W słynnej – choć krytykowanej przez Balzaka – paryskiej restauracji o dumnej nazwie „Bœuf à la Mode” 28 stycznia 1912 roku odbył się uroczysty obiad zorganizowany przez tamtejsze Towarzystwo Polskie Literacko-Artystyczne z okazji pięćdziesięciolecia pracy literackiej profesora Wacława Gasztowtta (1844–1920). Przypominać szerzej działalności literackiej zasłużonego pedagoga polskiej szkoły w Batignolles zapewne nie trzeba – był m.in. tłumaczem na język francuski dzieł polskich romantyków, w tym przede wszystkim hołubionego Juliusza Słowackiego – warto jednak przywołać pseudonim profesora, którym posługiwał się na okoliczność różnych publikacji, mianowicie „S. E.”. Skrót znajdował rozwinięcie w słowach: Syn Emigranta. Określenie to, choć raczej mało oryginalne – Gasztowtt był synem uczestnika powstania listopadowego, który po klęsce insurekcji wyemigrował do Francji – miało znaczenie zasadnicze. Podkreślało przywiązanie do polskiej rodziny i do polskiego losu – wychodźczego. Syn Emigranta, choć urodzony we Francji, też miał okazję udziału w powstaniu – w roku 1863. W trakcie podjętych w owym czasie studiów na Sorbonie zdecydował się na kilkumiesięczną przerwę, by dołączyć do wyprawy morskiej gen. Teofila Łapińskiego, odpowiedzialnego za dostarczenie broni powstańcom walczącym na Litwie. Misji nie udało się niestety ukończyć – utonęło 24 jej uczestników, a broń przepadła. Gasztowtt jako prawie-powstaniec wrócił do Paryża, ale pamięć wydarzeń roku 1863 stała się fundamentem jego twórczości oratorskiej. Tak, oratorskiej, Gasztowtt był bowiem, poza wszystkim, świetnym i znanym mówcą, a w polonijnym Paryżu przełomu wieków trudno było sobie wyobrazić rocznicowy toast wznoszony bez jego udziału. W patriotycznej przemowie z okazji 25. rocznicy powstania styczniowego wykrzykiwał z grymasem: „Zginęli najszczęśliwsi z nas, bo umierając mogli łudzić się jeszcze nadzieją wygranej. Ale myśmy nie mieli tego szczęścia; myśmy musieli przeżyć klęskę, myśmy musieli, czy wrócić na ziemię obcą, czy pójść na wygnanie – tam żyć, jeżeli to jest życie – zdala od tej matki, zdala od tej kochanki Ojczyzny – wiedząc, że ona w kajdanach jęczy, wiedząc, że się nad nią pastwi wściekłość wroga […]. I przeszło 23 lat tej katuszy, oj ciężkich lat 23 przeszło nad naszemi głowami”. Doświadczony retor, po ustępach poświęconych utracie ojczyzny, kończył mowę pozytywnie, krzepiąco, słowami o braterstwie Polaków, Litwinów i Ukraińców w walce z caratem: „Pijmy na cześć rządu narodowego, który ogłosił prawa wspólne wszystkich obywateli, różnych warstw i wszelkiego plemienia i wyznania, do własności, do wolności i do światła nowoczesnej cywilizacyi! Pijmy na cześć wielkiej nierozdzielnej Unii litewsko-rusińsko-polskiej uświęconej raz jeszcze przez to powstanie! Pijmy na koniec na cześć tych przyszłych bohaterów, którzy w blizkiej da Bóg przyszłości poprowadzą połączonych w jednem wspólnem uczuciu synów Polski i Rusi, bez różnicy sukmany lub kontusza, do ostatecznego nad wszystkiemi wrogami zwycięztwa!”.

Rada Polskiej Szkoły w Paryżu, od lewej w pierwszym rzędzie W. Mickiewicz i W. Gasztowtt.
Do tych słów wnoszono toast w roku 1888, ale w roku 1912, podczas jubileuszu nieledwie siedemdziesięcioletniego wówczas Gasztowtta, mowy były, rzecz jasna, ku czci bohatera wieczoru. Porządek licznych przemówień wyznaczono ściśle, organizatorzy zaznaczyli jednak wyraźnie, że „ład ten Czcigodnego Jubilata nie obowiązuje”. Nie wiem, czy kolejność toastów została przez Gasztowtta zaburzona, ale znam przewidziany spis potraw składających się na ten pamiętny, jak sądzę, obiad. Menu było prawdopodobnie majstersztykiem, łączącym – tak mi się wydaje – światową sztukę kulinarną z daniami o bardziej swojskim charakterze. Biesiadę rozpoczynały bowiem „zupa rakowa” oraz „rosół z jarzynkami”, następnie pojawiły się na stołach „przekąski, wdzięczne w kolorze” i „płaszczowiec po angielsku”. Po tych przystawkach zebrani mogli zasiąść do „pośladków jagnięcych po kardynalsku”, a uporawszy się z nimi, mieli okazję kosztować „indyczęta pieczone z rzerzuchą [sic] francuską”, „sałatę artystyczną”, „groszek dwoisty, franko-polski” i „karczochy à la Królowa Bona”. Wreszcie desery: „lodów sarmackich roztopienie”, następnie „sery – owoce – wety”, na koniec zaś „kawa i wódki słodkie, zamorskie”. Kulinarnym rozkoszom towarzyszyły kolejno rozmaite wina, w sumie pięć rodzajów.
