Cadyk Israel z Rużyna mówił o rebem z Sasowa, który zmagając się z zagrożeniem, wyznał, że nie zna intencji i jednoczeń, używanych dawniej przez wielkiego Baal Szem Towa. Jednak już samo wspomnienie o tym, przywołanie poczynań poprzednich pokoleń wystarczyło, żeby wywołać cudowny efekt.
Ta jedna z bardziej znanych i wielokrotnie parafrazowanych przypowieści ukazuje, jak wielką moc duchowość chasydzka przypisywała opowieściom. Samo mówienie o czynach dawnych cadyków miało odnieść taki sam skutek jak ich ezoteryczne praktyki.
Literatura żydowska już od czasów kształtowania się Talmudu znała alegoryczne przypowieści tłumaczące sens prawa religijnego oraz podania o działalności rabinów. Chasydzi przystosowali formę opowieści do potrzeb swojego ruchu i uczynili ją istotną częścią swojej kultury, pełniącą wiele funkcji. Hagiograficzne opowieści o cudach cadyków umacniały wiarę i pomagały pozyskać nowych zwolenników, były źródłem nauk moralnych, przechowywały pamięć o dziejach chasydzkich dynastii i budowały poczucie wspólnoty wśród wyznawców. Co najważniejsze, chasydzi uświęcili opowieść, wynosząc ją do rangi aktu religijnego, równego modlitwie. Postępowali w tym zgodnie ze słowami swojego duchowego ojca – Baal Szem Towa, który miał powiedzieć, że „kto opowiada ku chwale cadyków, to jakby zajmował się dziełem rydwanu” (czyli zgłębianiem boskich tajemnic), a jednocześnie stawali na przekór ortodoksji, dla której snucie opowieści, często okraszonych ciekawą fabułą, uchodziło za „czczą gadkę” odciągającą od studiowania Tory. Był to jeden z wielu zabiegów reformatorskich chasydyzmu, które przysparzały mu przeciwników – zarówno wśród tradycjonalistów, jak i orędowników żydowskiego oświecenia – ale jednocześnie budowały popularność ruchu i w efekcie uczyniły go dominującą formacją kulturową wśród wschodnioeuropejskich Żydów.
Dotychczas polscy czytelnicy poznawali opowieści o cadykach przede wszystkim za pośrednictwem autorów, którzy nie będąc uczestnikami ruchu chasydzkiego, zwracali się ku niemu i czerpali z jego tradycji, widząc w nim ostoję pierwotnej żydowskiej duchowości, przynoszącą wytchnienie od pędu zmieniającego się świata. Czołową postacią tego nurtu zwanego neochasydyzmem był Martin Buber, autor m.in. Opowieści chasydów, które doczekały się u nas kilku wydań (w doskonałym tłumaczeniu Pawła Hertza) i ustaliły określony sposób postrzegania chasydyzmu. Twórczość Bubera, mimo zasług dla popularyzacji świata chasydów, stworzyła wyidealizowany, jednorodny obraz, przepełniony nostalgią za ludową, spontaniczną religijnością i prostotą życia.
Dlatego tak ważne jest ukazanie się antologii Opowieści chasydzkie w ramach serii „Biblioteka Narodowa” Wydawnictwa Ossolineum. Tom, stworzony i ułożony przez Wojciecha Tworka i Marcina Wodzińskiego, oraz zespół tłumaczeniowy Katedry Judaistyki Uniwersytetu Wrocławskiego to monumentalny zbiór rozpoczynający się od pierwszych przypowieści chasydzkich opublikowanych na początku XIX wieku i zakończony współczesnymi opowieściami wspólnot w Izraelu.

Opowieści te zostały przetłumaczone z języków oryginalnych: hebrajskiego i jidysz. Dawniej chasydzka hebrajszczyzna była traktowana pobłażliwie, uznawana za żargon, w który z braku sprawności i należytego wykształcenia wplatano jidyszowe kalki i potoczny styl. Dziś to lekceważące rozpoznanie zostało zrewidowane, a językoznawcy dostrzegają w hebrajskim chasydów spójny system, tworzony świadomie, dbający o zachowanie wyjątkowości przekazywanych ustnie opowieści i będący jednym z etapów rozwoju języka, który dopiero miał się odrodzić w swojej współczesnej formie.
Twórcy antologii, dokonując wyboru utworów i poszczególnych opowieści, starali się pokazać bogactwo gatunku. Mamy bowiem do czynienia z historiami opowiadanymi przez wiele odmiennych grup, spisywanymi w różnych miejscach i okresach z wykorzystaniem rozmaitych środków stylistycznych. Opowieści bywają historiami o cudownych zdarzeniach, nadprzyrodzonych zdolnościach cadyków, ich zmaganiach z demonami i potworami, kiedy indziej są to biografie, mające nawiązywać do formującej się wówczas historiografii żydowskiej. Miejscem akcji mogą być wschodnioeuropejskie miasteczka, jak i odległe krainy, do których trafia się często w ramach podróży do Ziemi Izraela. Panteon cadyków, głównych bohaterów wszystkich opowieści, wypełniają postaci o różnych charakterach i metodach działania. Rebe może żyć skromnie albo wystawnie, być cudotwórcą-uzdrawiaczem albo uczonym w piśmie kabalistą, zajmować się prozaicznymi prośbami swoich wiernych albo wpływać na losy świata, reagować z anielskim spokojem lub pełną pasji furią.
Autorzy antologii zaznaczają, że ich wybór ma przełamać idylliczny i stereotypowy obraz chasydyzmu spopularyzowany przez pisarzy neochasydzkich, którzy niejednokrotnie preparowali opowieści, aby dopasować je do swojej wizji, usuwali z nich to, co ich zdaniem zbędne i kłopotliwe, traktowali jako wymagające literackiej obróbki, żeby wydobyć z nich najcenniejsze – uniwersalną mądrość. W takim rozumieniu twórczość chasydzka została zredukowana do literatury niższego rzędu, która musi zostać dopracowana przez znawców, żeby zyskać na wartości. Buber w przedmowie do Opowieści chasydów przedstawia wprost swoje negatywne zdanie o jakości chasydzkiego pisarstwa. Notuje: „W drugiej połowie wieku XIX zaczyna się okres literackiego upadku: przekazywane motywy przerabia się w sposób rozwlekły i gadatliwy, a łącząc je ze zmyśleniami, tworzy się z nich popularną beletrystykę najniższego rzędu. Dopiero w naszych czasach (około roku 1900) rozpoczęto krytyczne ich porządkowanie i przystąpiono do ich usystematyzowania. […] Po wyodrębnieniu wytworów literackiego zepsucia, spośród których często nie można już ocalić motywów pierwotnych, pozostaje nam w rękach niespójna masa zwykle niemal bezkształtnego materiału. Z biegiem czasu […] uznałem, że najlepszym […] sposobem będzie odrzucenie przekazanego przez tradycję domniemanego kształtu opowieści, z jej ubóstwem i nieporadnością, jej niejasnościami i dygresjami…”. Te słowa wręcz dziwią, gdy czyta się opowieści zawarte w nowej antologii – przetłumaczone wiernie, ze specyficzną narracją, powtarzającymi się nieustannie eulogiami (takimi jak „niech będzie błogosławiony” czy „Boże uchowaj”) czy pewną naiwnością przypominającą, że wiele z tych tekstów było tworzonych z intencją zaistnienia w ramach rodzącej się żydowskiej kultury popularnej. Obcując z obfitością tych przekazów, przepełnionych życiem, kontrastami, moralnymi niejednoznacznościami, napięciami etnicznymi, kłótniami i sporami, a kiedy indziej radością i poczuciem wspólnoty, nie sposób już wrócić do ich wygładzonych adaptacji.

Muzeum Narodowe w Krakowie; www.zbiory.mnk.pl ;MNK III-ryc.-37320;fot. Czernicki Paweł
Antologia chasydzka została wprowadzona do serii pierwszej „Biblioteki Narodowej”, mającej w założeniu przedstawiać kanon polskiej literatury narodowej. To odważna i słuszna decyzja, poszerzająca pole tego, jak można myśleć o polskości i potwierdzająca fundamentalną wartość płynącą z polsko-żydowskiego współistnienia. Kultura chasydzka tworzyła swoją literaturę na tych samych ziemiach i w tym samym okresie, w którym powstawały największe osiągnięcia literatury polskiej. Niektóre okoliczności historyczne i polityczne – wojny napoleońskie czy represje caratu – zajmowały umysły zarówno Żydów, jak i Polaków, nawet jeżeli dotyczyły ich w różnym stopniu. Chasydyzm rodził się, rozwijał i kwitł w polskich miastach i miasteczkach – w nich również ginął. Umieszczenie antologii w obszarze polskiego kanonu, może uzmysłowić wielu czytelnikom, że w Łowiczu swoje domy modlitwy miało trzynaście różnych grup chasydzkich, ważnymi przywódcami ruchu były takie postacie jak Menachem Kalisz z Mszczonowa czy Jachiel Meir Lipszyc z Gostynina, a w opłakiwanych przez Słonimskiego „Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy” gorliwi chasydzi odliczali dni do pielgrzymki na odległy dwór swojego cadyka i całymi dniami opowiadali sobie nawzajem o jego cudach.
Dzięki lekturze Opowieści chasydzkich mogłem wrócić do tematyki żydowskiej, od której oddaliłem się w ciągu kilku lat, które upłynęły od moich studiów judaistycznych. Odnalazłem w tych przypowieściach umiłowanie słowa, wieczne poszukiwanie mądrości, marzenie o możliwości naprawiania pękniętego świata. Nie pamiętam już wielu hebrajskich i jidyszowych wyrazów, których kiedyś się uczyłem. Mogę za to teraz sięgać do niewyczerpanego bogactwa zawartego w opowieściach o cadykach. Czytać je i powtarzać, jak to robił rebe z Sasowa, który nie znał już dawnych jednoczeń i intencji, ale liczył, że to wystarczy, aby zdziałać cuda. „I tak też się stało, z Bożą pomocą”.
ARTUR URBAN
Tekst ukazał się pierwotnie w „Miasteczku Poznań” (1-2/2026) – czasopiśmie społeczno-kulturalnym o tematyce żydowskiej, ukazującym się od 2003 roku. Aktualny numer pisma można zamówić tutaj