W tym roku mija sto lat od wydania podręcznika Kraj lat dziecinnych. Pierwszy rok nauki języka polskiego w szkołach średnich ogólnokształcących (Lwów–Warszawa–Kraków 1926) z ilustracjami Edmunda Bartłomiejczyka (okładka i cztery całostronicowe tablice w kolorze), Zygmunta Kamińskiego i Władysława Skoczylasa. Tytuł i motto książki pochodziły oczywiście od wieszcza Adama. Przeznaczona była dla dzieci w wieku od 10 do 14 lat, tj. dla trzech najniższych klas ośmioletniego gimnazjum. Poza tekstami gwiazd polskiej literatury – jak Maria Dąbrowska, Piotr Choynowski, Ferdynand Goetel, Kazimiera Iłłakowiczówna, Juliusz Kaden-Bandrowski, Jan Kasprowicz, Zofia Kossak-Szczucka, Kornel Makuszyński, Zofia Nałkowska, Janina Porazińska, Wacław Sieroszewski, Kazimierz Wierzyński, Emil Zegadłowicz – zawierała przysłowia ludowe na każdy miesiąc roku szkolnego. Czytanki podzielono również na dziesięć cykli odpowiadających miesiącom nauki. Dodatkiem na końcu tomu był Skarbczyk poezji, czyli utwory klasyków: Ignacego bp. Krasickiego, Franciszka Karpińskiego, Aleksandra Fredry, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Wincentego Pola, Władysława Syrokomli, Marii Konopnickiej, Stanisława Wyspiańskiego i Lucjana Rydla. Chociaż zbiór miał pozornie charakter wypisów z lektur, to składał się z tekstów oryginalnych, napisanych specjalnie do tego podręcznika, na zamówienie jego redaktorów i Wydawnictwa Ossolineum; dzięki temu nowatorskiemu rozwiązaniu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyki i grona pedagogicznego. Książka doczekała się kilku wydań – w 1927, 1930 i 1931 roku. Stała się zaczątkiem całej serii efektownych pomocy szkolnych, które w II Rzeczpospolitej zyskały status kultowych.
Kazimierz Króliński przewidywał, że „książka ta będzie stanowiła przełom w dziedzinie prac literackich dla dziecka, że przede wszystkim podręczniki szkolne oprą się na tych nowych zasadach” [1]. Mieczysław Opałek, lwowski historyk i poeta, współzałożyciel Towarzystwa Miłośników Książki, zachwycił się Krajem lat dziecinnych od pierwszego wejrzenia: „Choć szata zewnętrzna, żywy i pięknie stylizowany ornament okładki dają książce pozory wydawnictwa gwiazdkowego, to jednak jest to nic innego, jak tylko podręcznik szkolny, jeno zupełnie odmienny od dotychczasowych. […] wydawnictwo Zakładu Nar. im. Ossolińskich, nie szczędząc kosztów, wyposażyło książkę szczodrze, tak że jest ona nie tylko podręcznikiem szkolnym, ale i jak gdyby miłym podarkiem złożonym młodzieży. […] Radość, pogoda i umiłowanie życia, jakie tchną z kartek książki, to duże walory pedagogiczne. Żaden z autorów nie moralizuje, nie nudzi tyradami, ale wprost chwyta za serce i budzi w nim pożądany rezonans. Szczęśliwe prawdziwie pokolenie, któremu uczyć się wypadnie z takiej książki, […] pociąga krasą, pachnie świeżością, jak łąki w porankowej ukąpane rosie” [2].

Kraj lat dziecinnych – okazuje się – ma istotny związek z portretem niezidentyfikowanego mężczyzny, który kilka dni temu zauważyłem w ofercie warszawskiego domu aukcyjnego. Niepozorny obraz pędzla Stanisława Daczyńskiego (1856–1941), datowany około 1913 roku, opisany był lakonicznie: „olej, tektura; 67,5 x 50 cm; sygn. wraz z dedykacją p. g.: Kochanemu D… J… B… / od wujka 25/8 1913”. Zdziwiłem się, że tak niewiele udało się ustalić na temat dzieła – bądź co bądź – ucznia Jana Matejki, wziętego pejzażysty, twórcy polichromii i ceramiki, nagradzanego medalami na wystawach sztuki w Krakowie, a nawet na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku. Zagadka zdała mi się warta poszukiwawczego wysiłku.
Czy rzeczywiście ustalenie personaliów modela jest aż tak trudne – wszak mamy kilka tropów w inskrypcji w prawym górnym rogu. Jeśli był wujem portretowanego, mężczyzna mógł być synem siostry malarza. Na obrazie widoczne są nie tylko litery „D… J… B…” – z dużą dozą prawdopodobieństwa da się tam odczytać słowa „Drowi Julkowi Bal…”. Po kilku godzinach mozolnej kwerendy w bibliotekach cyfrowych i portalach genealogicznych znalazłem treść kluczowego dla śledztwa dokumentu – podania lustratora rady powiatowej, Jana Piekarza, zachowane na odwrotnej stronie jego listu wysłanego z Bochni 18 kwietnia 1915 roku, do jego powinowatego Stanisława Daczyńskiego, w sprawie działu spadku po Janie Sylwestrze Daczyńskim, emerytowanym c.k. starszym zarządcy podatkowym. Zarządca masy spadkowej poprosił „c.k. krajową Dyrekcję skarbu o wyasygnowanie przypadającego kwartału pośmiertnego na moje ręce, tak jak sobie tego życzą dzieci Zmarłego, a mianowicie Stanisław Daczyński i Janina Balicka z Kołomyi, obecnie w Wiedniu zamieszkali” [3].
Dzięki skrupulatności Piekarza wiemy, że w Kołomyi nad Prutem, na Pokuciu, mieszkała Janina (właśc. Joanna Teofila) z Daczyńskich Balicka (1866–1954). Należała do miejscowej elity, ponieważ jej mąż Karol kierował kasą oszczędności w Kołomyi i okręgiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, a w 1923 roku został mianowany komisarzem rządu w mieście [4]. Ich synami, a zatem siostrzeńcami Stanisława Daczyńskiego, byli Juliusz, Adam i Roman Baliccy.
Najstarszy z nich, Juliusz, urodził się 14 lutego 1890 roku w Kołomyi, był profesorem gimnazjalnym, metodykiem nauczania, urzędnikiem kuratorium lwowskiego. W 1913 – roku namalowania i podarowania obrazu – doktoryzował się na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego na podstawie rozprawy Fabian Sebastian Klonowic jako satyryk i sędzia swego czasu w świetle jego epoki [5]. Portret Juliusza Balickiego był więc prezentem od wuja-malarza z okazji obrony doktoratu.

Wieloletni szef Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Henryk Barycz (1901–1994), napisał o Juliuszu Balickim: „Czołowy pedagog-polonista dwudziestolecia międzywojennego, publicysta, subtelny krytyk teatralny i muzyczny, na którego umysłowość, poglądy estetyczno-psychologiczne, kulturę filozoficzną i towarzyską w niemałym stopniu wpłynęła atmosfera ówczesnego Wiednia” [6]. Mimo to trudno znaleźć jego biogram w ogólnodostępnych źródłach, nie ma go do tej pory w Wikipedii.
Podczas I wojny światowej, wojen polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej Balicki mieszkał we Lwowie, gdzie wygłaszał odczyty o literaturze i muzyce ojczystej, brał udział w pracach jury konkursu na utwory chóralne skomponowane przez polską młodzież szkolną lub akademicką, a w klubie referentów muzycznych opracowywał postulaty sanacji opery lwowskiej. Od lipca 1919 roku kierował na Łyczakowie kursami naukowymi Polskiego Białego Krzyża, których celem było „uratowanie uczniom-żołnierzom i dzieciom uchodźców roku szkolnego” [7]. Uczniem Balickiego był m.in. profesor Marian Tyrowicz (1901–1989), historyk XIX wieku, autor 284 biogramów w Polskim Słowniku Biograficznym [8].
W latach 1922–1924 wraz z Lesławem Jaworskim, autorem bestsellerowego Przewodnika operowego (Balicki napisał przedmowę do nowego i uzup. wydania w 1921 roku), prowadził rubrykę Z sali koncertowej / Z opery / Z teatru na łamach „Gazety Porannej”, ilustrowanego dziennika wschodnich kresów. Chwalił maestrię seniora lwowskich skrzypków, Maurycego Wolfstala, wirtuozerię jego syna Bronisława (który niebawem został pierwszym dyrygentem wiedeńskiej Volksoper) [9], ale i dojrzewający dopiero talent 23-letniego pianisty Mieczysława Münza [10], pierwszego męża Neli Młynarskiej-Rubinstein.
Po zamachu majowym Balicki stał się jednym z najbardziej liczących się polonistów i redaktorów lwowskich. W 1926 roku przygotował wznowienie Dziejów literatury polskiej Konstantego Wojciechowskiego (I wyd. 1906), ze wstępem Ignacego Chrzanowskiego, a cztery lata później 1930 roku – z dodanym rozdziałem Zenona Alexandrowicza o Norwidzie. Wspólnie z Zygmuntem Szweykowskim i Juliuszem Zaleskim wydał z rękopisów Wojciechowskiego Przewrót w umysłowości i literaturze polskiej po roku 1863. Miłość w poezji polskiej. Ballady i romanse. Współzawodnik Sienkiewicza (1928). Z Maykowskim zredagował Zarys dziejów literatury polskiej Kleinera (1932 i 1933).
Do najbliższych przyjaciół Balickiego należał kierownik literacki Ossolineum i dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kazimierza, profesor Stanisław Łempicki, który po latach z rozrzewnieniem wróci do czasów ich wspólnej młodości. We wspomnieniach, wydanych tuż po II wojnie światowej, utrwalił – niemal sienkiewiczowską frazą – okoliczności powstania pierwszych podręczników polonistycznych w niepodległej Polsce: „Na pierwszym miejscu stawały podręczniki języka polskiego, tj. czytanki polskie. Czyż mogłem – wobec takich postulatów z góry – wymyśleć coś lepszego od złączenia Juliusza Balickiego z Stanisławem Maykowskim w jeden bezkonkurencyjny diumwirat i skłonienia ich do przygotowania takich polskich czytanek, jakich jeszcze nie było? Stało się to jednego przedpołudnia przy pewnym stoliku w Romie, a jeśli ten ich związek uchodzi do dzisiaj za nierozerwalny, to ja im dawałem ślub; nie kto inny też, tylko znowu ja trzymałem do chrztu ich dwa (czy trzy) pierwsze podręczniki dla gimnazjów.
Z Julkiem Balickim żyłem wówczas w najserdeczniejszej przyjaźni. Jeden bez drugiego nie potrafiliśmy zjeść kanapki czy ciastka ani wypić filiżanki czarnej kawy; jak w bajce mickiewiczowskiej, znaleziony orzeszek dzieliliśmy na dwoje. Do tej dwójki naszej, jako trzeci, przyłączył się wnet Kazimierz Kolbuszewski. Juliusza Balickiego ceniłem bardzo wysoko za jego rzadko spotykaną inteligencję, wszechstronne zdolności i wykształcenie, osobliwą, trochę tajemniczą filozofię życia, za dobre, koleżeńskie serce (nie bez mocnej wkładki egoizmu), za dowcip i humor pomieszany z goryczą i jakimś romantycznym Weltschmerzem. Znałem wszystkie ujemne strony tego najbardziej chimerycznego człowieka na świecie, klasycznego neurastenika najlepszej sorty – i przywykłem do nich; tak samo i on przyzwyczaił się do wszystkich moich dziwactw i wad, i nieraz bawiliśmy się znakomicie, ułatwiając sobie wzajemnie takie samopoznanie. […] Dla mnie wspomnienia lat, spędzonych w przyjaźni z nim na niezliczonych gawędach kawiarnianych czy kolacyjkach koleżeńskich w Hotelu Krakowskim, w domu czy na przechadzkach – zostały dotąd najmilszymi kartami lat minionych, wieku męskiego, „wieku klęski”. On sam, Juliusz Balicki, wydaje mi się – może dziś więcej niż dawniej – jednym z najciekawszych, ale może i najsmutniejszych ludzi, jakich spotkałem. […]
Sprząc takie dwa Pegazy pedagogiczne w jeden autorski rydwan dla celów podręcznikowych – wydawało mi się osiągnięciem nie lada jakim. Wiedziałem, że Pegazy będą wierzgać, boczyć się na siebie, może i kąsać się nawzajem; lecz cóż znaczyć mogą przemijające nieporozumienia wobec silnego rytmu stałej współpracy takich talentów. Narodziny pierwszych dwóch tomów czytanek dla gimnazjów nie były łatwe. Przecież Wydawnictwo Ossolineum było pierwszą firmą wydawniczą na ziemiach naszych, która postanowiła dać w czytankach polskich ogromną większość ustępów nowych, wciągnąć do współpracy wszystkie najznakomitsze żyjące pióra polskie, nie szczędząc na to kosztów, wyposażyć książkę w najświetniej dobrany dział ilustracyjny i szatę typograficzną. Nie zliczyłbym codziennych niemal konferencji [Alfreda] Tęczarowskiego i moich z Balickim i Maykowskim, na których rozpatrywało się każdy prawie ustęp, każdy wątpliwy szczegół podręcznika. Twórcy książki rzucali garściami piękne, nowe pomysły, aż się skrzyło; układali plany książki, chcieli z niej zrobić naprawdę jakiś arcytwór, który by wszystko poprzednie zaćmił, a wszystkich zadziwił. Nie zarozumiałość kierowała nimi, ale entuzjazm.
[…] Było to naprawdę wielkie święto w Wydawnictwie, gdy otrzymaliśmy z drukarni pierwszy egzemplarz pierwszego tomu: Kraj lat dziecinnych. Cieszyliśmy się nim, jak jakimś z miłością wypielęgnowanym kwiatem. Zbici w gromadkę, oglądaliśmy go z radością. Wszakże to pierwszy taki podręcznik w polskiej szkole, dla polskiego dziecka.
[…] wielka impreza podręcznikowa „Balicki-Maykowski” (za naszych czasów nazywaliśmy ją skrótem „Maj-Baj” lub „Bal-May”) zatoczyła rozległe kręgi. Rozszerzyła się z gimnazjum na szkoły powszechne, nawet na kupieckie; wciągnęła do współpracy szereg nowych ludzi ([Juliusz] Kleiner, [Aleksander] Brückner, [Zenon] Alexandrowicz), sięgając do liceów i do literatury. Doczekały się nawet te piękne, kolorowe a coraz grubsze książki osobnych komentatorów metodycznych jak Talmud. I dodatki różne przyszły, i teksty. Cała biblioteka. Podręczniki Balickiego i Maykowskiego – nikt temu nie zaprzeczy – stworzyły pewien przełom w literaturze czytanek polskich, a może i podręcznikowej w ogóle. Wprowadziły prąd świeżego powietrza w krainę starej mody. Metodę wycinanek i wciąż odgrzewanych „klasycznych” ustępów zastąpiły metodą nowych, świeżych, specjalnie dla książki pisanych utworów. […] ich dydaktyczne „podejścia” i „chwyty” oraz ich pełna nowości i uroku forma zewnętrzna stanowiły na tle dotychczasowości zjawisko niepowszednie. Próba nasza z cyklem Balickiego i Maykowskiego była czymś zupełnie specjalnym. Wydawnictwo Ossolineum zdawało sobie jednak sprawę, że akcję wydawania książek dla szkół średnich i powszechnych należy podjąć na większą miarę, aby nie zostać w tyle za ogólną ruchawką. […]
Głośno bywało wtedy i wesoło; zwłaszcza gdy odżywały niekończące się nigdy, a tylko przez półserio traktowane kontrowersje Julka Balickiego ze Stachem Maykowskim, do których ja wtrącałem niekiedy moje podjudzające trzy grosze. Żywo tkwią mi w pamięci dyskusje nad pewnymi ustępami (któreśmy potem utrącali albo nie), dyskusje, w których dowcip ścigał dowcip, a ironiczny żart walczył o lepsze z osobistą aluzją. Ale podręczniki wychodziły z takich przyjacielskich starć coraz czystsze, coraz piękniejsze” [11].

Tandem „Bal-May”, zachęcony sukcesem Kraju lat dziecinnych, zabrał się do wytężonej pracy nad podręcznikami dla starszych klas szkół średnich, a następnie dla dzieci uczących się w gimnazjach i szkołach powszechnych; wydał w lwowskim Ossolineum następujące antologie:
– Będziem Polakami. Drugi rok nauki języka polskiego w szkołach średnich ogólnokształcących, 1928 (kolejne wyd. 1931, 1932), okładka i rys. Edmund Bartłomiejczyk, teksty: Adam Mickiewicz, Julian Wołoszynowski, Stanisław Wasylewski, Zofia Kossak-Szczucka, Henryk Sienkiewicz, Juliusz Kaden-Bandrowski, Maria H. Szpyrkówna, Leonard Okołów-Podhorski, Aleksander Janowski;
– Miej serce. Trzeci rok…, 1930, rys. Edmund Bartłomiejczyk;
– Mówią wieki. Czwarty rok…, 1931 (1936);
– Wypisy z literatury polskiej. T. 1, Od początków piśmiennictwa do końca rządów Stanisława Augusta, 1932;
– Pieśń o ziemi naszej. Piąty rok…, 1933, ilustracje Edmund Bartłomiejczyk, Stanisław Matusiak;
– Mówią wieki. Część I. Pierwszy rok nauki języka polskiego w gimnazjach, 1933; Część II. Drugi rok…, 1934; Część III. Trzeci rok…, 1935; Część IV. Czwarty rok…, 1936; Juliusz Kijas i Stefan Przyboś wydali do nich Przewodniki metodyczne (1938), skrytykowane m.in. przez Janinę Kulczycką-Saloni [12]; do Mówią wieki Bolesław Leśmian napisał specjalnie Dziwożonę.
– Literatura polska dla klasy I liceów ogólnokształcących. Część I: Wypisy z literatury polskiej. T. 1: Od początków piśmiennictwa do powstania listopadowego i z literatur obcych, 1938; „Myśl Narodowa” ganiła wypisy za brak Żeńców Szymonowica, Listów literackich Niemcewicza, Cyganów Kniaźnina czy niektórych Sonetów krymskich Mickiewicza [13];
– Mówią wieki. Podręcznik do nauki języka polskiego dla II klasy gimnazjalnej, 1939 (1958); chwalono jasno i przystępnie przedstawione zasady nowej pisowni, szczegółowo i przejrzyście ujęte zasady interpunkcji, liczne przykłady;
– Okno na świat. Szósty rok…, 1934 (1937) – rys. Edmund Bartłomiejczyk, Stanisław Matusiak; prasa katolicka krytykowała: „Szerzy ten podręcznik obojętność religijną i lekceważenie praw kościelnych przez opowiadanie, jak dzieci polskie, a więc katolickie, chodziły na nabożeństwo z japońskimi do świątyni, oczywiście pogańskiej, gdyż to miało miejsce w Japonii, podczas gdy kościół surowo zakazuje uczestnictwa w nabożeństwach innowierczych (176). O Bogu w tym podręczniku jest zaledwie kilka wzmianek, mimochodem rzuconych. Tematami zaś wierszy religijnych – same legendy” [14].
– Niesiemy plon. Siódmy rok…, 1935; katolickich recenzentów raził rzekomy filosemityzm: „Tutaj w złym świetle są przedstawione siostry miłosierdzia, szarytki, jak widać z ilustracji, z wyjątkiem jednej; natomiast z niezwykłą sympatią odnosi się autor omawianego opowiadania do żydów (173–180; 256–261). Słowa niektórych piosenek są nieodpowiednie dla dzieci (231–6, 432). Niekiedy w sposób zachęcający bywa przedstawiona zemsta (115, 236–242). Wreszcie za objaw nieznajomości liturgii rzymskokatolickiej należy uważać ustęp, gdzie przy opisie procesji mówi się, że «kapela przy podniesieniu grała». Przecież podniesienie nie zachodzi w procesji, lecz we Mszy św. (54)” [15].
Ponieważ były to najpopularniejsze zbiory czytanek w szkołach dwudziestolecia międzywojennego, stały się źródłem przedruków i wznowień po 1939 roku, we wszystkich miejscach, do których docierali Polacy. Mówią wiekipublikowała Armia Polska na Wschodzie w Jerozolimie (1943, 1946), Okno na świat – również delegatura Rządu RP na uchodźstwie w Meksyku (1945). Na tych podręcznikach wychowały się trzy pokolenia literackie: Kolumbów, pryszczatych i „Współczesności”, a zatem i Tadeusz Gajcy, i Wisława Szymborska, i Zbigniew Herbert.
W 1931 roku Balicki został naczelnikiem wydziału programowo-organizacyjnego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego [16], w czasie gdy wiceminister Kazimierz Pieracki przygotowywał tzw. jędrzejewiczowską reformę szkolnictwa. Balickiego okrzyknięto bojownikiem nowych wartości w polonistyce szkolnej. Dostrzegał problemy systemu oświaty, anachronizmy i uprzedzenia grona nauczycielskiego, dlatego postulował dostosowanie programu i form jego wdrażania do oczekiwań i usposobienia młodzieży: „W referacie pt. Jak uczyć czytać, mówić i pisać po polsku na stopniu średnim? […] stwierdził wymownie, że «Pan Tadeusz nie budzi zainteresowania wśród dzisiejszej młodzieży, staje się nudną, nieznośną, z lekcji na lekcję odkładaną, lekturą szkolną». Z poematu «ulatuje najczęściej woń poetycka, blaknie twórczość kolorytu, załamuje się konstrukcja i pozostaje strzęp nieinteresujący, od którego odwraca się umysł z niechęcią». Dzieło bowiem «zabija w sercach i mózgach naszych uczniów metoda, rozkawałkowująca je na cząstki i cząsteczki metodyczne, a następnie rozciągająca je na prokrustowym łożu drobiazgowej, nudnej analizy filologicznej». […] Także i «synteza końcowa zawodzi najczęściej. Uczeń, który pozna szczegóły i zgłębi szczegóły szczegółów, plącze się na końcu w zagadnieniach, które bez trudu uświadamia sobie zwykły śmiertelnik, czytający utwór bez pomocy analizującego nauczyciela»” [17].
W prelekcjach Humanistyka i wychowanie obywatelskie Balicki podkreślał wagę doboru lektur. Miały roztaczać przed uczniami obraz mocarstwowej Polski, wzbudzać dumę z przynależności do państwa, zapał do pracy i gotowość poświęcenia się dla niego. Poznanie dziejów literatury powinno jego zdaniem dać wyobrażenie o etapach ewolucji duszy narodu. W nauczaniu geografii Polski dopatrywał się budzenia miłości bliźniego i zmysłu sprawiedliwości. Postulował organizowanie licznych wycieczek krajoznawczych, by w latach podlegania obowiązkowi szkolnemu młodzież mogła zwiedzić całą Ojczyznę [18].
Środowiska katolickie postrzegały nowy program nauczania w jędrzejewiczowskiej szkole jako narzędzie socjalistycznej, antyreligijnej manipulacji młodzieżą w rękach piłsudczykowskich masonów. Dobór argumentów i epitetów w filipikach publicystów „Przeglądu Katolickiego” bywał brawurowy i w swym zacietrzewieniu aż porywający – dlatego zacytuję jedną recenzję w całości: „Najlepszym sprawdzianem laicyzacji wychowania u nas są podręczniki szkolne. Zwłaszcza czytanki polskie, to istna kwintesencja zręcznego maskowania amoralności i ateizmu. Celują pod tym względem dwaj autorzy Juliusz Balicki i Stanisław Maykowski, których książki cieszą się specjalną protekcją nauczycielstwa z Z. N. P. Dobrali oni sobie do współpracy szereg piór, którym zapewne trudno by zarzucić niski poziom literacki, ale które nigdy nie wzniosły się do minimalnego nawet poziomu etycznego i religijnego.
Taka J. Wielopolska, autorka pamfletystycznych i «kontryfałowych lichtarzy», Julian Parandowski, wielbiciel homoseksualisty O. Wilde’a, Boy-Żeleński, piewca Dziewic konsystorskich, zapędy pedagogiczne ujawniający chyba w Dziecku pijanym we mgle i modlitwie Kazia z Zielonego balonika, dalej międzywyznaniowiec chrześcijański Hulka-Laskowski, plus inni, mniej może osławieni, ale niemniej zasłużeni w propagowaniu bezładu moralnego i religijnego, w poduszczaniu na kler i Kościół — oto godny zespół. Z takiego kompletu redakcyjnego zrodzony podręcznik czytankowy przypomina swymi tematami hordę zbójecką, zrodzoną z jaszczurczych zębów, które posinł Jazon. Od razu ujawniło się to w pierwszym tomie czytanki Mówią wieki w rozdziale dotyczącym Egiptu. Poza mało mówiącym, a raczej materialistycznie wypowiadającym się hymnem do Nilu, mamy opowiadanie o włamaniu się do skarbca faraona. Cel pozornie szlachetny — rozdanie bogactw ubogim, lecz środek nikczemny. I po co było fabrykować to głupie opowiadanie, skoro istnieje znakomita przypowieść Prusa z Faraona, opisująca sprawiedliwość boga. Ten kryminalny kawałek, tak tymczasem animuje niektórych pedagogów, że każą sporządzać plan sytuacyjny włamania. Nawiasem mówiąc, te piany i wykresy, to istne przekleństwo głupoty, ciążące na metodyce nauczania. Istnym curiosum był w swoim czasie wykres miłości Wołodyjowskiego do Basi.
Jakiś gorliwy uczeń postawił w pewnym miejscu krzyżyk i dopisał : «tu ją pierwszy raz pocałował». Nie lepiej wyszła Asyria, której naczelną przedstawicielką ma być w opisie zaciekłej naszej feministki Wielopolskiej — Semiramida. Duch sensacji, ciążący nad doborem treści, kazał autorom kulturę Grecji zaprezentować sceną znęcania się Achillesa nad trupem Hektora i ludożerstwa Polifema. Rzym ma reprezentować Uczta Trymalchiona. «Cui bono?». Chyba dla podgrzania klasowej nienawiści do pasożytniczych klas. Jak widzimy, z kultury antycznej bierze się wszystko, co może ją obrzydzić, ośmieszyć lub przedstawić w świetle niezdrowej sensacji, pomija się natomiast starannie wszystkie jej walory etyczno-religijne.
Podobne podejście stanowi też cechę traktowania chrześcijaństwa. Zamiast zobrazowania rozwoju pierwotnego Kościoła, wysiłków apostolskich wśród barbarzyńców, autorzy cały ciężar kwestii przenieśli na grunt ckliwo-sentymentalny. Dowodem tego jest legenda o dzbanku, rozbitym przez dzieci, który Chrystus cudownie zlepił. Niewiele zasadniczego światła wnoszą tu czytanki pt. Kamieniołomy czy Perły św. Urszuli, a żywot Pawła Pustelnika to właściwie karykatura ascezy i bogobojności, to portret jakiegoś dziwaka — odludka.
Polska bajeczna za to zobrazowana jest aż w 13 opowiadaniach, gdy średniowieczu poświęcono cokolwiek więcej miejsca. Oczywiście starannie zostały przemilczane zasługi Kościoła na polu kultury. Nie ma nic o pierwszym szkolnictwie polskim parafialnym, o Akademii Krakowskiej, o fundacji Królowej Jadwigi, a apostolstwie Litwy. Za to znów sypią się legendy i to nie polskie, jak np. o św. Aleksym, związanym z rzymskim cesarstwem. Wiek XVII, epoka odrodzenia katolicyzmu, scharakteryzowana jest kazaniem Skargi o niezgodzie. W rezultacie polski patriotyzm i polska rola awangardy została doprowadzona do rozmiarów nieprzytomnej donkiszoterii.
Po takich przygrywkach rewolucyjną farbą puszcza tom III już bez ogródek. A więc pochwała Diderota, cynika i pornografa, jako „niestrudzonego herolda wszystkich trosk i uniesień ludzkości, dalej glossa na cześć Woltera, jako «monarchy myśli», pióra Boya. Dla równowagi Policzek ks. Bodouin i Legenda trybunalska. Słowem znów ton płaksiwy. Za to nic o konfederacji barskiej i sodalisach, ani cytatu z Naruszewicza, czy Woronicza. Znaleźli się oni na indeksie obok Krasińskiego czy Cieszkowskiego.
Nie zapomniano natomiast wykłuć oczu zepsuciem obyczajów, o czym mówią utwory Bankiety i stoły pańskie, Z dziejów peruki, Do Jasia o fryzowaniu, Krynolina. Ani słówka o kontuszu i sarmackim wąsie. A zresztą po co w ogóle tyle tego fryzjerstwa i krawiectwa? Chyba, żeby tym głośniej zabrzmiały demagogiczne nuty Wesela Figara i rewolucyjny refren Marsylianki. Bo jej tekst «obowiązkowo» musiał się znaleźć w czytance. Nie ma Woronicza czy Krasickiego wiersza do Ojczyzny, nie ma parady kontusza i poloneza, ale jest marsz sankiulotów, bezportkowców. Rozumiemy teraz, że cały ten podręcznik pisany jest na «benefis» «idącej» rewolucji. Kulawo, bo kulawo, ale naprzód” [19].
Juliusz Balicki zmarł 16 kwietnia 1963 roku. Profesor Jerzy Starnawski zaliczył go do pokolenia wielkich humanistów polskich [20]. Pochowany został wraz z matką na cmentarzu komunalnym w Tarnowie. W tym samym grobowcu sześć lat po jego śmierci spoczął także profesor Alfred Hodbod (1886–1969), filolog, dyrektor VIII gimnazjum we Lwowie, zapalony bibliofil i filatelista. Prywatne archiwum Balickiego, zawierające m.in. korespondencję z wybitnymi polskimi pisarzami, trafiło do zbiorów Ossolineum i tam czeka na swojego odkrywcę.
PRZEMYSŁAW PAWLAK
[1] K. Króliński, Polska literatura dla dzieci i młodzieży. Zarys historyczny z wypisami, Lwów 1927, s. 261.
[2] M. Opałek, Radosna książka, „Kurier Lwowski” 1926, nr 248 (25 X), s. 5.
[3] Cyt. za: K. Duda, Od Kołomyi do Krakowa. Przyczynek do biografii Stanisława Daczyńskiego (1856–1941), „Rocznik Filozoficzny Ignatianum” 2021, nr 2, s. 346.
[4] Kronika, „Prawda Pokucka” 1923, nr 37 (9 IX), s. 3; Pięćdziesiąt lat Polskiego T-wa Gimnastycznego „Sokół” w Kołomyi 1885–1935, Kołomyja 1936, s. 15.
[5] J. Balicki, Fabian Sebastian Klonowicz als Satiriker und Richter seiner Zeit im Lichte seiner Epoche, 138 k., rps, 1913, PN 3744, Vondrák-Rešetar D-14690. A. Wiśniewska, Dysertacje poświęcone tematyce polskiej, powstałe na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego w latach 1872–1937, „Biblioteka” 2010, nr 14, s. 74.
[6] H. Barycz, Z dziejów polskich wędrówek naukowych za granicę, Ossolineum 1969, s. 183.
[7] Polski Biały Krzyż, „Gazeta Lwowska” 1919, nr 221 (25 IX), s. 3.
[8] Zob. M. Tyrowicz, Juliusz Balicki (1890–1963). Wspomnienie w rocznicę zgonu, „Ruch Literacki” 1964, z. 5/6, s. 297–299. Por. W. Gałecki, Juliusz Balicki (1890–1963), „Przegląd Historyczno-Oświatowy” 1966, nr 1, s. 78–87.
[9] „Gazeta Poranna” 1924, nr 6960 (29 I), s. 2.
[10] „Gazeta Poranna” 1923, nr 6844 (29 IX), s. 4.
[11] S. Łempicki, Wspomnienia ossolińskie, Wrocław 1948, s. 136–140, 151.
[12] „Polonista” 1939, z. 1 (I–II), s. 29–33.
[13] St. J., Nowy podręcznik literatury, „Myśl Narodowa” 1938, nr 7 (13 II), s. 107.
[14] „Miesięcznik Katechetyczny i Wychowawczy”. Organ Związku Diecezjalnych Kół Księży Prefektów 1937, z. 9; przedruk w: „Przyjaciel Szkoły”. Dwutygodnik nauczycielstwa polskiego 1937, nr 18 (15 XI), s. 690.
[15] Tamże.
[16] Zmiany w Ministerstwie W. R. i O. P., „Kurier Polski” 1931, nr 10 (10 I), s. 3.
[17] R. Skulski, „Pan Tadeusz” jako książka szkolna, Lwów 1935, s. 50–51.
[18] Kurs pedagogiczny dla nauczycieli szkół średnich ogólnokształcących, „Dziennik Urzędowy Wydziału Oświecenia Publicznego Województwa Śląskiego” 1931, nr 2 (15 II), s. 40–41.
[19] Od włamania do „Skarbca faraonów” do „Marsylianki”, „Przegląd Katolicki” 1937, nr 7 (14 II), s. 108.
[20] J. Starnawski, Pokolenie wielkich humanistów polskich, „Analecta. Studia i Materiały z Dziejów Nauki” 1993, z. 2, s. 9.