HOME
Jan Zieliński

Spod powieki (V)

Wtorek, 12 maja

Rano z Amsterdamu do Hagi. W Holandii nie trzeba teraz kupować biletów na środki komunikacji miejskiej ani pociągi. Wystarczy przy wsiadaniu i przy wysiadaniu do/z tramwaju czy autobusu albo przy wchodzeniu na dworzec i wychodzeniu przyłożyć do czytnika kartę debetową lub kredytową. Duża wygoda, ale i pełna kontrola…

Zatrzymaliśmy się w hotelu ALD Boutique, który osobliwą nazwę zawdzięcza swej siedzibie: dawniej była tu Algemeene Landsdrukkerij, założona w roku 1814 drukarnia rządowa. Obecny budynek wzniesiono w roku 1910. Ciekawy epizod z lat wojny: holenderski ruch oporu w roku 1944 zorganizował napad na tę drukarnię, skradziono arkusze 10 tysięcy nowych dowodów osobistych dla potrzeb podziemia. Wnętrza ponure, pokoje wysokie, ale mroczne, długie ciemne i zimne korytarze.

 

 

*

Prywatny lunch w MSZ daje mi pewien wgląd w prace (działającej wspólnie z ekspertami ministerstwa obrony) rady doradczej do spraw międzynarodowych. Z zadowoleniem widzę, że wytyczne, jakie realizowała polska dyplomacja w latach dziewięćdziesiątych (przedstawianie Polski jako kraju, który może być ekspertem w sprawach Wschodu) przyniosły rezultaty: analizy świadczą o tym, że z uwagą patrzy się tu na postępowanie Polski w obecnym konflikcie za naszą wschodnią granicą. Cieszy też niezmiennie proukraińskie stanowisko Holendrów, niezależne od obecnych i przyszłych fluktuacji polityki amerykańskiej. Zapoznaję się z ekspertyzą na temat stosunku Holandii i Europy do „Globalnego Południa” w zmieniającym się porządku świata. I tu przypominają mi się wczesne lata dziewięćdziesiąte w Bernie, kiedy Szwajcaria, przy eksperckim wsparciu Polski, próbowała zbudować „Helvetistan”, nieformalny sojusz byłych republik radzieckich w Azji Środkowej. Holendrzy do sprawy wyboru sojuszników podeszli bardzo metodycznie, wręcz matematycznie. Uwzględnia się takie czynniki, jak porównywalny z Holandią rozmiar, rozwój gospodarczy, stopień demokratyzacji, poszanowanie praw międzynarodowych i praw człowieka, historyczne i osobiste związki z Holandią (rozmiar diaspory z danego kraju), dostęp do surowców, niski dochód na głowę mieszkańca (ten ostatni czynnik ma zapobiec wykluczeniu najuboższych). W ten sposób powstała lista dziesięciu krajów: Południowa Afryka*, Chile, Maroko*, Indie*, Peru, Ghana*, Indonezja*, Argentyna, Surinam i Malezja. Ale od roku 2022 na liście czternastu „combination countries”, strategicznych partnerów holenderskiej polityki zagranicznej, z tej dziesiątki znalazła się połowa krajów (oznaczyłem je gwiazdką), do tego doszły Bangladesz, Egipt, Kenia, Kolumbia, Nigeria, Senegal, Ukraina, Wietnam i Wybrzeże Kości Słoniowej. Jak łatwo zauważyć, Ukraina figuruje na tej liście wbrew położeniu geograficznemu, co tylko potwierdza wyjątkowe miejsce, jakie ten kraj zajmuje obecnie w holenderskim myśleniu o polityce zagranicznej. Jedno sformułowanie brzmi zabawnie, aczkolwiek merytorycznie jest poniekąd słuszne: pod pojęciem „Globalnego Południa” rozumie się większość krajów Ameryki Środkowej i Południowej, Afryki i Azji, „z wyjątkiem Japonii i Południowej Korei, które są uważane za część Zachodu”. Zachód na Dalekim Wschodzie.

 

*

Wystawa Birds w Mauritshuis wzięła się z lektury alarmistycznego artykułu w „Guardianie” (13 maja 2023), w którym znany historyk sztuki i pisarz Simon Schama pisał o zerwanej więzi pomiędzy ludźmi a przyrodą (jeden przykład: drastyczny spadek populacji sępa w południowej Azji sprawił, że nie ma już kto zjadać padłych w Indiach świętych krów, co powoduje wzrost populacji szczurów i dzikich psów, które z kolei coraz częściej, dotknięte wścieklizną, atakują ludzi) [1]. Mauritshuis zwrócił się do Schamy z propozycją pokazania tych zagadnień w formie wizualnej i oto po dwóch latach możemy oglądać tę niewielką, ale bardzo sugestywną ekspozycję. Co ciekawe, pojawiają się tu niektóre wątki zbieżne z wystawą owidiuszowską w Amsterdamie, jak ptak Brâncușiego, jak Leda z łabędziem, jak Ikar Goltziusa. Szczególne wrażenie robi mumia sokoła z IV w. p.n.e. – opakowana jak noga w gipsie; ponadto sowy Goyi i liczne sowy Picassa oraz osobliwy gwasz Leonory Carrington, zatytułowany Señor Ruiz, el Ruiseñor, przedstawiający przemianę Maxa Ernsta w grubego człowieko-ptaka (słowika, le rossignol) z prostokątnym okienkiem na brzuchu, przez które wygląda główka tegoż Maxa Ernsta.

Zwiedzający siedzą dłużej w pomieszczeniu, w którym można w nieskończoność oglądać marmurkujące ptaki z dobrze dobranym tłem dźwiękowym. Szczególną popularnością cieszy się też oczywiście Szczygieł Carela Fabritiusa (1654), bohater powieści Donny Tartt Goldfinch (2013) i opartego na niej filmu pod tym samym tytułem (2019) o chłopcu, który w zamieszaniu wyniósł ten rzeczywiście niewielki (33,5 x 22,8 cm) obraz z nowojorskiej wystawy.

