rytmicznie stukają, że się jedzie w takim przytulnym wnętrzu, że się można tak głęboko, wygodnie rozsiąść, że druty telegraficzne za oknem podnoszą się w górę i znowu opadają, punktowane zawsze w tym samym miejscu akcentem migających słupów, a zagony pól wachlarzowatym ruchem odwracają się wstecz.
W końcu jednak doznawanie tych wrażeń nasycało o tyle, że stawało się możliwe doznawanie na ich tle także i wrażeń innych. Po jakimś czasie przyjmowania do świadomości tak intensywnych przeżyć zaczynało się robić głodno i z pewnym zadowoleniem widziało się zdejmowany przez kogoś z siatki koszyk z prowiantami, z którego ukazywały się kurczęta na zimno, chleb z masłem i mleko w butelce z pływającymi w nim, na skutek, jak mi tłumaczono, potrząsania jadącego wagonu, kuleczkami tłuszczu, które mnie szczególnie zajmowały i wydawały mi się specjalnie smakowite.
*
Po trzech, czterech godzinach jazdy, mniej więcej na połowie drogi, pociąg zatrzymywał się na dłuższy postój na węzłowej stacji Iwangród, o której zwykle ktoś przypominał, że nazywa się właściwie po polsku Dęblin.
Tu pasażerowie wysypywali się tłumnie z wagonów i podążali do ogromnej sali restauracyjnej, gdzie przy czyściutko nakrytych, w szereg ustawionych stołach można było, zależnie od pory dnia, albo zjeść bez zbytniego pośpiechu obiad, albo jak w tej teraz podróży napić się na podwieczorek doskonałej kawy, na którą żołędzie zbierała własnoręcznie rodzina restauratora w pięknych okolicznych lasach dębowych, jak to kiedyś opowiadała ciotce Mumie dziewczyna, która tu przedtem była na służbie: „Takie to były przyjemne wycieczki z panią i starszą panią, i wszystkimi dziećmi, i piło się w lesie, i tańczyło się przy harmonii, i taka potem z tego była doskonała kawa!”. Zresztą kawa, choć żołędziowa, czy tylko, jak raczej przypuszczam, z domieszką żołędzi, była rzeczywiście doskonała i wypijałem ją z wielkim smakiem.
Niech też temu restauratorowi światłość wiekuista świeci, wraz z całą jego rodziną, bo tą swoją kawą nikogo nie struł, ani mu żadnej krzywdy nie zrobił.
*
W niedługi czas po odjeździe z Iwangrodu na malowanym na musztardowo budynku następnej większej stacji sylabizowałem rosyjski napis: Nowo Aleksandria. Ktoś przypominał, że to przecież Puławy, właśnie te same Puławy Czartoryskich, gdzie była świątynia Sybilli.
Powoli zaczynało się robić ciemno. Zjawiał się konduktor z zapaloną już teraz latarką. Wyciągał powoli z torby piękną, grubą, jeszcze nienadpaloną świecę stearynową, osadzał ją starannie w zmyślnej, sprężynowej tulejce latarni umieszczonej w prostokątnym wykroju ściany między korytarzem a przedziałem i zapalał. Było to oświetlenie nocne, pozwalające poruszać się po przedziale bez rozbijania sobie głowy, ale nieprzeszkadzające, zwłaszcza po zaciągnięciu brunatnej firaneczki, dokładnie spostrzegać to, co się działo za oknem… i wówczas rozpoczynało się nowe, tajemnicze i pasjonujące, dziś już niespotykane widowisko.
Za oknem przedziału, najpierw zaledwie i chwilami tylko widoczne na ciemnym tle jakiegoś mijanego lasu, potem, w miarę ściemniania się coraz bardziej, stale widoczne i coraz wyraźniejsze, w kierunku przeciwnym do biegu pociągu zaczynały przepływać najpierw pojedyncze iskry, a potem całe ich smugi, to rzednące, to znów kłębiące się gęściej, lekkim skosem opadające w dół i osiadające cicho na pochyłościach nasypów i na przytykających do toru polach i łąkach.
