Kraków, 2 kwietnia 2026
Drogi Jacku,
w pierwszych słowach mojego listu donoszę, że mimo życiowych turbulencji mam się dobrze i przerwa w pisaniu do Ciebie wynika tylko z nadmiaru obowiązków, które nie są niemiłe, ale żarłocznie pochłaniają czas. Z samego grafiku organizowanych przez Ciebie konferencji, warsztatów i spotkań a także z tego, że pogubiłem się już zupełnie w cyklu Twoich publikacji i opinii wydawniczych, z którymi Ci zalegam, wnoszę, że i Ty masz się nie najgorzej. Pisanie bywa u mnie zawsze pierwszą ofiarą żarłocznego negotium, czytania nie potrafię się wyrzec niezależnie od tego, jak trudno negocjacje z negotium przebiegają, co skutkuje tym, że tematów listów niebezpiecznie przybywa, a przecież dawniejsze zaległości zaczynają powoli spadać mi z kupy na biurku. Wybacz.
Przeczytałem książkę Macieja Rychłego, Sztuka wymaga czułości. Rozmawia Tomasz Janas, Poznań, Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2024. Nie planowałem tej lektury, ponieważ nie miałem pojęcia, że taka książka istnieje. Dotarła do mnie przekazana przez Matyldę Amat-Obryk od Autora z załączonym dyplomem o przyznaniu za nią Nagrody im. Józefa Łukaszewicza. Poznański prezydent Jaśkowiak całkiem słusznie nie zapytał mnie o opinię w tej sprawie, ale w pełni pochwalam jego decyzję, bo to książka niezwykła.
Najpierw chciałem napisać, że to mówiona historia polskiej muzyki, potem, że historia muzyki światowej, obejmująca też moment narodzin muzyki, trafnie opisany przez Andrzeja Poniedzielskiego w jednym z jego skeczów, w którym schodzący z drzewa nasz przodek-małoplud zaczął wybijać rytm dwoma patykami (drugim etapem w tym skeczu jest powstanie piosenki poetyckiej, która narodziła się z bólu po nietrafieniu w patyk i walnięciu się w paluch). W książce Maćka jest jednak pukanie nie tylko w patyki, ale i w kamloty, które – nie uwierzysz – nauczył się on stroić, jak stroi się gitarę. Nie wątpię, że na wyciecze do Doliny Chochołowskiej, po godzinie strojenia nad tą piękną odnogą Czarnego Dunajca, spokojnie zagrałby fugę d-mol Bacha. Wiesz, jak gra się na takim litofonie? „Wygląda prosto, ale to nie jest proste. Trzeba czuć materiał, jego gęstość, ilość wody, jaką zawiera. Jeżeli uderzysz w taką bułę narzędziem z żelaza, to ją rozbijesz. Jeżeli uderzysz dębową czy olchową pałką, to ona się złamie. Jeżeli kamieniem, to zepsujesz wszystko. Musisz uderzyć czymś, co jest odpowiednie! I okazuje się, że musisz uderzyć narzędziem zrobionym z rogu renifera, bo tylko on ma dobrą twardość, giętkość, elastyczność” (s. 151). Generalnie myślę, że Maciek zagrałby tę fugę na wszystkim, od patyków po odkurzacz. Dlatego książka ta jest czymś znacznie więcej – jest historią kultury, w której można „zagrać” (dosłownie) obraz flamandzkiego malarza, inskrypcję, papirus, i w której artystyczna wrażliwość i czułość to nie tylko Chopin pod wierzbą w Łazienkach, ale też muzyka oceanu na jakiejś zapomnianej przez boga wyspie, wyśpiewywana od niepamiętnych pokoleń przez jej mieszkańców w języku, którym już nikt nie mówi i na instrumentach, o których więcej wiedziałby ten małpolud niż jakikolwiek teoretyk i historyk sztuki. To jest zupełnie Homerowy nostos do początków wszystkiego, do Itaki dźwięków, w których zapisana jest istota naszej tożsamości. Wspólnie z Maćkiem uczestniczyliśmy kiedyś w projekcie zatytułowanym „Korzenie muzyki europejskiej” – w tamtym wypadku słusznie, ponieważ dotyczył starożytnej Grecji, jednak Maćkowe poszukiwanie nie dotyczy tylko korzenia, ale samej gleby, w którą wrósł, jej struktury, smaku, zapachu, pogrzebanych w niej kości, żyjących w niej stworzeń i stworzonek, dżdżownic i bakterii. Jest to więc też historia tytułowej czułości w takim trochę Tokarczukowym znaczeniu, ale nawet dalej, ponieważ jest to czułość, która nie operuje w psyche (z wykształcenia Maciej jest psychologiem), ale w materii, która ducha wyprzedza, w drganiach fal dźwiękowych, fakturze drewna i kamieni, rozkładzie dziur na wydrążonym kawałku gałęzi, która chwilę wcześniej była przecież pełnym soków Augustyniakowym życiem. To książka o dźwiękach, których nie słychać, a które świdrują naszą – no dobrze, niech będzie: duszę – i kształtują naszą wrażliwość, a także o ciszy, która nigdy ciszą nie jest – tak jak nie istnieje doskonała czerń. Michał Markowski – który chyba się na mnie pogniewał i któremu zupełnie niepotrzebnie sprawiłem przykrość (już nigdy nie napiszę o przypisach) – swoją książkę o humanistyce zatytułował Polityka wrażliwości. Książka Maćka także jest manifestem polityki wrażliwości i pochwałą czułości. Jest o sztuce, której nie da się odłączyć od życia, ponieważ nie jest jego produktem, ale treścią. U Michała lubię to miejsce, w którym pisze, że humanista jest jak augur, a jego działalność jest jak wyznaczanie temenosu pod świątynię (s. 113). Maćkowy temenosobejmuje cały świat i on też wypowiada „magiczne formuły”. W kolegium augurów zasiadłby on tuż obok Michała
Tak, znam Maćka. I tak, książka mnie ucieszyła i zdumiała. Im bardziej jest niszowa i nieobecna np. w księgarniach Krakowa, tym bardziej chciałbym, żebyś ją przeczytał.

Maciej Rychły jest muzykiem, liderem pierwszego ważnego zespołu muzycznego eksperymentującego z muzyką etno i folk – Kwartetu Jorgi, kompozytorem, performerem, teoretykiem muzyki, poszukiwaczem dźwięków, nauczycielem, psychologiem i trudno powiedzieć, kim jeszcze. Ostatnio nawet aktorem, występującym w topowym serialu Netflixa Wikingowie – to podczas jego gry (z książki dowiaduję się, że instrument nazywa się sierszeńki) i śpiewu Anny Marii Jopek ginie zamordowana przez swego syna legendarna Lagertha, żona Ragnara Lodbroka. Gdyby grał trochę ciszej na tym połączeniu pompki z fujarą, to może by przeżyła. Akurat passus o Wikingach przynosi wyjątkową próbkę języka, jakim Maciej mówi o muzyce – zobacz i posmakuj: „Dźwięk szerszeniek staje się raz chrobry, raz wiotki, czasem skrzywiony, jakby grymasił, raz możesz go otworzyć i znaleźć słodycz, ale zawsze jest to słodycz rozdzierającego krzyku. Dla mnie ważne jest to, że dźwięki mają różne konteksty, a nie tylko jeden” (s. 241). Umiałbyś tak mówić o czymkolwiek, co robisz? Ja nie. Takie zdania, taki język, przynosi każda strona. Użyłeś kiedyś w rozmowie przymiotnika „chrobry”? Albo czy pomyślałeś, że rozdzierający krzyk może mieć słodycz? Więcej o sierszeńkach, których „dźwięki są jak z grząskiej ziemi ulepione” możesz poczytać na stronach 107-110, gdzie dowiesz się także, że można „oddychać prywatnie”.
Czy w tej lekturze spotkasz antyk i naszą grekę, o którą się zawsze dopominasz? Ależ oczywiście, że tak.
Spotkałem Maćka gdzieś na początku tego tysiąclecia, kiedy wówczas jeszcze gardzienicka Orkiestra Antyczna pod wodzą Tomka Rodowicza (o nim i jego książce, kiedy indziej) zaprosiła mnie i Wydawnictwo Homini do projektu „Korzenie muzyki europejskiej”. Poza dyskusjami, konsultacjami, wykładami, konferencjami, warsztatami, projekt obejmował wydanie polskich przekładów dwóch monografii o muzyce antycznej: Johna Landelsa Muzyka starożytnej Grecji i Rzymu oraz Martina L. Westa Muzyka starożytnej Grecji. Do pierwszej z tych książek miała być – i była! – dołączona płyta CD (czy ktoś jeszcze pamięta, co to takiego) z nagraniami Maćkowych aranżacji wybranych fragmentów muzycznych starożytnej Grecji. Ma być o książce Macieja, a nie o muzyce greckiej, więc nie będę się o tym rozpisywał – nie jeden raz zresztą o tym już rozmawialiśmy. A książka jest niezwykła, niezwykły Autor i niezwykłe losy, które przedziwnie się plotą.


Miałem z Maćkiem swój spór, o którym on w książce taktownie nie wspomina [1], a o którym mogę publicznie napisać, ponieważ publicznie się toczył na łamach „Kontekstów”. Jawiłem mu się wtedy – zupełnie wbrew mej woli i moim intencjom – jako bezduszny przedstawiciel definitywnie martwej akademii, pozbawiony i wrażliwości, i czułości, co mnie bardzo dotknęło. Nie potraktował mnie lekko (Pterodaktyl w kompocie, „Konteksty” 2006 nr 2, s. 85-93), na co ja też dość nerwowo odpisałem (Artysta w kompocie. Odpowiedź Maciejowi Rychłemu, „Konteksty” 2007 nr 1, s. 186-187). No tak, ale jak miałem mu się jawić? To była rozmowa jastrzębia z kretem na temat ostrości widzenia, czy może raczej rozmowa głuchego z nietoperzem. Dlatego ta książka jest dla mnie taka ważna i dlatego tak bardzo jestem za nią wdzięczny. I dlatego mogę o tym wszystkim napisać tylko w liście do Ciebie, a nie mogę na jej temat napisać recenzji. Bo kogo obchodzi, że w końcu ktoś opowiedział przez megafon kretowi, co widzi jastrząb? I kogo obchodzi, że akademik – as dead as dodo – nagle usłyszał muzykę wiatru? Ta książka stała się na mnie praktykowaniem nekyi – na pewno nie udało się Maciejowi ożywić akademickiego dodo, ale sprawił, że przynajmniej można go wypchać i wystawić na publiczny widok jak w Pitt Rivers Muzeum w Oksfordzie, z trafną adnotacją, że wyginął, bo był przygłupi.
Wiele wielkich postaci polskiej i światowej muzyki, które się na tych stronach pojawiają, doskonale znasz i wiele o nich wiesz, ale nie wiesz, jak często i intensywnie towarzyszył im gdzieś obok Maciej Rychły, niewidzialny jak wiatr, którego muzykę gra i słyszy. Czesław Niemen, Mikis Theodorakis (ten od Zorby), Tomasz Stańko, Jacek Ostaszewski, Michał Urbaniak, Krzysztof Penderecki, Henryk Mikołaj Górecki, Maciej Kaziński, Marcin Bornus-Szczyciński, Anna Maria Jopek. Spór Macieja z filologami (nie byłem jedyny) podczas projektu greckiego zasadzał się na walce o słowa i sensy. Niejeden z nas nakłaniał go do nauki greckiego jak Pimko Gałkiewicza, końcówek i gramatyki, bezwiednie pchając go do takich wystąpień jak to w „Kontekstach”, gdzie zapędzony jak mysz do rogu stawał się lwem broniącym sensu własnych poszukiwań. Jemu słowa jedynie zasłaniały muzykę, a myśmy chcieli tylko muzyki do słów. „Natura istnieje bez nazw, które odgradzają, zasuszają nasz kontakt z naturą. Muzyka zasysa energie naturalne” (s. 102). Referując swoją współpracę z profesorem Jerzym Danielewiczem, tak, TYM Danielewiczem, konkluduje: „Zauważyłem, że rozmawiamy o tym samym, ale posługując się innymi określeniami” (s. 203). Ja zaś zauważyłem, że nie ma żadnej potrzeby zmuszać Maćka, żeby mówił moim językiem, co poniewczasie odnotowuję z przykrością i wyrzucam sobie mentalną ciasnotę. Wiemy – i Maciej też trochę tym opowiada – że w projekcie „Muzyka starożytnej Grecji” ważni byli akademicy: Stefan Hagel, Jerzy Danielewicz, Lech Trzcionkowski, Krzysztof Bielawski, ale tylko z tej książki dowiesz się, że Mikis Theodorakis, słynny kompozytor muzyki do Greka Zobry Cocoyannisa, polecił mu szukać tej muzyki nie w akademii, ale… w greckich tawernach (s. 211).
Jakkolwiek było – o czym warto poczytać w tej książce – z projektu zostały aranżacje, nagrania, płyty, pliki, książki, przyjaźnie, które przetrwały burze i próby czasu. Czego chcieć więcej? Czego chcieć więcej od sztuki, od życia? Niedawno te same aranżacje pokazywał podczas Boskiej Komedii w Krakowie w Teatrze Słowackiego Tomek Rodowicz z Eliną Tonevą, pracując w Łodzi z zupełnymi naturszczykami i było to wspaniałe przeżycie, powrót do przeszłości połączony ze zdziwieniem, dokąd to te nuty zawędrowały i jakie pozostają żywotne.
Oczywiście, na stronach tej książki jest też w całej krasie ten Maciek, z którym się spierał upierdliwy akademik w mojej osobie – inskrypcja w Delfach nie pochodzi ze 138 roku p.n.e., tylko ze 128 (s. 132), skarbiec Ateńczyków nie jest obłożony płytami z inskrypcjami, ponieważ zostały one przeniesione do budynku muzeum – nota bene płyty te na pewno były na skarbcu jeszcze w roku 1956, kiedy Stephanie West potknęła się w Delfach i o mało nie uszkodziła zabytku, o czym uroczo wspomina Martin West w Muzyce starożytnej Grecji (Kraków 2003, s. 13), wyznając, że mimo to postanowił się z nią ożenić; epitafium Seikilosa na pewno nie jest najstarszym zachowanym fragmentem muzycznym (s. 217). Metodę Macieja słychać też w jego opinii na temat – wybacz, że to przywołuję – Twojego (i mojego) umiłowanego Vincenza: „Dla mnie tomy Na wysokiej połoninie są nie do przejścia” (s. 250). Ale posłuchaj wyjaśnienia: „Zawsze wolałem wędrować po połoninach, niż o nich czytać” (tamże). Dziś już wiem, co jest, a co nie jest istotne oraz to, że metafizyczna uczciwość muzyka do wiedzy akademika ma się jak cień Platonowej jaskini do słońca za plecami niewolników.
W 1982 roku Maciej założył Kwartet Jorgi – pierwszy ważny (czy „pierwszy ważny” nie oznacza „najważniejszy”?) zespół folkowy poszukujący dźwięków najpierw w słowiańszczyźnie (Jorga), a potem we wszystkich niemal kulturach, które z braku laku nazywamy „ludowymi”, od Bałkanów i Celtów po Afrykę. Z książki dowiesz się, gdzie można koncertować – od Zakopanego po slumsy w Caracas oraz że niewiele jest miejsc, gdzie Jorgi nie słyszeli. Dowiesz się, jak działały Gardzienice i Pieśń Kozła, czym jest koncert, spotkanie i festiwal, a także jak zagrać muzykę uwiecznioną przez Hieronima Boscha na odsłoniętym zadku w Ogrodzie ziemskich rozkoszy.
Słynne pytanie mleczarza Tewjego ze Skrzypka na dachu: „Ptak może pokochać rybę, tylko gdzie oni zbudują dom?” w filmie znajduje odpowiedź: „w miłości”. Książka przynosi pokrzepiającą odpowiedź, że takim domem jest też sztuka.
Wybacz – cierpliwość Twoją wystawiłem na ciężką próbę. Skończę dziś tutaj, żeby nerwowo porządkować notatki do kolejnych zaczętych listów do Ciebie. Bywaj. K.
*
Londyn, 3 IV
Drogi Krzysztofie,
Dziękuję za list, którego szczerze mówiąc wypatrywałem przebierając nogami (no może trochę w tym retoryki, w każdym razie wiedz, że się cieszę), ale wiadomo – wszystko w swoim czasie i porządku. Nareszcie jest!
Było to tylko kwestią czasu (i tak całkiem długo wytrwałeś, bo do listu nr 7), że pojawi się ten temat, i to z jakim zaangażowaniem emocjonalnym – niegodnym nieomal uczonego! (Sic!…) Szczęśliwie zatem, że trafiłeś na książkę Macieja Rychłego, bo otworzyła ona jedną z ciekawszych Twoich szuflad – dzieje muzyki. Nie piszę celowo: „muzyka antyczna”, bo to się jednak rozlewa po epokach… Cieszę się z tego listu m.in. dlatego, że odnajduję w nim echa licznych spotkań i rozmów, prywatnych i oficjalnych, podczas których dawałeś i dajesz wyraz tej Twojej pasji, która – jak wiemy – jest czy też być powinna nierozerwalnie powiązana z tym, co zwiemy humanistyką w znaczeniu: „namysł nad tym, co czyni nas ludźmi”. („Dziś już wiem, co jest, a co nie jest istotne oraz to, że metafizyczna uczciwość muzyka do wiedzy akademika ma się jak cień Platonowej jaskini do słońca za plecami niewolników”, że powtórzę).
Nie mogę nie przywołać Maestro Kolucha, który nota bene, równolegle prawie z nadejściem Twego listu przesłał mi zaproszenie na (kolejną!) Jaskinię Platona – traktat o duszy, który to spektakl już miałem okazję podziwiać i przeżywać; cieszę się w każdym razie, że udało się mu/Wam zdobyć jakieś środki na kolejne przedstawienia! Sztuka ta jest wyśmienita, co mówię z pełnym przekonaniem o słuszności swoich słów; jako chwilowy rezydent w Londynie, więc i goniąc od teatru do teatr, mogę powiedzieć, że Mariusz, gdyby życie ułożyło się inaczej, zawojowałby West End; no, może jeszcze zawojuje…
Twój list przypomniał mi pewien wstydliwy (znów może trochę retoryka, ale może nie…) epizod z mojego życia.
Otóż kiedyś podczas wizyty u Ireneusza Kani, gdy nagrywałem z nim rozmowę o Kawafisie dla „Tygodnika Powszechnego”, zaczął on opowiadać o swojej fascynacji folklorem i ludowością Greków współczesnych, i mówił o tym, jak to tylko Grecy rodowici potrafią! W pewnym momencie zapytał mnie: „Pan jakiej muzyki lubi słuchać?”, a ja z miejsca poczułem się jak na egzaminie ustnym, do którego przygotowałem się po łepkach. Oczywiste było bowiem to, że nie mogłem udzielić takiej odpowiedzi, jaką rzuciłbym komukolwiek na tak postawione pytanie. Kania chciał wiedzieć, jakie nuty poruszają moją duszę… Moja odpowiedź była fatalna, niezborna, nic z niej nie wynikało ponad to, że jakaś cząstka mojej duszy jest upośledzona; p. Ireneusz oszczędził mnie i po prostu – frasując się autentycznie – wyraził głębokie współczucie: „To bardzo niedobrze, panie Jacku. To bardzo niedobrze…”.
To wszystko jest dziwne, bo mam na pewno dobrze „nastawiony” słuch muzyczny, poetycki, więc: warunki jak należy. Przecież sam to głoszę, że literatura to w jakimś sensie muzyka: słowo, wers, passus – to wszystko musi płynąć jak melodia. Harmonizować. Może po prostu jestem za mało śródziemnomorski? Nie zrywam się przy posiłku z arią, nie wystukuję palcami rytmu o blat biurka, nie tańczę na ulicy, nie nucę w żadnych właściwie okolicznościach… Tak, to nie jest ograniczenie techniczne, ale solidnie zawiązany gorset Środkowego Europejczyka… Kania tego nie miał. Vincenz tego także na pewno nie miał… Mnie uwiera.
Tyle o muzyce.
Owszem, zalegasz obecnie z jedną bardzo konkretną recenzją – a za jej brak (o ile nie nadrobisz) będziesz musiał tłumaczyć się przed samym Redaktorem Zagańczykiem! Ufam, że wygospodarujesz kilka chwil na kilka akapitów… Pamiętaj, że Twoje komentarze, glosy, recenzje, opinie i ekspertyzy nauczyłem się traktować jako cząstki integralne moich własnych tekstów…
Na koniec jeszcze dwie sprawy.
Mówisz: „Pisanie bywa u mnie zawsze pierwszą ofiarą żarłocznego negotium, czytania nie potrafię się wyrzec niezależnie od tego, jak trudno negocjacje z negotium przebiegają, co skutkuje tym, że tematów listów niebezpiecznie przybywa, a przecież dawniejsze zaległości zaczynają powoli spadać mi z kupy na biurku”. Ja jednak mam właśnie odwrotnie. Bywa, że zawalam lektury, odwlekam, rozwlekam, przekładam… Ale piszę zawsze. Nawet jak organizm odmawia już posłuszeństwa, daje znać na różne sposoby, że granica została dawno przekroczona… Wariują czerwone lampki, a ja nie przestaję… Toteż list ten do Ciebie napisałem tyleż z przyjemnością co z zesztywniałym karkiem! Nazywasz to, zdaje się, fazą manii…
Zupełnie już kończąc: Wikingów znam i cenię. Jeśli jednak mogę Ci coś zarekomendować (choć może znasz), to film The Northman z Alexanderem Skarsgårdem w reżyserii Roberta Eggersa, jednego z ciekawszych reżyserów ostatnich lat (jego Czarownica!). To jest jeszcze lepsze!
Pozdrawiam Cię serdecznie i pisz!
J
Do katalogu: Maciej Rychły, Sztuka wymaga czułości. Rozmawia Tomasz Janas; John G. Landels, Muzyka starożytnej Grecji i Rzymu; Martin L. West, Muzyka starożytnej Grecji.
[1] No dobrze: dalekie echo moich niemądrych uwag znalazło się w jednym pytaniu Tomasza Janasa: „Kto mi tu wpuścił Araba do delfickiego peanu” (s. 219). Nota bene w tym wypadku na pewno pajanu, a nie peanu! No i znów popadam w to akademickie jojczenie, niech mi Maciek wybaczy.