 

*

Po Ptakach korzystamy z okazji obejrzenia stałej kolekcji Mauritshuis. Jestem tu chyba trzeci raz, ale jeden obraz oglądam jakby pierwszy raz w życiu: to Stara kobieta z chłopcem i świecami Rubensa. Jest w nim coś z nastroju obrazów Bigota, coś z Gerrita van Honthorsta, z malarzy późniejszych przypominają się niektóre prace Konrada Krzyżanowskiego. Z kameralnej scenki niemal fizycznie promieniuje ciepło i ufność, gest zapalania świecy od świecy jednoznacznie symbolizuje przekazywanie tradycji, ciągłość pokoleń. Jak nie jestem specjalnym amatorem Rubensa, tak od tego płótna nie mogę się oderwać, a odszedłszy wracam raz i drugi. Za trzecim razem trafiam na magiczny moment, kiedy powoli obniżają się matowe przesłony wysokich okien i płótno zaczyna żyć wieczornym życiem, a światło żyrandola i światło namalowanych świec nawiązują migotliwe porozumienie.

 

 

Jak zawsze zatrzymuję się na dłużej przed trzyletnią pyzatą dziewczynką przy wysokim krześle, na którym leżą brazylijskie słodycze (obraz Goverta Flincka, 1640), przed Martwą naturą z płonącą świecą Claesza, przed Alchemikiem Davida Teniersa Młodszego. Odkryciem jest dla mnie małe płótno Jana Brueghela Starszego i Hansa Rottenhammera Zstąpienie Chrystusa do otchłani z fantastyczną galerią diabłów, zupełnie tego nie pamiętałem. Doskonała Martwa natura z pięcioma brzoskwiniami Adriana Coorte. Intryguje Dziewczyna jedząca ostrygi Jana Steena i Puszczanie krwi Quiringha van Brekelenkama. A ile się dzieje w Zabawach na lodzie Avercampa, zwłaszcza po lewej stronie obrazu, gdzie lód załamał się nagle pod grupką ludzi: ktoś śpieszy z pomocą, inni się gapią.

 

Środa, 13 maja

Rano w muzeum M. C. Eschera. Powstało dopiero w roku 2002 w dawnej rezydencji holenderskich królowych (Lange Voorhout Palace). Ozdobne wnętrza pałacowe są, zdawałoby się, obce geometrycznej, matematycznej precyzji Eschera i jego tęsknocie za nieskończonością. A jednak dobrze w nich siedzą zarówno przedwojenne czarnobiałe pejzaże korsykańskie i włoskie, jak i zwiewne, delikatne widoki morza (z Włoch przeniósł się do Szwajcarii; tam, kiedy żona czesała się szczotką, zdawało mu się, że słyszy szum morza – tak bardzo za tym dźwiękiem tęsknił). Tajemne przejścia i inne pałacowe sekrety pojawiają się w absurdalnych budowlach Eschera, w których góra splata się z dołem wbrew regułom stereometrii.

Escher ma też coś wspólnego z Owiduszem. Wiele lat pracy poświęcił zagadnieniu metamorfozy. Wedle jego pomysłu powstał pod koniec lat sześćdziesiątych gigantyczny projekt Metamorphosis III, który najpierw zdobił sale budynku poczty głównej w Hadze, a dziś można go oglądać w jednej z hal odlotowych lotniska Shiphol.

 

*

 

 

Spacer ulicami starej Hagi. Zachodzimy do dawnego kościoła dominikanów (Kloosterkerk) z końca XIV, gdzie nas wpuszczają mimo trwającego remontu – robię szybko kilka zdjęć w niezwykle wysokich, surowych (jest to obecnie świątynia protestancka) wnętrzach: zaskoczonego malarza z tatuażem na prawej łydce; zawieszony wysoko pod sufitem kandelabr i tablicę pamiątkową ojca z córką.

 

 

Zainteresowały mnie losy upamiętnionej tu Josiny van Dorp (1565-1646), córki Arenda (Arnolda) van Dorpa. Ma ona obecnie obszerny biogram w internetowym słowniku kobiet niderlandzkich. Jej życie przypadło na burzliwy czas konfliktów religijnych i narodowych. Josina, choć katoliczka, dwukrotnie była zakładniczką Hiszpanów, najpierw namiestnika Alvy, potem gubernatora don Juana. Kiedy osiągnęła wiek matrymonialny, wielu starało się o jej rękę. Znamy los jednego: „Josina odrzuciła go rymowanką, w której przedkładała swoją wolność nad przymus miłości. Odrzucony szlachcic na jej oczach zranił się sztyletem”. Zajmowała się starym ojcem, a po jego śmierci (w roku 1600) opiekowała się pozostawionym majątkiem. „Jednocześnie spadkobierczyni prowadziła radosne życie, o czym świadczą znaleziska archiwalne: jej śpiewnik z piosenkami francuskimi, niemieckimi i włoskimi oraz przepis na likier z pestek winogron”. W latach 1604-24 była żoną rotmistrza Charlesa du Bec-Crespina (zmarł na dżumę). Jedyny ich syn umarł w niemowlęctwie. Jako wdowa wspierała haskich katolików i ubogie kobiety [2].

 

*

Zachodzimy też do neogotyckiego kościoła pod wezwaniem św. Jakuba Większego Apostoła. Skwer przed świątynią od roku 2011 nosi oficjalnie nazwę Paus Johannes Paulus II plein, Plac papieża Jana Pawła II. Wdaję się w dłuższą rozmowę z zakrystianem, o wierze, frekwencji, starości.