Pytałem, czemu tych iskier nie było, a teraz naraz są. Odpowiadano mi, że były ciągle, tylko ich za jasnego dnia nie było widać. Aż dopiero teraz, gdy się zrobiło ciemno. Wierzyłem w to, czy nie wierzyłem, fakt pozostawał faktem, że przedtem dla mnie iskier nie było, że nie odgrywały żadnej roli w zespole moich wrażeń, podczas gdy teraz wysuwały się coraz to bardziej na plan pierwszy, absorbowały całą moją uwagę i swoim nieustannym kłębieniem się i uciekaniem w tył na tle pogłębiającej się ciemności wprowadzały mnie w końcu, razem zapewne ze wzrastającym ku wieczorowi zmęczeniem, w jakiś stan na wpół hipnotyczny.

ze strony www.teatrnn.pl
*
Ze stanu tego wyrywał mnie wjazd na wielki lubelski dworzec towarowy, stukotanie kół na gęstych rozjazdach i bębnienie na obrotnicach, i liczne tuż ponad ziemią żółte, czerwone i zielone światła sygnałowe. Zrywałem się, żeby pomóc zbierać i zdejmować z siatek pakunki i paczki i całkiem już przytomnie przechodziłem przez oświetlone sale na plac przed dworcem, a raczej – jak się wówczas mówiło – stacją (jeśli nie „banhofem”, albo nawet „foksalem”), gdzie oczekiwał na nas z końmi Benedykt, żeby nas podwieźć niedaleko do tak samo jak dworzec na Piaskach położonej fabryki.
Tu, przejechawszy przez bramę, wysiadało się przed wejściem do „kantoru” i szerokimi, dobrze znanymi, trzy razy załamanymi schodami wychodziło się na piętro. Mieszkanie dziadków nad „kantorem” nie miało przedpokoju. Z szerokiego podestu schodów, o lakierowanej na brunatno podłodze, wchodziło się wprost do wielkiego pokoju jadalnego, na którego środku pod kloszem jasnej sufitowej lampy rozpościerała się biała, rozległa powierzchnia nakrytego do kolacji, szeroko rozsuniętego stołu.
Na marmurowym stoliku przystawionym do jego przeciwległego, zaokrąglonego końca stał wielki, lśniący, mosiężny samowar, przy którym w kłębach pary stała ciotka Muma i nalewała herbatę, której mocny, śliczny aromat wypełniał cały pokój jak gdyby uchwytny, materialny wyraz atmosfery spokoju, domowości i bezpieczeństwa rodzinnego.
Po przywitaniach i szybkim oporządzeniu się, a przede wszystkim umyciu rąk po całym dniu w wagonie, zasiadało się do stołu, na którym pojawiała się waza klusek lanych na mleku, albo może samego mleka do podanej osobno kaszy tatarczanej, jako podstawowa kolacyjna potrawa.
Naturalnie że była jeszcze potem herbata i różne rodzaje chlebów i bułek, i masło, i sery, i konfitury, i marmelady, i co tam jeszcze należy do normalnych kolacyjnych dodatków. Ja zamiast herbaty, której długo jeszcze (poza jej aromatem) nie nauczyłem się oceniać, przyrządzałem sobie raczej „kapłonka” z nadrobionego do filiżanki chleba, dobrze posolonego i z kawałkami masła, zalanego wrzącą wodą z samowara. Zresztą zaczynała mnie już ogarniać zrozumiała po tylu emocjach senność, więc mnie odprowadzano do pokoju Babuli, gdzie było dla mnie przygotowane posłanie na dobrze znanej, szczególnie wygodnej, wielkiej kanapie o barokowo giętym oparciu.
Prosiłem zwykle, żeby mi urządzono, albo pozwolono urządzić „karetę”, tj. rozpiąć nad posłaniem, na szkielecie z lasek i parasolów, i kijów od szczotek, daszek z wielkiego popielatego pledu z opadającymi na boki zasłonami. Ale na to godzono się nie bardzo chętnie, uważając, że spanie w takiej zewsząd zamkniętej budzie, niedopuszczającej swobodnego przewiewu, nie jest właściwe i zdrowe. […]
Spacery: nadtopniałe śniegi w rowach – Otwarta trójprzęsłowa szafa i pierwszy wycieczkowy ekwipunek – Święcone
Przyjazd z wielkiego miasta, z „kamiennej pustyni” Warszawy, do mniejszego i bardziej zazielenionego Lublina, gdzie bliżej było do rogatek, dawał sposobność do prowadzenia mnie na spacery za miasto. Ze sposobności tej starano się korzystać bez opóźnienia, nie czekając koniecznie na zupełne ocieplenie, jeśli się ono opóźniało, albo jeśli przyjazd do Lublina, zapewne w związku z datą Wielkanocy wypadał bardzo wcześnie.