Do tak wysublimowanej rozpiski obiadowej uczucia miałem ambiwalentne. Jakże pesząca jest bowiem lista potraw, z których rozpoznać mogłem jedynie zupy i kawę – nazwy dań pierwszych i drugich, choć o silnej, zdawałoby się, mocy ewokacji, w gruncie rzeczy nie wywoływały w mojej czytelniczej wyobraźni klarownych obrazów, a o serach i owocach serwowanych w paryskiej restauracji, nie mówiąc o rozmaitych leguminach, z całą pewnością też nie miałbym pojęcia. I nawet, wstyd przyznać, trudno mi było sobie przedstawić, jak się podaje, a tym bardziej spożywa, lodów sarmackich roztopienie: łyżeczką, rurką, bezpośrednio z kielicha? I czy „sarmackie” to określenie smaku, czy może melanż kolorów? Pośladki po kardynalsku wypada przemilczeć.

Wśród tych wykwintnie brzmiących pozycji jadłospisu najbardziej frapujący wydał mi się „płaszczowiec”, sam w sobie zagadkowy, a podany „po angielsku” dodatkowo intrygujący. Polszczyzna, jeżeli się nie mylę, nie zna takiej formy, a słownik Lindego, pewnie najbliższy różnym ówczesnym synom emigrantów, odnotowuje jedynie „płaszczka”, czyli dobrze znaną współcześnie płaszczkę: „rybę na kształt nietoperza oskrzele mającą”. Ta jednak, serwowana „po angielsku” w ekskluzywnej francuskiej knajpie, stanowiłaby zapewne kontrowersję. Najbardziej typowym sposobem serwowania tego specjału w Wielkiej Brytanii jest bowiem smażone skrzydełko płaszczki w palonym maśle z kaparami. Rzecz w tym, że ten sposób preparacji wywodzi się z klasycznej kuchni francuskiej. Czyż możliwe zatem, by w „stylowym” lokalu 1. dzielnicy Paryża, przy historycznej ulicy de Valois, kojarzonej z siedzibą francuskiego Ministerstwa Kultury, szefowie kuchni zapomnieli, że Pan-Fried Skate Wing with Brown Butter and Capers to ich aile de raie au beurre noir et aux câpres? Czyż daliby, lekkomyślnie, podczas doniosłego polskiego obiadu, satysfakcję bezczelnym Brytyjczykom, którzy tak przyrządzoną rybę zaadaptowali jako ich własny, tradycyjny obiad? Taki ruch w „Bœuf à la Mode” wydał mi się mało prawdopodobny, a biorąc pod uwagę choćby silnie akcentowane w menu składniki francuskie („rzerzuchę” i „groszek dwoisty”, a zapewne i wdzięczne w kolorze paryskie przekąski), wręcz niemożliwy. Jeżeli jednak jubileusz Gasztowtta istotnie świętowano smażoną na patelni płaszczką, to nie można mieć wątpliwości, że jej nazwę – w hołdzie dla jubilata – przedstawiono w spisie potraw jako aluzję do ubioru bohatera romantycznego. A skoro płaszczowiec był po angielsku, bezsporne jest także, że dyskretnie nawiązano w ten sposób do stylu bajronicznego. Zebrani na uroczystości goście zapewne bez trudu rozpoznali więc w nazwie morskiego dania odwołanie do popularyzowanej i przekładanej przez Gasztowtta twórczości Słowackiego. Płaszczowiec byłby w tym ujęciu Kordianem (oczywiście owiniętym płaszczem), odciętym od swoich korzeni i próbującym wrócić do kraju, a bardziej może nawet lirycznym głosem Hymnu – świadomym, że jego „okręt nie do kraju płynie, płynąc po świecie”. Skoro jednak aluzja mogła wzmóc u jubilata nostalgię, słusznie przewidziano na zakończenie styczniowego posiłku wódki słodkie, nie bez kozery „zamorskie” (czyżby brytyjski likier z owoców tarniny, rozgrzewający, o nieco cierpkim, ale głębokim smaku czerwonych owoców?).
Na moją ambiwalencję z drugiej strony wpływał fakt, że wyszukane i bogate menu wyraźnie kontrastowało z wyrobionym w mojej wyobraźni typowym, utrwalanym w ikonografii wizerunkiem biedy naszych wychodźców i rodaków za granicami, nie tylko Wielkiej Emigracji, ale także, jak Gasztowtt, późniejszych nieszczęśników. Pogodziwszy się z istnieniem nieznanych mi iście królewskich potraw, zrozumiałem, że obiad na cześć Syna Emigranta nie zawstydza mnie i nie deprymuje, ale przeciwnie – działa budująco, daje bowiem nadzieję, że w razie emigracji, której i dziś nie sposób wykluczyć, można liczyć nie tylko na wykwinty kuchni, ale przede wszystkim na niezawodną polską inwencję w patriotycznych rebusach.
PAWEŁ BEM