Następny przystanek to muzeum panoramy nadmorskiego Scheveningen. To imponujące dzieło haskiego malarza Hendrika Willema Mesdaga, inaugurowane w roku 1881, jest dziś jedną z niewielu tak kiedyś popularnych panoram. „Sygnaturą” artysty jest postać jego żony, która też była malarką: siedzi pod parasolem, przed sztalugą, wśród łodzi rybackich.

Marii tak się ta panorama spodobała, że zaraz pojechaliśmy tramwajem do Scheveningen, skonfrontować obejrzany widok z dzisiejszym (miałem też nadzieję na świeżego solonego śledzia). Tramwaj dojeżdża nad morze w dziesięć minut, ale o śledzie dzisiaj trudno – zmieniły się kulinarne gusta Holendrów. Na plaży rozmaite egzotyczne restauracje, ale w żadnej nie podadzą tego, z czym nieodłącznie kojarzą mi się poprzednie pobyty w tym kraju. A do portu nie doszliśmy z powodu nadciągającej burzy.

 

Czwartek, 14 maja

Po śniadaniu wreszcie śledź w wypatrzonym poprzedniego wieczora kiosku przy Het Binnenhof. Następnie zwiedzamy galerię księcia Wilhelma V, najstarszą ponoć dostępną dla publiczności kolekcję sztuki w Europie. Zapamiętałem Damę przy toalecie Dijka, w zamyśleniu splatającą cienki warkocz. Chłopca śpiącego w stodole Rijkhalsa z gigantycznymi (wyolbrzymionymi we śnie?) arbuzami i kapustami. Pokłon Trzech Króli Konincka z pyzatym Jezuskiem krytycznie spoglądającym na ofiarowane mu dary. Przybycie handlarza ryb Ochtervelta, z pulchną dziewczynką głaszczącą psa. A po galerii jeszcze jeden śledź, już bez bułki, trzymany za ogon. Musi mi starczyć do następnego pobytu w Holandii.

 

*

W drodze z lotniska do domu, na polu koło Starej Wsi, Maria widzi dwie sarenki. Też pewnie przybiegły z Lasów Młochowskch, jak tamte stadko, które nas żegnało w niedzielę rano w Maryninie.

Nocą Tina darzy nas na przemian swą ufną czułością, mrucząc cicho.

 

Piątek, 15 maja

Krystyna Zachwatowicz, zapytana o ulubione lektury Andrzeja Wajdy, opowiada przekornie o dwóch książkach, bardzo różnych, których atmosfery „nie potrafił zrozumieć”, dwóch, przez które nigdy nie mógł przebrnąć. Pierwsza to Kubuś Puchatek. „Drugą taką lekturą było W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Ale prawdą jest, że nie wszyscy w ten świat chcą wchodzić. Dla mnie on był ważny, zwłaszcza, że zostałam wychowana w kręgu języka francuskiego. Namawiałam nawet Andrzeja, żeby zrobił film według ostatniego tomu. Ale on po prostu nie czuł Prousta. To nie był jego świat” [3].

To wspomnienie przypomniało mi niedawne spotkanie z Mają Komorowską w Stawisku wokół Panien z Wilka, w którym wątki proustowskie były wszak obecne, choć podskórnie, w kwestiach najtrudniejszych do pochwycenia, w imponderabiliach. A w małżeństwie Iwaszkiewiczów, podobnie jak u Wajdów, to ona, Anna, była w sprawach proustowskich stroną aktywniejszą, to ona tłumaczyła starannie wybrane i dobrane fragmenty Jeana Santeuila i W poszukiwaniu…

 

*

Wieczorem Remarkably Bright Creatures (Netflix 2026), film nakręcony na podstawie debiutanckiej (!) powieści Shelby Van Pelt pod tym samym tytułem. Narratorem jest Marcellus, przedsiębiorczy osobnik gatunku ośmiornica olbrzymia. Bajka, ale sympatyczna. Zbudowana wedle zasady, którą pod nazwą teorii sokoła sformułował 150 lat temu Paul Heyse, powołujący się z kolei na Boccaccia. Dobre stare wzory.

 

Sobota, 16 maja

Wieczorem w ramach festiwalu Millenium Docs Against Gravity w grodziskim kinie Wolność film Raoula Pecka Orwell 2+2=5, zupełnie moim skromnym zdaniem chybiony. Dokumentalny i paradokumentalny wątek biograficzny został chaotyczne poprzeplatany zaczerpniętymi z rozmaitych źródeł (programów telewizyjnych, filmów fabularnych, łącznie z tworami AI) materiałami, pokazującymi głównie dwa wątki: totalitarną przemoc fizyczną i manipulowanie prawdą. Ale zestawienie tych wszystkich materiałów w jedną masę, bez rozróżnień, powoduje ich rozbrojenie i uproszczenie w banalną konkluzję, że wszelka przemoc jest zła, podobne jak wypaczanie prawdy. Przecież nie o to Orwellowi chodziło.

 

Niedziela, 17 maja

Maria, czytając dziś poprzedni odcinek dziennika, zainteresowała się amerykańskim serialem Bored to Death, o którym wspominałem przy okazji nowego filmu Jarmuscha. Okazuje się, że Godzicowie mają ten serial w swej domowej filmotece i zapraszają. Obejrzeliśmy z przyjemnością pierwsze trzy odcinki pierwszego sezonu, w tym ten z Jarmuschem, który sympatycznie gra niesympatycznego Jarmuscha. Główny bohater, autor i początkujący scenarzysta, nazywa się Jonathan Ames, tak samo jak autor filmu: pisarz i scenarzysta Jonathan Ames, co prowadzi do ciekawego zapętlenia fabularnego (acz postać tę gra w filmie kto inny, aktor Jason Schwarzmann, znany z kilku filmów Wesa Andersona).

A potem w kinie „Wolność” kolejny film w ramach Millenium Docs Against Gravity: Broken English (2025), dokument o Marianne Faithfull, nakręcony z jej udziałem tuż przed śmiercią (zmarła 30 stycznia 2025). Film w pewnym sensie też orwellowski, ale jakże inny. O pracy archiwalnej, prowadzonej pod szyldem Ministerstwa Niezapominania. Dobre tempo, dużo rzadkich materiałów filmowych, a zarazem jest to rzecz o obchodzeniu się z archiwaliami, o empatii w zadawaniu pytań, o zmieniającej się wrażliwości. W roli narratorki-aranżerki wydarzeń Tilda Swinton, stylizująca się wyraźnie na późną Laurie Anderson. A nad wszystkim góruje osobowość niemal niespożytej bohaterki filmu.

 

Poniedziałek, 18 maja

Nakładem małego, ale prężnego berlińskiego wydawnictwa Lukas Verlag ukazała się książka berneńskiej historyczki Franciski Zaugg o losach ludzi, którzy w czasie II wojny pomagali Żydom na terenie Albanii. Zwróciła ona moją uwagę na istnienie całej serii podobnych tomów, pomyślanych jako prezentacja konkretnych, indywidualnych losów ludzi prześladowanych i tych, którzy ich ratowali. Tytuł jest przeważnie dobrze dobranym cytatem z czyjejś wypowiedzi. Dotychczas ukazały się, lub wyjdą jeszcze w tym roku, tomy, dotyczące następujących krajów: Albania, Austria, Białoruś, Bułgaria, Dania, Holandia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Norwegia, Rumunia, Ukraina i Włochy. Drobny przykład sposobu opowieści z opisu tomu, poświęconego Holandii, którego tytuł brzmiałby po polsku: Chcieli mnie zabić, ale na to musieliby mnie najpierw złapać: „Żydówka Sieny Kattenburg jedzie jesienią roku 1943 autobusem do Nieuw Vennep, żeby tam ukryć się u chłopskiej rodziny Boogaardów. Ich działalność jest do tego stopnia znana, że kierowca autobusu dojechawszy do Nieuw Vennep ogłasza: «Żydzi do Boogaardów – tu trzeba wysiąść»”. Ciekaw jestem, kiedy Lukas Verlag wyda w tej serii tom o Polsce i kto będzie jego autorem.

 

Wtorek, 19 maja

Sebastian Ładoś, krewny Aleksandra Ładosia, szefa poselstwa RP w Szwajcarii w czasie II wojny światowej, wydał biografię tej nietuzinkowej postaci, opartą w sporej mierze, ale nie tylko, na jego trzytomowych, niepublikowanych dotąd pamiętnikach. Aleksander Ładoś znany jest dziś, jeżeli w ogóle, jako osoba, która kierowała akcją pozyskiwania dla Żydów w Polsce paszportów krajów Ameryki Łacińskiej. Autor obszernie omawia także i tę kwestię, ale biografia posła Ładosia ma wiele aspektów i to one sprawiają, że książkę czyta się jak powieść. W tym miejscu chciałbym się zatrzymać nad paroma miejscami, w których widzę potencjał dalszych poszukiwań.

Wesele Wyspiańskiego we wsi Róża. Czas: ostatnie lata przed wybuchem I wojny. Ładoś spędza wakacje w domu swego szkolnego przyjaciela Wojciecha Tabora we wsi Róża w okolicach Tarnowa. „W czasie tych wakacyjnych pobytów Aleksander zaprzyjaźnił się z młodymi dziewczynami i chłopakami, których namówił do założenia wiejskiego teatru. Próby poszły całkiem sprawnie. Grupa wystawiła Wóz Drzymały Józefa Rączkowskiego i, oczywiście, Wesele, chociaż z uwagi na brak czasu zdecydowano się zagrać tylko pierwszy akt” [4]. Temat dla lokalnego historyka z Tarnowa?

Wpływ Jana Zielińskiego. „[…] Człowiekiem, który wywarł na Aleksandra Ładosia ogromny wpływ, był Jan Zieliński. Starszy już wówczas pan pochodził z jednej z najlepszych rodzin szlacheckich w Polsce. Pod względem wychowania i obyczajów «arystokrata, lecz w najlepszym tego słowa znaczeniu». Był autorem kilku ciekawych książek, które z nieznanych przyczyn nigdy nie zostały wydane (Ładoś czytał rękopisy). Był zdecydowanym anglofilem. […] Jan Zieliński nauczył Ładosia oryginalnego podejścia do malarstwa i rzeźby. Odwoływał się do «psychologii poszczególnych osób», która powoduje, że nie liczy się to, co artysta chciał przekazać, lecz to, co odbiorca chce zobaczyć”[ 5]. Temat dla mnie?

Wiceminister w wannie. Rok 1919, MSZ w tymczasowym gmachu przy Miodowej. Minister Paderewski bierze udział w konferencji pokojowej w Wersalu, więc faktyczne rządzi resortem wiceminister Władysław Skrzyński – „z nieodłącznym Janem Perłowskim”. Obaj mieszkali w ministerstwie. „Urządzili sobie dwa połączone ze sobą pokoiki i łazienkę, z której zresztą korzystał wyłącznie Skrzyński. Do południa referenci – jak Ładoś – byli przyjmowani w tych właśnie pokoikach, zastając często Skrzyńskiego w wannie lub Perłowskiego stojącego nago w miednicy” [6].

Ślązacy do Algierii. Jesienią 1939 roku Ładoś zajmował się ewakuacją byłych powstańców śląskich, którzy z rodzinami znaleźli się w Rumunii. Część fachowców przetransportowano do Francji, reszta miała wyjechać do Algierii. Na polecenie Ładosia „wynajęto od jakiegoś armatora statek. Szczegółów tej operacji jednak nie znamy. Nie wiemy, jak potoczyły się losy dzielnych Ślązaków, którzy wyjechali do Algierii”. Temat dla młodego historyka z IPN-u?