Dlatego pamiętam spacery szosą ku Piaskom Luterskim, albo później za Saski Ogród w stronę Czechowa, wzdłuż rowów napełnionych jeszcze nadtopionym, zlodowaciałym, powygryzanym w koronkę, brudnym i powoli znikającym śniegiem.
Pamiętam raz idącą wzdłuż takiego rowu starą kobietę, może trochę podpitą w czasie targu w mieście, która zwracała się do śniegu jak do świadomej istoty, wygrażała mu pięścią, przemawiała do niego i przeklinała go, radując się, że już go diabli biorą, że już skończyło się jego panowanie i że już lada chwila znikną ostatnie jego ślady.
Opowiadałem o tym spotkaniu z wielkim ożywieniem po powrocie do domu. Ja też się cieszyłem, że się zima kończy i że ostatki śniegu znikają. I to, co mówiła do śniegu babina, wydawało mi się zrozumiałe i słuszne. Ale oczywiście nie mogłem wiedzieć, jak bardzo i o ile więcej niż mnie, zima z tym śniegiem musiała się dać we znaki babinie w jakiejś chałupinie, może niedogrzanej i ciemnej, w długie zimowe wieczory i późne poranki, z koniecznością kopania się przez zaspy daleko do szosy, a potem ślizgania się po ubitym śniegu, z ciężkim tobołem na plecach, daleko do miasta na targ. I o ile bardziej dla niej niż dla mnie zniknięcie śniegu i nastanie ciepła było ulgą, końcem udręki i wielką radością.
Te ostatki śniegu teraz już prędko znikały i niedługo potem w rowach, w zagłębieniach terenu, na miejscach wilgotniejszych zaczynały kwitnąć bujne i rozłożyste kępy złoto-żółtych kaczeńców o grubych, nalanych wodą łodygach i liściach, które przywykłem uważać za oznajmienie, a zarazem symbol na dobre już się zaczynającej wiosny.

Ze zbiorów Zbigniewa Lemiecha, strona www.teatrnn.pl
*
W mieszkaniu nad kantorem był to okres robienia wiosennych i przedświątecznych porządków. W pokoju jadalnym wielka, ciemna, trójprzęsłowa szafa stojąca pod ścianą od kuchni, bokiem do okna na podwórze fabryczne, była szeroko otwarta, a wyjęte z niej rzeczy rozłożone na ceracie wielkiego jadalnego stołu.
Przypominam sobie, jak wieszano do niej z powrotem, po ich wyczyszczeniu i wynaftalinowaniu podbite futrem „rotundy”, zapamiętane może głównie z racji ich „ciemno”, „głęboko” i uroczyście brzmiącej nazwy. Były to takie wąskie, ściśle dopasowane, nierzucające fałdów jak gdyby peleryny, które widocznie wtedy, albo nieco przedtem panie niekiedy nosiły w zimie.
Spomiędzy rzeczy rozłożonych na stole najbardziej mnie zaciekawiały różnych rozmiarów torby z grubego, szarego płótna, obszyte czerwoną tasiemką, porządnie pozapinane na sprzączki albo guziki i zaopatrzone w gurty do przewieszania przez ramię. Były one przeznaczone do noszenia drugich śniadań albo podwieczorków, „robótek” dla jakiejś towarzyszącej osoby starszej, a wreszcie jakichś zapasowych ciepłych rzeczy na dłuższe, wielogodzinne spacery i wycieczki. Możność składanego spakowania i niesienia takiego sprzętu wydawała mi się nieomal bardziej atrakcyjną jak sam spacer, a w każdym razie jakąś bardzo istotną częścią związanej ze spacerem przyjemności. Jak zresztą bywało jeszcze i znacznie później, a nawet pozostało do dzisiejszego dnia.
