HOME
Tomasz Kubikowski

J. W. Goethe „Lata wędrówki Wilhelma Meistra” (początek)

 

Fabuła „Lat wędrówki Wilhelma Meistra” zaczyna się wkrótce po wydarzeniach kończących „Lata nauki”, jak gdyby ich kolejna, dziewiąta księga. Zaczyna się in medias res – jak zwykle, kiedy Goethe chce dać w opowieści wyraźny znak przestankowy – i w sytuacji bezpośrednio zapowiedzianej pod koniec księgi ósmej. Wilhelm, świeży adept sprawującego nad nim dyskretną opiekę Towarzystwa Wieży, dzięki jego umiejętnym zabiegom właśnie zaręczył się ze swą prawdziwą, odwzajemnioną miłością Natalią. Skoro zaś przyjął zaproszenie od stryja zmarłej niegdysiejszej swej podopiecznej Mignon, wyrusza przez Alpy do jego włoskich dóbr. W podróży towarzyszy mu, również niedawno odnaleziony jego syn z pierwszego nieudanego, młodzieńczego związku: Feliks; Wilhelm długo nie wiedział o jego istnieniu. Żeby bardziej podkreślić ciągłość, sytuacja, w jakiej ich teraz zastajemy, echem odbija początek księgi ósmej, kiedy to natychmiast po rozpoznaniu go przez ojca, Feliks pobiegł do ogrodu i wypytywał Wilhelma o nazwy roślin; bezskutecznie, jako że ojciec orientuje się w świecie naturalnym niewiele lepiej od niego.

W rzeczywistości jednak między „Latami nauki” a „Latami wędrówki” minęło z górą trzydzieści lat; nawet więcej niż między I a II częścią „Fausta”. Każde z tych swoich dwóch głównych, równoległych dzieł, Goethe szkicował od wczesnej młodości i wydał u szczytu lat męskich; do każdego latami dopisywał potem sequel, ukończony tuż przed śmiercią – w istocie, dzieło innego już człowieka niż ten, który ponad pół wieku wcześniej do dzieła się zabrał, rejestrujące przemiany jego wieku, a też i wieku XIX, w którym autor teraz żył. „Faust II” ma wyszlifowaną, doskonałą konstrukcję, której ramę Goethe stworzył najpierw, potem z wolna wypełniając ją treścią. „Lata wędrówki” zaś przeciwnie: rozprzęgają się. Spójna z początku narracja, podobnie jak w pierwszej części stale i wirtuozowsko balansująca na styku snu, alegorii i całkowitego realizmu, wkrótce zacznie tu rzednąć i zanikać na rzecz tekstów wtrąconych, włamanych, urywkowych lecz na końcu dominujących, zderzających się i przenikających się wzajem, tworzących otwartą na wiele stron inter- i metatekstową tkankę; jedynym prawdziwym jej spoiwem będzie płynący gdzieś w tle, dobiegający już naturalnego kresu strumień przygotowującej się na ów kres autorskiej świadomości. Zrozumie to i doceni dopiero XX wiek.

Wrażenie ciągłości narracji jest więc złudne. Niemal od razu zacznie się okazywać, że rozpoczynająca się podróż Wilhelma jest czymś innym, dużo rozleglejszym, niż się w „Latach nauki” zdawało, odyseją wspólną ojca i syna splątanych w nieustannej przemianie pokoleń, teraz nieprowadzącą już do niewiadomej, odraczającej się, nigdy nieuchwytnej Itaki. Odyseją, co Goethe w podtytule podkreślił, stanowiącego o człowieczeństwie wyrzeczenia. Pierwszą wielką odyseją europejskiej nowoczesności (co już Joyce, składając jej w „Ulissesie” hołd, zaważył) i jeszcze ponowoczesności także.

Pierwszy rozdział jest zwięzłą uwerturą, wstępem, próbką nastroju i humoru, introdukcją paru wchodzących później w kontrapunkt motywów, poblaskiem kilku różnych powidoków. Nie ma sensu pedantycznie wskazywać ich tutaj, niech mówią, rezonują i może intrygują za siebie; dość informacji na początek.

Tomasz Kubikowski

 

 

Johann Wolfgang Goethe

LATA WĘDRÓWKI WILHELMA MEISTRA

 

Rozdział I

Ucieczka do Egiptu

W cieniu potężnej skały, na miejscu groźnym i wyniosłym siedział Wilhelm tam, gdzie stroma górska ścieżka zakręcała i chyżo opadała w głębiny. Słońce stało jeszcze wysoko, oświecając szczyty jodeł u podnóża skał pod jego stopami. Wilhelm właśnie notował coś na tabliczce, kiedy Feliks, który gdzieś tam się wspiął, podszedł do niego z kamieniem w ręce. – Jak się nazywa ten kamień, ojcze? – zapytał chłopiec.