Mała Szwajcaria na Ziemiach Zachodnich? Generał Bronisław Prugar-Ketling, dowódca polskich oddziałów internowanych w czasie wojny w Szwajcarii, po powrocie do kraju jesienią roku 1945 „snuł romantyczne wizje, aby gdzieś na Ziemiach Odzyskanych założyć wspólnotę gospodarczą z żołnierzami 2. Dywizji i ich rodzinami. Z dala od krzykliwych haseł i wszelkiej polityki” [7].

Na koniec tej krótkiej prezentacji chciałbym wrócić do akcji ratowania Żydów. Trudno ustalić dokładnie, ilu udało się uratować. Ale wymowna jest rzecz, którą autorowi książki opowiedział „pan Dinkel, ortodoksyjny Żyd z Izraela”. W dwóch zdaniach: „Jego ojciec Alexander Dinkel przeżył Holokaust, bo znalazł się na liście Ładosia. Dzisiaj jego potomkowie w kolejnych trzech pokoleniach to ponad 300 istnień ludzkich” [8]. Oto arytmetyka dobrych uczynków.

I jeszcze jedna uwaga. Książka ma świetną okładkę, której autorką jest Uta Przyboś-Christiaens. Poetka i malarka, córka Juliana Przybosia. Który, tak jak Ładoś, był posłem w Bernie (w latach 1947-1951). Krąg się domyka.

 

Piątek, 22 maja

Wieczorem Postcards from the Edge (1990). Dwie dobre duże role (Meryl Streep i Shirley MacLaine) i jedna mniejsza (Gene Hackman), ale przede wszystkim warto obejrzeć dla kilku piosenek, które śpiewa Meryl Streep. Jakoś nie kojarzyłem tej wielkiej aktorki ze śpiewem, ale sprawdzam i widzę, że przecież śpiewała w komedii Mamma mia, którą oglądaliśmy parę lat temu (jest też sequel), a ponadto grała wokalistkę i gitarzystkę rockową w filmie Ricki and the Flash. (M. mówi, że ten też widzieliśmy; może, ale przecież niektórych płyt słucha się na okrągło.) I tak sam się układa repertuar domowego kina na kolejne dni.

 

Niedziela, 24 maja

Minister spraw zagranicznych i wicepremier sporego kraju, na którego rubieżach toczy się w zmiennych kolejach wojna o trudnych do przewidzenia konsekwencjach jest niewątpliwie człowiekiem zajętym, którego trudno podejrzewać o rozległe lektury humanistyczne, nie mówiąc już o ambicjach literackich. A Radosław Sikorski, którego kariera zapewne nie zakończy się na piastowanych obecnie stanowiskach, wydaje książkę za książką. W majowych „Nowych Książkach” widzę omówienie poprzedniej, grubego tomu esejów i szkiców Z okopów do Europy. Trzy dekady w centrum wydarzeń (Znak 2025), a już mam w ręku wydany przez tę samą oficynę pokaźny tom konwersacji z Wojciechem Giertychem OP, zatytułowany Rozmowy rzymskie. Pytania na czas niepokoju.

Książka, ukończona 21 marca br. (data posłowia), ma oryginalną konstrukcję. Składa się na nią dwanaście rozdziałów-rozmów, rozpoczynających się od fotografii i zwięzłego opisu lokalizacji. Wybrane miejsca to: Balkon z widokiem na Plac Świętego Piotra, Bazylika Świętego Pawła, Wielka Synagoga w Rzymie, Panteon, Łuk Konstantyna Wielkiego, Kapitol, Basilica di Sant’Agostino, Bocca della Verità, Grób Jana Pawła I, Uniwersytet Świętego Tomasza z Akwinu, Via Appia i Pomnik Sienkiewicza. (Z satysfakcją stwierdzam, że co najmniej połowę tych miejsc odwiedziliśmy z Marią z własnej inicjatywy podczas tygodniowego pobytu w Rzymie, nieco tylko później, w połowie kwietnia br. Nie tylko wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, ale i w samym Wiecznym Mieście są miejsca bardziej od innych godne uwagi).

Sikorski deklaruje się na samym początku jako „człowiek, który wyrasta z katolickiego kręgu kulturowego, ale nie wierzy w tradycyjnie katolicki sposób” (s. 11). Jego rozmówca, dominikanin i profesor teologii, ex definitione reprezentuje odmienny punkt widzenia, ale wychodzi z założenia, że „zawsze warto porozmawiać z drugim człowiekiem” (tamże). Co ciekawe, w tym dialogu to Sikorski często wykazuje się wiedzą teologiczną i znajomością hagiografii. To on mówi o św. Ambrożym, papieżu: „Ambroży jest ważną postacią. To on ustanowił pierwszy precedens dotyczący tego, że władza duchowna ma w pewnych sprawach pierwszeństwo nad doczesną” (s. 28). W innym miejscu stwierdza: „Do Augustyna odczuwam sympatię, bo cenię poczucie humoru. Panie Boże, mówił, uczyń mnie cnotliwym. Po czym dodawał: ale jeszcze nie teraz” (s. 198). Kiedy indziej wyznaje: „Lubię dźwięk dzwonów kościelnych o poranku i nie chciałbym, żeby umilkły” (s. 38).

Z kolei o. Giertych wtóruje Sikorskiemu, gdy ten przyznał się do pewnej sympatii, jaką darzy Piłata: „Nie tylko pan odczuwa do niego sympatię. Piłat wraz z małżonką są czczeni jako święci w ortodoksyjnym Kościele koptyjskim w Etiopii” (s. 50).

Sikorski ze swej strony lubi prowokować. Powiada na przykład: „Eucharystia to celebrowanie atawizmu związanego ze składaniem ofiary z człowieka” (s. 57). O obecnej sytuacji w kraju mówi: „Jest jedna Polska, a w niej dwa plemiona, które mają swoje źródła informacji i interpretacje faktów. Coraz bardziej się nienawidzą, nienawidzą także księży z przeciwnego plemienia” (s. 127).

Giertych także ma barwny i niewyparzony język. Opowiada: „Jezus wjechał do miasta na osiołku. Osiołek, zgodne z Księgą Zachariasza, był symbolem mesjańskim. Podczas wykładów z teologii moralnej w Angelicum zwracam uwagę kleryków na tego osiołka. Szedł środkiem ulicy, kiwał się na prawo i na lewo, uśmiechał się i cieszył, że ludzie machają do niego palmami i śpiewają na jego widok hosanna. Niech wiedzą, że po święceniach są tylko osiołkiem” (s. 51). W innym miejscu wygłasza ryzykowną pochwałę kobiety, stwierdzając: „kobiecie łatwiej przychodzi bezinteresowne dawanie siebie. […] W fizjologii kobiecej jest pewien wymiar eucharystyczny” (s. 224). Opowiadając o Kościele wczesnego chrześcijaństwa napomyka: „Tu, przy Maria Maggiore, znajduje się Kościół Świętej Praksedy. Wewnątrz umieszczona jest mozaika przedstawiająca kobietę i napis Episcopa Theodora, czyli… pani biskupowa. Jako ciekawostkę dodam, że jednocześnie była ona matką papieża Paschalisa” (s. 244).

Sikorski jest najostrzejszy, kiedy konfrontuje swego rozmówcę ze sprawami seksu, antykoncepcji, związków partnerskich, celibatu, pedofilii. Nie wchodząc w szczegóły powiem: kindersztuba i poczucie humoru obu rozmówców sprawiają, że nie dochodzi między nimi do konfliktu ani zerwania. W zakończeniu Radosław Sikorski napisał: „Uznam, że nasze rozmowy były pożyteczne, jeśli nasi czytelnicy oderwą się od mediów społecznościowych i zastanowią nad sprawami ostatecznymi” (s. 381). Trudno się z takim programem nie zgodzić.

 

*

A wieczorem repertuar poszedł nie po linii Meryl Streep, tylko Shirley MacLaine i obejrzeliśmy In Her Shoes (2005) z tą ostatnią w roli babci. Film bardzo rozwlekły, żeby nie powiedzieć nudny, ale spodobał mi się następujący epizod: oto Norman Lloyd (pamiętny z roli pryncypała w Dead Poets Society) gra emerytowanego ociemniałego profesora literatury, który wkrótce przed śmiercią wbrew wszelkiemu spodziewaniu wydobywa z jednej z dwóch sióstr, głównych bohaterek, zabawowej dziewczyny, umiejętność rozumienia poezji.

 

Poniedziałek, 25 maja

W „Nowej Gazecie Biłgorajskiej” (19-25 maja) Natalia Račaitis opublikowała zrobione przez strażaka Arkadiusza Dudzińskiego podczas gaszenia pożaru lasów Roztocza zdjęcie, na którym widać oszczędzone przez ogień drzewo z małą kapliczką maryjną. Artykuł krąży po sieci, zbierając (rozmaite) komentarze. Do mnie trafił (nieprzypadkiem?) akurat kiedy zajmowałem się zagadką wpływu pewnej XVI-wiecznej kapliczki maryjnej w Ameryce Łacińskiej na poezję staropolską.

 

*

Silesiusa za całokształt pracy twórczej dostał poeta-anarchista z Oleśnicy, Konrad Góra (rocznik 1978), nagrodę za tom roku Piotr Matywiecki (rocznik 1943) za Epikę, z której wyjmuję zwięzły wiersz bez tytułu: „Bóg, żeby istnieć, / skupił się na mnie, / żebym istniał. // Ale ja Go rozpraszam”.

A zamiast cytatu z wierszy Góry przytoczę fragment artykułu o jego poezji: „Podobną rolę – słowa zachowanego, przechowanego i odchowanego (wyprowadzonego na świat), a jednocześnie użytego dla własnych potrzeb – będzie pełnić zainspirowana dziennikiem Wata zbitka aeiouy w wierszu «Weź sobie», który jest jednym z najładniejszych znanych mi hołdów dla autora Ciemnego świecidła (Góra zbiera w jednym słowie samogłoski, które Wat «odrzucił»)” [9].

 

*

Filmu Mamma Mia! Here We Go Again nie dało się oglądać – zbyt prymitywnie musicalowy. Ale po linii Abby trafiliśmy na nowy film Je m’appelle Agneta (2026), oparty na powieści szwedzkiej autorki Emmy Hamberg. Zbliżająca się do pięćdziesiątki Szwedka chce coś w swoim życiu zmienić i odpowiada na ogłoszenie o pracę w charakterze au pair do szwedzkiego chłopca, mieszkającego w Prowansji. Na miejscu okazuje się, że „chłopiec” jest dziwakiem-homoseksualistą, który z racji wieku mógłby być jej ojcem (świetna rola Claesa Månssona) i który otwiera jej oczy na świat kolorów, zapachów, sztuki, uczy ją śmiechu, okazywania uczuć i nieprzejmowania się tym, co pomyślą czy powiedzą inni.

 

Środa, 27 maja

W Galerii „Okno na kulturę” kameralna wystawa chust Ewy Kuryluk – sterylnych, rysowanych oszczędną konturową kreską, ale ciepłych (muszla z portrecikiem Leszka Kołakowskiego, w nawiązaniu do jego tekstu o Platonie?), wydobywających skojarzenia z rozmaitymi tkaninami, czasem równoczesne: jak całun i chusta św. Weroniki w Chuście podwójnej.

 

*

W Kordegardzie mała wystawa prac Czapskiego i kolaży Grzegorza Kozery, inspirowanych głównie esejami Agnieszki Kosińskiej o Czapskim oraz podjętej przez młodego entuzjastę podróży śladami Czapskiego po Ameryce Południowej. Wernisaż przerodził się w rozmowę o Czapskim, pomyślaną przede wszystkim jako prezentacja nowego tomu z wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury serii Jubileusze: Czapski – rówieśnik XX wieku pod redakcją Pawła Rodaka. Maczałem w tym tomie palce, więc nie będę o nim szerzej pisał. Gwiazdą rozmowy była Murielle Gagnebin, autorka pierwszej monografii Czapskiego jako malarza (1974), której tekst Czapski – człowiek na podobieństwo swego dzieła ukazał się obecnie w albumie prac Czapskiego pod tym samym tytułem, wydanym przez kolekcjonera Krzysztofa Musiała.

Zastanawiałem się, czy nie zabrać głosu na koniec spotkania i nie powiedzieć, że niezależnie od tego, jakim był malarzem i pisarzem, niezależnie od tego, jak łączył jedno i drugie w swym gigantycznym dzienniku, Józef Czapski był przede wszystkim dobrym człowiekiem. Zmilczałem. Jakże o czymś takim mówić publicznie?

 

Sobota, 30 maja

Na wczorajszym jubileuszu londyńskiego „Pamiętnika Literackiego” w warszawskim Klubie Księgarza spotkałem dawno niewidzianego Marka Kusibę z Kanady, z którym latami sąsiadowaliśmy na łamach redagowanego przez Julitę Karkowską nowojorskiego „Przeglądu Polskiego” – on płynąc „Żabką przez Atlantyk”, ja patrząc „Pod innym kątem”. Marek przywiózł swoją nową książkę, pięknie przez AVALON wydaną: Rajskie. Przeczytałem jednym tchem, acz ze ściśniętym gardłem. Opowiem o niej po swojemu, od końca.

W pewnym sensie to jest książka o kłamstwie archiwaliów. 27 czerwca 2025 roku, kiedy Rajskie było już złożone i gotowe do druku na równo 100 stronach, Sławomir Górski zapędził się do opustoszałego i zrujnowanego budynku dawnej formierni Stoczni Gdańskiej i na podłodze znalazł Kartę kontrolną badań okresowych Alicji Kusiby z lat 1980-82. Zaintrygowany rzadkim nazwiskiem zaczął szukać w sieci i natrafił na numer „Akcentu” z roku 2017, w którym ukazała się pierwsza wersja Rajskiego. Nawiązał kontakt z autorem i posłał mu zdjęcia tej karty i wnętrz formierni – ilustracje te dołączono, bez paginacji, na końcu omawianej książki.

Dlaczego mówię o kłamstwie archiwaliów? Bo prawie nic się tu, prócz imienia i nazwiska, nie zgadza. W rubryce „data urodzenia” jest numer 90336 (numer pracownika?). W rubryce „oddział, wydział”: 29.I.1969 r., co wygląda na datę urodzenia, ale matka Kusiby urodziła się w roku 1930. Może to data podjęcia przez nią pracy w stoczni? Kolejna rubryka, „Data badania” – tu wpisane są daty roczne: 1980, 1981, 1982. W rubryce „Orzeczenie o zdolności do pracy, ewentualne zalecenia” mamy kolejne okresy, zapewne niezdolności do pracy. Potwierdza to sąsiednia rubryka, „Data następnego badania”, gdzie podano zgadzającą się z poprzednią rubryką liczbę dni zwolnienia. Wynika z tego, że w roku 1980 Alicja Kusiba miała 9 dni zwolnienia, w roku następnym 84, a w 1982 – 39. W pierwszym roku nie pracowała od 19 do 27 września, w drugim od 7 stycznia do 22 marca i od 21 do 29 września, w trzecim od 22 lutego do 1 kwietnia (to data w kontekście tej książki znamienna). I wreszcie ostatnia rubryka, „Podpis lekarza”, w której zamiast podpisu mamy trzycyfrowe numery. To najprawdopodobniej oznaczone wedle dawnego systemu jednostki chorobowe: 354 (Migrena), 715 (Przewlekłe owrzodzenia skóry), 353 (Padaczka), 722 (Zapalenie stawów reumatyczne) i 355 (Inne choroby mózgu). Tak osobliwie wypełniona Karta kontrolna badań okresowych staje się faktycznie kartą okresowej niezdolności do pracy, a wszystko to jeszcze przed ostatnią chorobą Alicji Kusiby, rakiem w końcu lat osiemdziesiątych, którego początek wiązany jest z katastrofą czarnobylską (to wątek ważny dla mnie osobiście, jako że Ojciec, badacz termodynamiki, przestrzegający nas przed niebezpieczeństwem awarii radzieckich elektrowni atomowych, zmarł na wylew w noc Czarnobyla).

Zagłębiłem się w archiwalne rozbieżności dlatego, że sam Marek Kusiba podnosi te wątki, i to w sprawach najistotniejszych: „Sam już nie wiem, czy rodzinna tragedia rozegrała się wiosną, jesienią lub zimą 1944 roku, czy w kwietniu 1945. A może w lipcu 1945 roku, jak mówi jeden z zapisów?” [10]. Albo: „Dzień 1 kwietnia 1945 r. to data z aktu zgonu Heleny Ochały, wystawionego przez Urząd Stanu Cywilnego w Lesku 23 maja 1962 roku […] (numer ewidencyjny 31/1961). […] W tym akcie zgonu także nie zgadzają się daty – nie wiadomo, czy wystawiono go w 1962, czy w 1961 roku” [11].

Piszę o tych detalach, drobię i zwlekam, a wszystko dlatego, że trudno pisać o samym cyklu wierszy, czy może raczej poemacie Marka Kusiby. Tak przejmująca to lektura, tak wstrząsająca ta historia matki autora od owej nocy pod koniec wojny (zapewne 1 kwietnia), kiedy pobratymczy bandyci zamordowali jej rodziców, odrąbując im głowy, a ona, czternastolatka, z młodszym braciszkiem szukała schronienia na cmentarzu. Jeśli słusznie w numerach dopatruję się jednostek chorobowych, widać jasno jaką traumą musiała być dla Alicji Kusiby owa noc i łatwiej zrozumieć, dlaczego pewnego dnia wsiadła w pociąg i pojechała do ostatniej stacji, z Bieszczadów do Gdyni, zostawiając męża i dwóch synów.

W lekturze pomaga zamieszczona po tekście wnikliwa eksplikacja poematu, pióra Bożeny Szałasty-Rogowskiej (zamykające ją zestawienie z książką Różewicza Matka odchodzi rozszerzyłbym o paralelę z losem Erny Rosenstein).

Nie, nie mogę o tym pisać. Ale trzeba Rajskie przeczytać.

 

*

W Brwinowskim Pałacu Kultury otwarcie wystawy Henryka Wańka Kwadratura koła VI. Jest to, jak tytuł wskazuje, kolejna odsłona wędrownej wystawy, skomponowanej w odpowiedzi na płynące z różnych ośrodków propozycje. Wystawa składa się z 37 obrazów (to liczba pierwsza, po odwróceniu dająca także liczbę pierwszą, łącząca kreatywność z harmonią duchową). Przed każdym można długo stać, wnikając w jego sensy i snując skojarzenia. Organizatorzy wpadli na pomysł przedłużenia tej gry, urządzając wernisażowy kącik kulinarny jako kombinację kwadratów i kół, kolorystycznie zharmonizowaną z obrazami Wańka, a folder wystawy świetnie tę gorejącą barwność prac podkreśla.

 

 

Wtorek, 2 czerwca

„Basler Zeitung” opisuje osobliwą „akcję artystyczną”, którą urządził bazylejski Kunstmacher Christoph Moser po włamaniach, do jakich doszło podczas Zielonych Świątek w jego lokalach przy Feldbergstrasse 42: powiększył przedstawiające sprawców zdjęcia z kamer bezpieczeństwa do rozmiarów plakatów i wywiesił je na sprzedaż w galerii, opatrzone przekornymi tytułami w rodzaju Robbery Lifestyle. Na pytanie, czy nie obawia się, że pokazując twarze włamywaczy złamał przepisy RODO, odpowiada: „Nie sądzę, żeby nam mieli wytoczyć o to sprawę. A jeśli nawet, to dowiemy się kim są”. Przewiduję inny scenariusz: sprawcy przez podstawioną osobę sami za pieniądze uzyskane z rabunku wykupią swoje konterfekty i będą się nim cieszyć w domowym zaciszu.

Dlaczego tak sądzę? Bo nieco podobna rzecz, acz w pełni legalna, przytrafiła mi się parę lat temu w Bernie. Byliśmy z Marią w Kunstmuseum na pokazie prasowym kolekcji Gurlitta. Następnego dnia na pierwszej stronie berneńskiego dziennika artykuł o tej wystawie ilustrowało nasze kolorowe zdjęcie w artystycznym ujęciu, od tyłu, jakby w chmurach. Zażądałem od redakcji przesłania tej fotografii w dużej rozdzielczości, do użytku własnego – po wydrukowaniu i oprawieniu wisi dziś w naszej sypialni. A teraz, kiedy o tym wspominam, widzę, że można w sieci, na różnych stronach (brazylijskiej, izraelskiej), znaleźć inne ujęcia z tej samej serii, sygnowane nazwiskiem Petera Klaunzera (rocznik 1967). Tu też oglądamy Emila Nolde.

 

 

A jak poskrobać głębiej, to tu można zobaczyć, jak parę miesięcy wcześniej, w lipcu 2017 roku, stojąc w międzynarodowym gronie dziennikarzy, robię zdjęcie na pokazie pierwszych obiektów z przejmowanej przez berneńskie muzeum kolekcji Gurlitta: https://www.bpb.de/kurz-knapp/hintergrund-aktuell/252472/ausstellung-bestandgurlitt/

Ślady. Wszędzie zostawiamy ślady.

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Por.: Simon Schama, Martine Gosselink, Birds. The Goldfinch, Bird, Art and Us. Mauritshuis / Hannibal, The Hague 2026, s. 8. Katalog jest niewielki, ale zajmująco napisany i opatrzony na końcu małą antologią ptaków w literaturze światowej, zawierającą takie perełki, jak Jakeś się wydostał, wiersz Dżalaluddina Rumiego o oswojonym sokole.

[2] Dane biograficzne za: Maarten Hell, Dorp, Josina van, w: Digitaal Vrouwenlexicon van Nederland. URL: https://resources.huygens.knaw.nl/vrouwenlexicon/lemmata/data/Dorp

[3] Mój mąż był spełniony, rozmowa Barbary Hollender z Krystyną Zachwatowicz-Wajdą, „Plus-Minus” nr 19 z 9-10 maja 2026.

[4] Sebastian Ładoś, Zanim Bóg odwróci wzrok, Brzezia Łąka, Poligraf, 2019, s. 17

[5] Tamże, s. 41-42.

[6] Tamże, s. 62-63.

[7] Tamże, s. 363.

[8] Tamże, s. 336.

[9] Paweł Kaczmarski, Okopań poideł. O «Sile niższej (full hasiok)» Konrada Góry, „Praktyka Teoretyczna” online: https://www.praktykateoretyczna.pl/artykuly/pawe-kaczmarski-okopan-poide-o-sile-nizszej-full-hasiok-konrada-gory/ . Zob. też: Jadwiga Zając, „Weź sobie”: samogłoski z „hasioka” awangardy, „Teksty Drugie” 2024 nr 5.

[10] Marek Kusiba, Rajskie. Kraków–Toronto, Wydawnictwo AVALON–Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie 2025, s. 64.

[11] Tamże, s. 90.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek