Według Dariusza Czai, mój „furiacki atak na sztuki”, w postaci „monstrualnej, chaotycznej logorei” ugotowanej w „jakimś oszalałym tyglu” opiera się na następującej tezie. „Sztuka jest diabła warta, bo ważniejsze jest realne życie: to życie, które żyjemy, które naprawdę przeżywamy, z którym mozolimy się dzień po dniu. A sztuka, w porządku, jest, bo jest, co robić, trzeba to jakoś uznać, przecież nie będziemy strzelać do artystów, ale żeby też się nią szczególnie przejmować, to już za wiele”. Bardzo mi przykro, ale nie jest to teza mojego eseju. Nie interesuje mnie tajemnica sztuki, tak jak nie interesuje mnie mówienie o prawdzie, którą Czaja chce związać ze sztuką. Nie zajmują mnie też za bardzo poszczególne arcydzieła, którym Czaja przypisuje ogromną wartość. Ba, nie interesuje mnie nawet sam Czaja, którego książkę biorę tylko za alegorię, miniaturę archaicznego dyskursu. Tym, co mnie istotnie zajmuje, jest to, co od ponad dwustu lat robią ze sztuką i jej arcydziełami niektórzy jej miłośnicy. Nie staram się nikogo przekonać, że życie codzienne jest ważniejsze od sztuki. Staram się powiedzieć, że od dłuższego czasu ludzie celowo wyrywają sztukę z życia codziennego, nadając jej szczególny status, zbliżony do statusu, jaki przypisuje się rzeczom nadziemskim. Otóż ja tego szczególnego, uświęconego statusu sztuce nie przypisuję i z faktu, że ją od 40 lat wykładam, albo o niej piszę, nie tworzę kapłańskiego mitu, dzięki któremu spływa na mnie łaska wybrańca. Nie uważam, że sztuka powinna znaleźć uprzywilejowane miejsce w życiu człowieka, który nie jest artystą, ale nie uważam także, że „jest diabła warta”. Jest, jak stolarka, jak matematyka, pewną dziedziną ludzkiej aktywności, umiejętnością, którą jedni wykorzystują lepiej, inni gorzej i której kiedyś nadawano z jakichś (łatwo wytłumaczalnych) powodów nadludzkie znaczenie. Uważam jednak, że jeśli sztuki nie będzie się traktować jako ważnego składnika życia codziennego, szybko zostanie ona pochłonięta przez inne formy egzystencjalnej satysfakcji, co stałoby się z dużą szkodą dla rodzaju ludzkiego. Kto uważa, że mówiąc to, odmawiam sztuce prawa istnienia albo ją deprecjonuję albo ją atakuję, jest ignorantem, który celowo przeinacza mój punkt widzenia. Dlaczego to robi? Już mówię.
Tuż po spreparowaniu mojej tezy, Czaja przekonuje czytelnika, że powraca ona „w tekście wielokrotnie, w jej obronie autor mnoży, dość straceńczo, kolejne podpierające ją argumenty. W każdym razie są to zdania, które heroicznie usiłują być argumentami. Czy są nimi w istocie, to się jeszcze okaże, nie uprzedzajmy faktów…”. Otóż nie trzeba było niczego uprzedzać, bo nic się nie okazało. Żeby dyskutować i przedkładać swoje argumenty, trzeba najpierw zrozumieć argument swojego oponenta, a mój, nieuchwytny dla Czai, brzmi następująco. Istnieje wiele różnych sposobów mówienia o sztuce, z których wynikają poważne konsekwencje egzystencjalne, społeczne i polityczne. Sposób mówienia, jaki wybiera Dariusz Czaja, wbrew temu, co myśli, jest odpowiedzialny za to, że sztuka dramatycznie traci na znaczeniu w życiu ludzi, którzy coraz częściej od niej odwracają się, zniechęceni mydleniem oczu domniemaną tajemnicą, do której dostęp mają tylko wtajemniczeni. Obrona sztuki za pomocą języka, który doprowadził do osłabienia jej roli, jest z góry skazana na niepowodzenie, powinna być więc zarzucona, a nie ochraniana z nabożną czcią. To, że Czaja nie chce zrozumieć tego argumentu, wcale mnie nie dziwi, podobnie jak nie dziwi mnie to, że sam żadnego nie konstruuje, zadowalając się oznajmieniami. Broniąc sakralnego charakteru sztuki, broni siebie samego, przebierając się za męczennika, którego śmie swoim zeświecczonym paluchem dotknąć prostak, głuchy i ślepy na szyfry tajemnicy. Powtarzając swoje niejasne uwagi o transcendencji przemawiającej przez dzieła sztuki, Czaja powiada: „Trudno, żeby Markowski cokolwiek z tego rozumiał”. Rzecz polega na tym, że świetnie rozumiem, co on pisze, ale fundamentalnie się z tym nie zgadzam. On zaś rozumie tylko to, z czym się zgadza, wobec czego nie rozumie tego, co piszę.

Przyznaję, nie „dochodzi do mnie pneumatyczne drżenie” utworu Bacha ani nie wchodzę w „ekstatyczny krąg” muzyki Coltrane’a. Metafory nie są niewinne, zwłaszcza ten „ekstatyczny krąg”. Zgadza się to z moim rozumieniem fanatyzmu, które nie jest dowolne, lecz pochodzi z tradycyjnej wykładni: jest to zaciekła, bezdyskusyjna obrona fanum, świątyni, do której bram dobijają się chamy. Otóż wedle tej wykładni, fanatykiem nie jest ten, kto szturmuje świątynię (tak Czaja myśli o mnie), lecz ten, kto jej broni. Skoro jednak zostałem chamem, to muszę wyznać, że Czaja ma rację: kiedy obieram kartofle albo skrobię rybę, chętnie słucham oper Vivaldiego; kiedy myślę o tym, jak przyprawić kolację dla 20 osób, inspiruje mnie Bad Bunny; kiedy jadę samochodem przez Stany, słucham Dolly Parton. Pneumatyczne drżenie nad tajemnicą z ostrym nożem w ręku nie wydaje mi się roztropne, staram się żyć wedle zalecenia Por la mañana, café, por la tarde, ron, a słuchając country music w Teksasie, staram się zrozumieć, dlaczego Południe nienawidzi Północy. Chcę, żeby muzyka była integralną częścią mojego życia, a nie wyjątkiem od niego, więc wplatam ją tam, gdzie i kiedy mogę: w codzienne zajęcia, w to, co Virginia Woolf, przekonana, jak Czaja, że tylko sztuka zbawia mierzwę życia, nazywała „nieistnieniem”. Nie po to to robię, żeby z pietystami płakać nad mizerią ludzkiej egzystencji, ale żeby mimo niej cieszyć się życiem. Mnóstwo można mi zarzucić, ale nie to, że jestem snobem. Melancholików też nie lubię, ale przyjaźnię się z nimi, gdy mówią, że dobrze gotuję.
I tak dochodzę do najważniejszej części mojego argumentu. To, że Czaja nie widzi, że jego poglądy pochodzą z końca XIX wieku, a nie trzeciej dekady wieku XXI, napawa mnie głębokim smutkiem. Nie dlatego, że wierzę bezkrytycznie w wyższość współczesności nad przeszłością, nie dlatego, że ufam francuskim mądralom, ale dlatego, że współczesny estetyzm idzie nieodwołalnie w parze z antydemokratycznym konserwatyzmem, którego opłakane skutki wpływu widać jak na dłoni. Nie może Czaja utrzymywać, że atakuję sztukę, a jednocześnie traktować poważnie (i krytykować) mój demokratyzm, albowiem jest to stanowisko wewnętrznie sprzeczne. Jestem za demokratyzacją sztuki, bo jestem za poszerzaniem dostępu do niej, a nie zwężaniem, a już tym mniej eliminowaniem. Nie powiedziałem nigdzie, że chodzi mi o demokrację w sztuce, czyli, że „w materii sztuki każdy ma coś do powiedzenia”, ale o demokratyczny dostęp do sztuki, czyli poszerzanie sfery publicznej i wciąganie sztuki w jej obręb. Dlatego założenie „nieocenzurowanej wymiany poglądów”, jak napisałem, jest warunkiem wstępnym debaty publicznej, a nie jej zwieńczeniem, jak stronniczo czyta to Czaja. Moja krytyka książki Czai jest najlepszym dowodem na to, że nie uważam, iż „wszystko waży tyle samo”. Otóż nie wszystko waży tyle samo. Są książki lepsze i gorsze, obrazy lepsze i gorsze, filmy lepsze i gorsze, i zadaniem piszącego o sztuce jest wskazanie palcem: „to jest lepsze od tamtego” i powiedzenie, jakie argumenty stoją za tym sądem. Bo pisanie o sztuce to wydawanie sądu, przed którym powstrzymuje się ten, kto zajmuje się wyłącznie arcydziełami. W wiecznym świecie genialnych artefaktów mocny sąd jest gwałtem na kruchym pięknie. Jestem głęboko przekonany, że to właśnie ta bezinteresowna postawa doprowadziła liberalną cywilizację do spektakularnej klęski, którą natychmiast zwęszył i bezlitośnie wykorzystał globalny populizm. Polaryzacja polityczna zaczęła się od niechlubnej destrukcji sfery publicznej, która była możliwa tylko dlatego, że faszystów było stać na walnięcie pięścią w stół, podczas gdy liberałowie zajęci byli kwestią smaku. Gdyby było odwrotnie, historia nowoczesności potoczyłaby się inaczej. Lepiej.
Czaja uważa, że z moimi poglądami muszę uznać, że najlepszą formą demokracji jest Internet. Znów kulą w płot! Globalna sieć nie stworzyła patologii komunikacyjnej, jedynie ją ujawniła na masową skalę, tak, jak Trump nie stworzył politycznej niepoprawności, tylko ją na masową skalę wykorzystał, podobnie jak Hitler jedynie wyeksploatował umiejętnie bulgoczący od lat pod powierzchnią drobnomieszczańskiego światopoglądu antysemityzm. Jako przeciwnik cenzury jakiegokolwiek rodzaju, nie bronię panu Maciejowi Płazie nazwać mnie na Facebooku „Korwinem-Mikke polskiej humanistyki” i pisać, że charakteryzuje mnie „duża inteligencja połączona z próżnością, prostactwo argumentacji oraz immanentna dziecinada światopoglądu”. Martwię się tylko tym, że ponad ten poziom pan Płaza, zdolny pisarz i tłumacz, nie będzie w stanie wyjść, by pokazać, na czym „immanentna dziecinada” mojego światopoglądu miałaby polegać. Mógłby, gdyby wiedział, co oznacza słowo „immanentny”. Jak się dowie, to chętnie z nim podyskutuję o transcendencji.

Do tego się wszystko ostatecznie sprowadza w naszym humanistycznym gadaniu: nie do tego, czym jest sztuka, ale do języka, którym o sztuce rozprawiamy, bo jest to coś bardzo wymiernego, w przeciwieństwie do „prawdy” oraz przeżyć, którymi można manipulować, jak się chce. Dyskurs publiczny to nie gra w trzy karty na targu. Istnieją języki lepsze i gorsze, ale nie dlatego, że same w sobie są lepsze lub gorsze, tylko dlatego, że uznajemy je za lepsze, bo lepiej pasują do naszego światopoglądu. Język Czai nie pasuje do mojego światopoglądu, mój z kolei do jego. Nic w tym zaskakującego. Czaja ma rację, że płyniemy w łódkach, których trajektorie się nie przetną, ale błądzi, gdy nie zauważa, że mimo wszystko istnieją kryteria, którymi możemy się posłużyć do oceny ich społecznej przydatności, która—tak uważam—ma ogromne znaczenie, zwłaszcza wtedy, gdy rozmawiamy o sztuce. To, co Czaja sobie w kąciku duszy przeżywa, nie ma dla mnie żadnego znaczenia, niech sobie drży do woli, słuchając Bacha, Bóg z nim. Nikogo to ani ziębi, ani grzeje. Znaczenie ma to, co i jak komunikuje on innym, co stara się w swoim dyskursie przemycić, a tu już wpadamy w sferę publicznej debaty, która ma długą historię, wartą poznania. Czy przeżywanie sztuki, takie jak u Czai et consortes, ma jakieś konsekwencje społeczne, czy jest tylko jednostkowym doświadczeniem, od którego wara nieuczonym prostakom? Nie chodzi tu, jak twierdzi Czaja, o symboliczną przemoc, o wymądrzanie się, czy arogancję, którą miałbym mu zarzucać, lecz o to, jak znaleźć przejście od sztuki wysokiej do innych rejonów życia, z których najczęściej się sztukę wygania, nie ograniczając jej wpływów do wąskiego kręgu już przekonanych o jej randze. Wiemy dobrze, jak to wygląda: malarze malują dla malarzy, pisarze piszą dla pisarzy, profesorowie przemawiają do profesorów. Ale jak sprawić, żeby pisarze mówili do tych, którzy nie widzą, czym jest literatura? Żeby profesorowie umieli wyłożyć Gombrowicza pielęgniarkom albo policjantom? Jak to zrobić? Tego zasłuchany do niepamięci w Absolut Czaja nie mówi, bo go to nie interesuje, mnie zaś interesuje najbardziej, bo tym się zajmuję na co dzień. Rozmawiam o literaturze ze studentami z biednych rodzin imigranckich albo bardziej życiowych kierunków, którzy chętnie zrozumieliby, dlaczego mieliby się przejmować sztuką, skoro ona im nic nie daje w życiu, tyle że nikt im tego nie wyjaśnia. Moje zadanie nie polega na przekonywaniu młodych Latynosek, że Miłosz był wielkim pisarzem albo że dotknie ich sacrum, gdy przeczytają wiersz Rilkego, ale na pokazaniu, że coś takiego jak sztuka istnieje i jest warte choćby chwilowej uwagi, bo może im się to przydać w życiu, cokolwiek w przyszłości z nim zrobią. Nie mógłbym tego robić skutecznie, gdybym uważał, jak nierozumnie powiada Czaja, że sztuka jest nikomu niepotrzebna. Nie mógłbym też tego robić, gdybym uważał, że sztuka jest jedynie wielkim rezerwuarem przeżyć metafizycznych. Jestem natomiast pewny, że takie pisanie o sztuce, jakie uprawia Czaja, jest intelektualnie niezborne, retorycznie wtórne i społecznie nieodpowiedzialne. Co więcej, uważam, że umiem tego dowieść, nie posługując się wyzwiskami.
MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI
Wspomniane teksty można przeczytać:
Michał Paweł Markowski „Po co nam sztuka: Drugie dno podszewki” – „Dwutygodnik” 2026 nr 438
Dariusz Czaja „Skarga niekochanego” – „Księga Przyjaciół” 21 VI 2026