– Nie wiem – odpowiedział Wilhelm.

– Czy to jest złoto, co w nim pobłyskuje?

– Skądże! – odparł. – Pamiętam, że ludzie nazywają to kocim złotem.

– Kocie złoto! – powtórzył chłopiec ze śmiechem. – A dlaczego?

– Pewnie dlatego, że fałszywe, a ludzie także mają koty za fałszywe.

– To sobie zapamiętam – powiedział syn i włożył kamień do skórzanej torby. Wyciągnął jednak coś nowego i zapytał: – Co to?

– Owoc – odparł ojciec. – I sądząc po łuskach, jakoś pokrewny szyszce jodłowej. – Ale to nie wygląda jak szyszka, bo jest okrągłe. – Trzeba zapytać leśniczego; oni znają cały las i wszystkie owoce, potrafią siać, sadzić i czekać, pozwalają pniom rosnąć i dorastać tak jak mogą. – Leśniczowie wiedzą wszystko; wczoraj goniec pokazał mi, gdzie jeleń przeszedł przez drogę, zawołał mnie i pokazał mi tropy, jak to nazwał, ja przeskoczyłem i zobaczyłem wyraźnie odciśnięte dwie racice; to musiał być wielki jeleń. – Słyszałem, jak wypytujesz gońca. – On dużo wiedział, ale przecież nie jest leśniczym. Ja chciałbym zostać leśniczym. To jest tak cudnie, cały dzień być w lesie i słuchać ptaków i wiedzieć, jak się nazywają, gdzie mają gniazda, jak się podbiera jaja albo pisklęta, jak je karmić i jak łapać duże, to tak wesoło!

Ledwie zdążył powiedzieć, a na urwistej drodze pokazało się osobliwe zjawisko. Dwaj chłopcy piękni jak dzień, w kolorowych kurteczkach, które wzięłoby się raczej za luźne koszule, skoczyli z góry jeden za drugim; Wilhelm zaś znalazł sposobność, żeby bliżej im się przyjrzeć, kiedy zdumieli się i zastygli przed nim na chwilę. Wokół głowy starszego kręciły się obfite jasne loki, na które wpierw kierowało się spojrzenie, idąc potem ku niebieskim oczom i przyjemnie gubiąc się w całej urodziwej postaci. Drugiego chłopca, który bardziej wyglądał na przyjaciela niż na brata pierwszego, zdobiły proste brązowe włosy, opadające na ramiona; ich poblask zdawał się odbijać w jego oczach.

Wilhelm nie miał kiedy bliżej przyjrzeć się tym niezwykłym i całkiem na pustkowiu niespodziewanym istotom, usłyszał bowiem zza skały męski głos, wołający poważnie lecz przyjaźnie – Czemu stanęliście? Nie blokujcie drogi!

Wilhelm spojrzał w górę i o ile dzieci wprawiły go w zadziwienie, osłupiał na widok tego, co teraz pojawiło mu się przed oczyma. Krzepki, solidny choć nie za wysoki człowiek w kusym odzieniu, o śniadej cerze i czarnych włosach schodził pewnie i ostrożnie kamienną ścieżką, prowadząc za sobą osła, z którego wpierw dał się widzieć tylko dobrze utrzymany, odkarmiony łeb; potem jednak ukazał się cały niesiony przezeń ładunek. Na dużym, starannie oprawnym siodle siedziała tam delikatna, urocza kobieta; w głębi otaczającego ją błękitnego płaszcza trzymała tygodniowe zaledwie dziecię, tuląc je do piersi z nieopisaną tkliwością. Z przewodnikiem stało się jak i z dziećmi: przystanął na chwilę, kiedy dostrzegł Wilhelma. Zwierzę zwolniło kroku, droga była jednak zbyt spadzista, żeby całkiem się zatrzymać; zdumiony Wilhelm zobaczył więc tylko, jak nikną za kolejnym występem skalnym.

Trudno się dziwić, że ten rzadki widok wyrwał go z rozmyślań. Powstał ciekawie i spojrzał w dół ze swego stanowiska, czy ich gdzieś znów nie dostrzeże. I już był gotów zbiec i przywitać się z osobliwymi wędrowcami, kiedy Feliks wspiął się do niego, pytając – Ojcze, czy ja mogę pójść do tych dzieci do domu? Chcą mnie tam wziąć. Ty też mógłbyś przyjść, ten pan powiedział. Chodź! Oni zatrzymali się tam niżej.