Było to, zdaje się, pierwsze moje zetknięcie z na wpół jeszcze improwizowanym ekwipunkiem wycieczkowym, którego obmyślenie, poprawianie, reformowanie, kompletowanie i udoskonalanie, i dostosowywanie do każdorazowych potrzeb tyle miało potem zająć miejsca w moich najbardziej własnych, często ponawianych i szeroko rozwijanych rozmyślaniach.
*
Niedługo potem pojawiały się podgrzewane nad świecą skorupki i blaszane pokrywki od pudełek z „szuwaksu” z roztopionym woskiem, w którym się maczało zapałki i rysowało nimi na skorupach jajek różne krzyżyki i jedlinki, drabinki i swastyki, przed zanurzeniem do wywaru z łupin cebulowych albo innych „naturalnych” (jak mówiono) barwików roślinnych (czy nie przypadkiem szpinakowe liście?). Pojawiały się i przyniesione z miasta torebki z kolorami, ale do tych odnoszono się nie bardzo chętnie i mówiono z wyraźnym odcieniem pogardy, że „to anilina”!
Było to przygotowywanie pisanek różnymi tradycyjnymi sposobami, do których musiano widocznie przywiązywać niejaką wagę, choć nie mam wrażenia, żeby je ktoś był umiał stosować w całkiem „klasyczny” sposób.
Któregoś dnia bardzo niedługo potem stół jadalny był zasłany białym obrusem i zastawiony wielką obfitością szynek wieprzowych i cielęcych, stosów jaj białych i brązowych, otoczonych wiankami kiełbasy, salaterek żółtego sosu tatarskiego z zielonymi kaparami, talerzyków ze skrobanym na wiórki chrzanem, wysokimi babami z garnków, równymi jak kolumny, o rozszerzonych i niekiedy na bok pochylonych czapkach, i niższymi, ale dołem szerzej rozsiadłymi ze stożkowatych foremek o karbowanych bokach, szerokimi, pękatymi jajecznikami, serowcami, na których wówczas jeszcze nie całkiem umiałem się poznać i wreszcie rzecz oczywista – mazurkami różnego rodzaju i koloru, a więc „piaskowymi” („ale w nich przecież nie ma naprawdę piasku!?”), czekoladowymi w kilku odmianach, bakaliowymi, cygańskimi z rodzynków i siekanych orzechów i migdałów rozmieszanych w pianie z bitych białek, i nie wiem jeszcze jakimi, których nazwy, wyglądy i smaki mniej mi utkwiły w pamięci. To wszystko ubrane bukszpanem i girlandami wilczego łyka i porozstawianymi doniczkami białych i różowych hiacyntów.

Ze strony muzhp.pl
Dla mnie było osobne miniaturowe, ale kompletne święcone ustawione na małym stoliczku przystawionym do ściany po prawej stronie drzwi do salonu, ozdobione ponadto moknącą w szklance wierzbową fujarką.
Mam wrażenie, że obok własnego naszego święconego były tu koszyki i półmiski z innych gospodarstw domowych, położonych w obrębie fabryki, a może i w jej sąsiedztwie, przyniesione tutaj jako na punkt centralny i zbiorczy, gdzie się miało odbywać święcenie.
Pamiętam przyjście księdza z kościelnym i że kościelny zdejmował z księdza palto, a narzucał na niego, zdaje się, kapę, i szeptaną modlitwę, i stojących w milczeniu widzów i uczestników obrzędu, i kilkakrotny okrągły ruch wzniesionego w górę kropidła i potem jakąś rozmowę w salonie, uprzejmą ale trochę pospieszną, bo ksiądz miał widocznie w sąsiedztwie parę jeszcze święceń do załatwienia.
Wybrał, z maszynopisów i rękopisów przepisał i opracował
PRZEMYSŁAW PAWLAK
[1] W okresie zaboru rosyjskiego: Iwangorod, Iwanogród – Dęblin, Nowo-Aleksandria, Nowa Aleksandria – Puławy, Chołm – Chełm. Kowel – niegdyś miasto królewskie Korony Królestwa Polskiego, obecnie na Ukrainie, w obwodzie wołyńskim.