Po kilku tygodniach przerwy usiadłem do Metamorfoz. Nie do księgi pierwszej (nastał potop: „Czy wody, czy lądy – już nie ma różnicy: / Bo wszystko jest morzem, jest morzem bez granic”, a Jowisz „ród nowy / Obiecał – odmienny i z cudu poczęty”), lecz do dziewiątej, z której miałem już przełożone dwa wersy z mitu o przemianie Dryope w „drzewo lotos”.
Jak pisał Jerzy Stempowski, filolodzy nie mają (dziś, gdy to piszę, wciąż nie mają) pewniejszej wiedzy, o jaką roślinę chodzi. Sprawę komplikuje to, że w całym micie pojawia się lotos dwa razy: raz jest to aquatica lotos (wodny lotos), a raz po prostu lotos, przy czym z tekstu wynika wyraźnie, że ten drugi jest drzewem – byłoby to więc „drzewo lotos”. Stempowski (znawca tak Owidiusza, jak botaniki) wybiera koncyliacyjnie: „krzew lotosu”. Wydaje się jednak, że, przypominający lilię wodną (!), aquatica lotos („Lotis, nimfa – przed Priapem uchodząc lubieżnym – / Skryć się miała w tej formie, zachowując imię”) i drzewo lotos – to jednak dwie różne rośliny. W komentarzu Cambridge’owskim (z 2024 roku) czytamy zresztą: „Lotos, który Dryope nieświadomie naruszyła, z pewnością nie jest tym drzewem, w które mogła się przemienić ani pod którym chciałaby, by bawił się jej mały synek”.

Niezależnie od tego, co Owidiusz widział nad brzegami jezior, a co oczyma wyobraźni, jego opowieść o przemianie Dryope należy do najbardziej wstrząsających w całych Metamorfozach. Jest tu przede wszystkim współcześnie rozumiana rozpacz egzystencjalna, którą tak dobrze zna post-Sartre’owski, post-Camusowski, post-chrześcijański Zachód.
Życie Owidiusza przypada na czas religijnego czy duchowego interregnum. W pogańskich bogów nikt już nie wierzył, a nowa wiara, tj. chrześcijaństwo, jeszcze nie zapanowała. To czas przejścia.
Jest w Biblii konkretny epizod, który tradycja łączy nie tylko z objawieniem przez Jezusa jego boskiego synostwa, ale i z jego przejściem z dzieciństwa w wiek rozumu – oto Dwunastoletni Jezus w świątyni: „Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: «Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie». Lecz On im odpowiedział: «Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?» Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2, 41-50).
Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę, ale rok ukończenia Metamorfoz – owego requiem dla grecko-rzymskiego świata – to rok wejścia Jezusa w wiek dojrzały: 8 rok naszej ery. (Narodziny historycznego Jezusa nie pokrywają się z rokiem zerowym chrześcijaństwa). Coś się kończy i coś się zaczyna. Dotychczasowy porządek odchodzi, by ustąpić miejsca nowemu…
Jak dobrze to znamy!
Nic dziwnego, że dramat młodej Dryope tak bardzo nas porusza. Zrzućmy na chwilę mityczne szaty: oto kochająca i kochana dziewczyna – czyjaś siostra, czyjaś żona, czyjaś matka, czyjaś córka – umiera. Świat przestaje istnieć dla niej, a ona przestaje istnieć dla świata. Tak po prostu.

Dryope żegna się ze swoim byciem:
Czemu cierpię? To zbrodnia – bogowie, dlaczego?!
Niczym nie zasłużyłam! To kara bez winy!
Żyłam porządnie. Jeśli kłamię, niech mi uschną
Liście nowo nabyte; niech mnie zetną, spalą!
Weźcie, proszę, niemowlę z matczynych gałęzi.
Mamce przekażcie. Dbajcie: niech siada w mym cieniu
Często, by tu się żywić; niech psoci w mym cieniu.
Gdy nauczy się mówić, niech matkę pozdrawia,
Niech westchnie: „Matka w ten pień została zaklęta”.
Niech wystrzega się jezior, z drzew nie zrywa kwiatów,
Każdy krzew niech uważa za boską istotę.
Żegnaj, mój mężu, i ty, siostro, żegnaj ojcze!
Jeśli macie współczucie, nie dajcie mnie krzywdzić:
Niech mnie ostrze nie rani, niech zwierzę nie skubie.
Skoro mi już nie wolno pochylić się do was,
Wy wyciągnijcie ręce i zbliżcie się do mnie.
Póki da się mnie dotknąć – podnieście tu chłopca.
Więcej mówić nie mogę. Dookoła szyi
Białe drzewo przyrasta; po wierzchołek. Znikam.
Z powiek zabierzcie dłonie. Bez waszej posługi
Kora i tak spowije gasnące spojrzenie”.
Wtem – zamilkły jej usta, wtem – istnieć przestały.
Lecz życie pulsowało – długo – w nowym kształcie.
(Metamorfozy, Księga IX, w. 371-393)
Przestać istnieć – Owidiusz czuł tę grozę. Czuć ją musieli także jego współcześni, dramatycznie szamoczący się między dawnym wielobóstwem a nowymi formami wiary. Konflikt ten naznaczy zresztą kilka kolejnych wieków, które historycy nazwą potem późnym antykiem.
Owidiusz-objaśniacz świata nie jest ani poganinem, ani chrześcijańskim (czy innym) monoteistą. To raczej jakiś współczesny nam fizyk-buddysta. Mówi: „Życie jest cierpieniem, umieramy po prostu, a świat – którym jesteśmy i który jest nami – trwa w nieustannej przemianie materii”.
I w poezji.
JACEK HAJDUK