– Chcę z nimi pomówić – rzekł Wilhelm.

Znalazł się w miejscu, gdzie droga była mniej stroma i oczami chłonął cudny obraz, który tak mocno przykuł przedtem jego uwagę. Teraz jednak mógł jeszcze dostrzec jeden czy drugi szczegół: krępy młody mężczyzna miał na ramieniu ciosło i długą, giętką, żelazną kątownicę. Dzieci niosły wielkie pęki trzcin, jak gdyby palmy, i choć wyglądały przez to na aniołki, zarazem taszczyły kosze z prowiantem, przez co wyglądały na zwykłych gońców, kursujących tu i tam poprzez góry. Matka, gdy jej się bliżej przyjrzeć, miała pod niebieskim płaszczem lekko czerwonawą halkę i tym sposobem nasz przyjaciel na własne oczy zobaczył Ucieczkę do Egiptu, prawdziwą, tak jak zwykle przedstawia się ją na obrazach.

Przywitali się i skoro Wilhelmowi ze zdumienia i przejęcia zabrakło słów, młody człowiek powiedział. – Nasze dzieci zaprzyjaźniły się natychmiast. Pozwolicie z nami, żeby zobaczyć, czy i między dorosłymi tak dobrze się ułoży?

Wilhelm zastanowił się odrobinę i odparł – Wasza mała karawana budzi ufność i sympatię, i jak również przyznam, ciekawość z żywym pragnieniem, żeby was bliżej poznać. Na pierwszy rzut oka można by się zastanowić, czyście prawdziwymi wędrowcami, czy tylko duchami, które dla zabawy umilają te niegościnne góry pięknym zwidem.

– Prosimy więc przyjść do nas – odparł tamten. – Prosimy! – krzyknęli chłopcy, zabierając już Feliksa ze sobą. – Prosimy! – powiedziała kobieta, przenosząc czułą życzliwość z oseska na obcego.

Wilhelm rzekł bez namysłu – Żal mi, ale nie mogę od razu pójść z wami. Muszę przynajmniej jeszcze tę noc przepędzić w strażnicy na górze. Mam w niej torbę i papiery, wszystko niespakowane, niepozbierane. Ale na dowód chęci i zamiaru, żeby przyjąć miłą gościnę, daję wam teraz w zastaw mojego Feliksa. Jutro zaś będę u was. Jak to daleko?

– Dojdziemy do domu przed zmierzchem – powiedział cieśla. Ze strażnicy jest tylko półtorej godziny dłużej. Chłopiec przymnoży nam dziś domowników; jutro i was oczekujemy.

Mężczyzna i zwierzę ruszyli. Wilhelm cieszył się, widząc Feliksa w tak dobrym towarzystwie. Mógł go dobrze odróżnić wśród lubych aniołków, bo chłopiec bardzo od nich odstawał. Na swój wiek był niezbyt wysoki, ale mocno zbudowany, z szeroką piersią i muskularnymi ramionami; w jego naturze po równi mieszała się chęć służby i panowania. Wziął już palmę i kosz, czym zdawał się wyrażać i jedno, i drugie. Pochód niemal już niknął wśród głazów, kiedy Wilhelm opamiętał się i zawołał za nimi – Jak mam się o was dowiadywać?

– Pytaj o Świętego Józefa! – dobiegło z głębin, po czym całe zjawisko przepadło gdzieś w niebieszczejących cieniach skalnych ścian. Nabożny, wielogłosowy śpiew zabrzmiał w oddali i Wilhelmowi zdawało się, że rozróżnia w nim głos Feliksa.

Zawrócił pod górę i opóźnił tym sobie zachód słońca. Gwiazda nieba, którą stracił już był z oczu, oświeciła go znowu, skoro szedł coraz wyżej i jeszcze trwał dzień, kiedy dotarł do swojego schroniska. Na nowo ucieszył się wielkim widokiem gór, a potem zaszył się w izbie, naostrzył pióro i część nocy spędził na pisaniu.

 

 

Wilhelm do Natalii

Osiągnąłem więc nareszcie wyżyny, wyżyny gór, które mocniej nas teraz oddalą niż całe połacie ziemi wcześniej. Zawsze czuję się jeszcze blisko ukochanych, dopóki płyną do nich od nas strumienie. Dziś mogę sobie wyobrazić, że gałązka, którą wrzucam do potoku w lesie, najpewniej do was dotrze, za kilka dni utknie przy waszym ogrodzie; tak gładko wysyła duch swe obrazy, serce swoje uczucia. Boję się jednak, że odtąd stanie przed czuciem i wyobrażeniem przegroda. Może to zresztą pochopna lękliwość: tam dalej nie będzie przecież inaczej niż tu. Co mogłoby mnie od Ciebie oddzielić? Od Ciebie, której na zawsze jestem przeznaczony, choć dziwna dola odrywa mnie od Ciebie i niespodzianie zamyka mi niebo, którego byłem tak blisko? Miałem czas się ukoić, jednak czas nie nastarczyłby aż takiego spokoju, gdybym nie dostał go z Twoich ust, z Twoich warg w rozstrzygającej chwili. I jakże bym mógł się oddalić, gdyby nie była się uprzędła mocna nić, która ma nas połączyć teraz i na wieczność. Nie wolno mi jednak mówić o tym wszystkim. Twoich czułych przykazań nie złamię; niech na tym górskim szczycie będzie ostatni raz, że powiem Ci słowo: rozstanie. Moje życie ma się stać wędrówką. Winienem przestrzegać szczególnych powinności wędrowca i przejść swoiste próby. Czasami uśmiecham się, czytając warunki, które postawiło mi Towarzystwo, które sam sobie stawiłem! Niektórych dotrzymuję, inne naruszam; ale właśnie ta kartka, to świadectwo mej ostatniej spowiedzi, mojego ostatniego rozgrzeszenia staje mi za sumienie karcące w przewinach – i wiodę się dalej. Strzegę się i moje błędy nie piętrzą się już jak w górskim potoku, jeden na drugim.

Chętnie Ci jednak wyznam, że podziwiam tych nauczycieli i wychowawców, którzy zadają uczniom jedynie zewnętrzne, mechaniczne obowiązki. Upraszczają rzecz sobie i światu. Takich zobowiązań, które zrazu wydawały mi się najuciążliwsze i najdziwaczniejsze, teraz przestrzegam właśnie najmilej i najłatwiej.

Nie wolno mi pozostać pod jednym dachem dłużej niż trzy dni. Kiedy już porzucę schronienie, muszę się przynajmniej na milę odeń oddalić. Przykazania istotnie służą temu, by uczynić moje lata latami wędrówki i powstrzymać mnie od najmniejszej nawet chętki, aby gdzieś osiąść. Poddałem się im dotąd skrupulatnie, ani razu nawet nie wykorzystując udzielonej mi swobody: w istocie teraz jest pierwszy raz, kiedy gdziekolwiek się zatrzymałem, po raz pierwszy przesypiam trzecią noc w tym samym łóżku. I stąd przesyłam Ci trochę z tego, com posłyszał, spostrzegł, zachował, potem zaś wcześnie rano zejdę na drugą stronę; wpierw do cudownej rodziny – chciałoby się rzec: do Świętej Rodziny – o której więcej znajdziesz w moim dzienniku. Bądź teraz zdrowa; odłóż tę kartkę z poczuciem, że mówi ona tylko jedno, tylko jedno może mówić i powtarzać, ale nie powie tego, nie powtórzy, aż będę miał szczęście upaść do Twoich stóp i na Twych rękach wypłakać wszystko, czego mi zabrakło.

 

Rano

Spakowałem się. Goniec wiąże moją torbę do nosideł. Słońce jeszcze nie wzeszło, mgła ściele się po ziemi; wyżej jednak niebo jest pogodne. Zejdziemy teraz w mroczne głębie, które jednak rychło rozświetlą się nad naszymi głowami. Niechże Ci wyślę ostatnie westchnienie! Niech ostatnie spojrzenie ku Tobie mimowolnie wypełni się łzą! Zdecydowane i postanowione: więcej nie usłyszysz ode mnie skargi, usłyszysz tylko to, co przystoi wędrowcowi. Tłoczą mi się, choć pragnę kończyć, tysiące myśli, życzeń, nadziei i zamiarów. Na szczęście trzeba w drogę. Goniec woła a gospodarz sprząta już w mojej obecności tak, jak gdyby mnie już nie było; jak nieczuli, nieroztropni spadkobiercy, którzy jawnie sposobią się, by objąć majątek, nie czekając zgonu.

Johann Wolfgang Goethe

Tłumaczył Tomasz Kubikowski

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek