Na północno-zachodniej pierzei rynkowej, na rogu ulicy Samborskiej […] mieścił się sklep bławatny, czyli magazyn towarów łokciowych, prowadzony przez pana Jakuba pod szyldem „Henriette Schulz” [1].
Prapradziadek, pradziadek i dziadek Colette prowadzili świetnie prosperujące sklepy kolonialne, handlowali tytoniem, kakao i czekoladą. Stendhal pracował w składzie kolonialnym w Marsylii. Lubelski handel korzenny Jana Mincla wdarł się na karty Lalki Bolesława Prusa. W sklepie Wokulskiego znalazłoby się i mydło, i powidło: „W pierwszym pokoju, na lewo, mieszczą się same ruskie tkaniny, perkale, kretony, jedwabie i aksamity. Drugi pokój zajęty jest w połowie na te same tkaniny, a w połowie na drobiazgi do ubrania służące: kapelusze, kołnierzyki, krawaty, parasolki. W salonie frontowym najwykwintniejsza galanteria: brązy, majoliki, kryształy, kość słoniowa. Następny pokój, na prawo, lokuje zabawki, tudzież wyroby z drewna i metalów, a w ostatnim pokoju, na prawo, są towary z gumy i skóry” [2].
Takie wielce osobliwe sklepy – i przez to nęcące małych rojbrów – w polszczyźnie Bruno Schulz przezwał na wieki cynamonowymi: „[…] dla ciemnych boazerii tej barwy, którymi są wyłożone. Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były zawsze przedmiotem moich gorących marzeń. Słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła, aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś tam znaleźć ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń Mandragory, norymberskie mechanizmy, homunkulusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare folianty pełne przedziwnych rycin i oszałamiających historii” [3].
W takim właśnie „Peweksie” we Lwowie wychował się Adaś Hanuszkiewicz. Jego matka prowadziła w Rynku najstarszy sklep w tym mieście. Istniał pod różnymi adresami nieprzerwanie od 1789 roku. Reżyser twierdził, że dzięki temu znał datę wybuchu francuskiej rewolucji [4].

Najdawniejsze dzieje, legendarne początki tego sklepu ginęły w mrokach niepamięci, jako że korzenie przedsiębiorstwa sięgały czasów sprzed krwawych powstań i hucznych kongresów, a nawet jeszcze odleglejszych, przednapoleońskich – jawiących się już niczym fatamorgana na polskiej porozbiorowej pustyni – gdy w dalekiej Warszawie król Stanisław August wciąż próbował panować nad okrojoną Rzeczpospolitą. W pamiętnym roku szturmu na Bastylię i wyboru pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdy Lwów był już stolicą Królestwa Galicji i Lodomerii pod panowaniem Józefa II Habsburga, swój handel korzenny nad Pełtwią otworzył Franciszek Ulrich.
O losach mieszczańskich przedsięwzięć decydowały mniej spektakularne zajścia, choćby to z 16 lipca 1810 roku, gdy córka Ulricha, Rozalia, wydana za kupca Fryderyka Schubutha, urodziła syna, Fryderyka Wilhelma. Czy imiona pruskich królów miały zapewnić chłopcu powodzenie w interesach? Czy była to zasługa patronów, czy genów, nieważne – grunt, że potomek miał się okazać gwarantem trwałości handlowych sukcesów rodu. W 1812 roku przyszła na świat ich córka Rozalka (w kolejnych latach również Joanna, Karolina, Henryk i Edward), a operatywny merkator został świecarzem – nie chcąc dłużej dzielić się zyskiem z pośrednikami, założył własną fabryczkę świec i blichownię wosku. Trzy lata później fundator z pewnością już nie żył – spadkobiercy Ulricha zachęcali w prasie do zakupu prawdziwej wody selcerskiej i świeżych śledzi z Amsterdamu – dobrych na pasztet lub do siekania z jabłkiem i jajkiem. Holenderski specjał można było dostać w małych baryłkach przy ulicy Krakowskiej pod numerem 150.
Produkcja świec szła równolegle i przynosiła coraz większe dochody. W 1821 roku w Handlu Sukcessorów Franciszka Ulrycha sprzedawano po atrakcyjnych, bo miernych cenach wszystkie gatunki: świec jarzących, stołowych – bardzo pięknych, bielonych i dobrze się palących – również kościelnych, powozowych i nocnych, świec do ręcznych latarni, woskowych pochodni, białych, żółtych i przeróżnie farbowanych stoczków woskowych (długich i cienkich, spiralnie zwiniętych świec). Następny rok przyniósł zmianę wizerunku. Przedsiębiorstwo działało w dotychczasowym miejscu, ale odtąd już jako handel korzenny pod nazwiskiem zięcia, Fryderyka Schubutha. Asortyment towarów i usług stopniowo się rozszerzał, nie bez wpływu młodego pokolenia – dorastających za kontuarem synów Fryderyka. Rodzina robiła interesy na przemijających modach i nowinkach, także na dystrybucji papierów wartościowych emitowanych przez austriackie i węgierskie dwory. Od 1838 roku Schubuth i Syn oferowali po słusznym kursie obligacje pożyczki Paula Antona księcia Esterházego de Galantha, której ciągnienia miały się odbywać w połowie czerwca i grudnia każdego roku.
Przebojem późnej wiosny i lata stały się wody mineralne. W maju docierały do sklepu pierwsze ich dostawy. Królowały lecznicze kwaśnice: selterska, marienbadzka, ferdynandsbruńska, szczawnicka, krajcbruńska i bilińska; spośród wód gorzkich ceniono egierską, francensbruńską, pilnawską i sajdszycką; pierwsze transporty wód adelajdskiej i fachyngierskiej zaczynały się w czerwcu. Mineralną działalność szybko wydzielono – po usamodzielnieniu się Karol Schubuth sprzedawał je w osobnym sklepie.
W latach czterdziestych elegancki magazyn przy Krakowskiej zaczął dodatkowo słynąć płótnem i bławatami. Schubuthowie stali się jednymi z ważniejszych przedstawicieli cesarsko-królewskiego uprzywilejowanego składu płócien Franza Ernsta hrabi Harracha w stolicy. Mieli zawsze w zapasie wszelkie gatunki płócien w sztukach po 30 lub 42 łokcie wiedeńskie (tzw. kopówki) i w półsztukach, weby (bardzo cienkiego lnianego płótna na eleganckie wyroby) w sztukach po 50 lub 54 łokci wiedeńskich. Co miesiąc z najchlubniej znanej fabryki Harracha przychodziły nowe dostawy wyrobów lnianych: czynowatej i adamaszkowanej bielizny stołowej w sztukach lub garniturach na 6, 12, 18 i 24 osób, białych i kolorowych szczerych, płóciennych i płócienno-fularowych chustek do nosa, białego płótna paskowego, czynowatych i adamaszkowanych ręczników w sztukach i na tuziny, serwet do kawy, serwetek deserowych, a także adamaszków do obicia mebli.
Od 1842 roku Schubuthowie sami wyrabiali wosk. W czasie największej prosperity przerabiali rocznie ponad 5 ton tego wyrobu. Na składzie mieli jednak też świece stearynowe produkowane w ck uprzywilejowanej fabryce Adolphe’a de Milly, po niezmiennej cenie 45 krajcarów za funt, bardzo umiarkowanej, bo tylko o 5 krajcarów wyższej niż w Wiedniu.

Gdy Fryderyk Schubuth senior zmarł w 1847 roku, jego synowie w naturalny sposób przejęli rodzinny biznes. Nie będąc już w żadnym stopniu ograniczonymi wolą ojca, postanowili wzbogacić ofertę towarów kolonialnych. Nawiązali współpracę z Karolem Holzmannem, wiedeńskim fabrykantem wyrobów cukrowych i czekolady. Skład wosku, świec i płócien znów pachniał Orientem, ale i… apteką. Dzwonek w drzwiach wejściowych coraz częściej zwiastował wizyty niedomagających lwowianek, którym ftyzjatra – albo i reklamodawca – podpowiedział markę zbawiennego syropu uśmierzającego kaszel, chrypkę i wszelkie rodzaje kataru. Na ladzie w pudełkach czekały odwilżające cukierki, najprzedniejsze czekolady zdrowotne, ulubiona i bardzo uzdrawiająca czekolada przyprawiana na oślim mleku. Cierpiący na piersi mogli się u Schubutha zaopatrzyć w czekoladę homeopatyczną lub nawet bezolejkową w proszku. Ta ostatnia zwłaszcza sprzyjała żołądkowi, bardzo łatwo ulegając trawieniu. Powodzeniem cieszyły się atrakcje rodem z Paryża: Racahout des Arabes – sproszkowane prażone żołędzie i salep, czyli bulwy storczyków, zmieszane z cukrem, wanilią i skrobią – zalecano na śniadanie lub jako lekki wieczorny posiłek wszystkim słabowitym, cierpiącym na wrzody i wiatry, rekonwalescentom i dzieciom; ciasteczka i syrop de Nafé d’Arabie, wyrabiane z niemal magicznego egipskiego owocu, który miał osobliwie uśmierzać i uzdrawiać skołatane serce i świszczące płuca. Subiekci prześcigali się w prezentacji coraz to nowych proszków, a kasjer liczył te cudowne medykamenty oczywiście po cenach najsłuszniejszych. W każdym razie dość słusznych, by w 1849 roku hojny szef mógł przekazać niebagatelną sumę 50 reńskich (100 koron) na tworzony wówczas fundusz dla lwowskich inwalidów. Uczestniczył bowiem chętnie w wentach (przekazując bieliznę, koszule i świece) i zbiórkach pieniędzy na rzecz pogorzelców, sierot czy najuboższych uczniów szkół powszechnych.
W 1851 roku Schubuthowie zobowiązali się dostarczać miastu świece do oświetlania ulic. Symbolem firmy stała się figurka Chińczyka stojąca w witrynie sklepu. Na Wystawie Lwowskiej chwalili się przede wszystkim świecami kościelnymi w przeróżnych rozmiarach i barwach, stoczkami plecionymi w różne formy i coraz jaśniej bielonym woskiem.
Rok 1855 przyniósł zmiany, dalszy rozwój i dywersyfikację asortymentu. Na słynnym dwutygodniowym jarmarku w Ułaszkowcach koło Czortkowa, gdzie zachód cesarstwa zawierał kontrakty z kupcami wschodniej Galicji, Schubuthowie najbardziej liczyli na zbyt płócien Harracha z morawskich Janowic i czeskiego Starkenbach. Ich kram wabił jednak wonią prawdziwej rosyjskiej herbaty karawanowej Pecco. Ekspedientki wsypywały odważone porcje suszu do papierowych torebek lub ozdobnych firmowych pakunków, a najprzedniejsze gatunki czekały już w blaszanych i porcelanowych puszkach. Równie egzotyczne, bo importowane z dalekich krain, zdawały się proszki seidlitzkie (tylko angielskie, niefałszowane), francuskie sardyny w oliwie, angielska mąka musztardziana czy prawdziwa woda kolońska z fabryki Jana Marii Faryny. Stoisko zdobiły pięknie malowane świece i gromnice z lwowskiej fabryki Schubuthów.

Tymczasem po kilkudziesięciu latach nadszedł czas wielkiej przeprowadzki sklepu na Rynek, pod numer 173, do renesansowej Kamienicy Lorencowiczowskiej, zwanej Czarną. Należała ona wówczas do rodziny Nikorowiczów, a zarządzała domem wdowa Kajetanna z Bohdanowiczów Nikorowiczowa. Mieszkali tam „ludzie najrozmaitsi, lepsze partie zajmowało ziemiaństwo dla kształcenia dzieci do miasta przybyłe oraz urzędnicy; tyły i małe jednopiętrowe oficyny rzemieślnicy i drobniejsza biedota miejska, faktorzy, krawcy, wdowy bez określonego zajęcia z gromadami dzieci i sublokatorami” [5]. Gdy tylko Fryderyk Schubuth junior urządził nowy portal sklepu, do lokalu obok, na prawo od wejścia (w układzie przed przebudową), wprowadził się ze swym zakładem pan Franciszek, syn Jana, wnuk Szymona, ze słynnej zegarmistrzowskiej dynastii Englów. W sąsiedniej kamienicy działała – bardziej z miłości do książek i Ojczyzny niż z chęci zarobku – księgarnia Karola Wilda syna, zasłużonego lwowskiego radnego, wydawcy „Dziennika Literackiego”.
„Handel towarów płóciennych, woskowych i herbaty” (lub „handel towarami mieszanymi”) Fryderyka i Karola Schubuthów anonsował w prasie codziennej najlepszy i najświeższy dobór herbaty Pecco z Chin i Rosji – czarnej bez kwiatu, średniej, bardzo przedniej lub „tylko” przedniej jakości z kwiatem, w oryginalnych pakietach funtowych, bez żadnych okruszyn, karawanowej familijnej, zielonej perłowej i Gunpowder (przypominającej proch strzelniczy) oraz karawanowej najwyborniejszej w puszkach porcelanowych pół- i całofuntowych. Zamówienia pocztowe z prowincji, niemniejsze niż pięciofuntowe, wysyłano franco (sklep pokrywał koszty pakowania, załadunku i wysyłki do miejsca przeznaczenia) aż na miejsce wskazane w zamówieniu, szybko i rzetelnie; jeśli herbata okazywała się niemającą czystego smaku i zapachu albo niewartą ceny, Schubuthowie zwracali zapłaconą kwotę. Oprócz wszelkiego gatunku i rozmiaru świec i stoczków, w ofercie mieli zapałki, smolne kagańce, małe świeczki do domowych i podróżnych ołtarzyków, dalej wosk biały, czarny, drzewny, a wreszcie i żółty do froterowania posadzek w czworograniastych i półokrągłych kawałkach. Na składzie stale były świece stearynowe marek Apollo i Milly, świeże nasiona warzyw i owoców dostarczane z Erfurtu przez spółkę Carl Platz i syn, a także Ernesta Benarego.
Pod koniec lat pięćdziesiątych w już i tak obficie zaopatrzonym składzie „Frydryka Schubutha” (już po secesji z Karolem) pojawiły się koszule – płócienne, bawełniane białe i kolorowe – oraz wysokogatunkowa bielizna: gorsety, szmizetki, kołnierzyki, niciane i bawełniane pończochy i skarpetki, pończoszki dla dzieci itp.; oczywiście po cenach najumiarkowańszych, więc drzwi się nie zamykały. Niestety 19 sierpnia 1859 roku, w kwiecie wieku, acz po długiej chorobie zmarła Amalia z Grossmannów Schubuthowa, pozostawiając w rozpaczy męża Fryderyka i nastoletnie dzieci.
W sierpniu 1861 roku firma przeprowadziła się na sąsiednią pierzeję Rynku, do narożnego domu Pfaffa pod numer 164–165 (później: Rynek 45), koło fotograficznego atelier Ignacego Stahla. Większa siedziba dawała większe możliwości, co Schubuth od razu podkreślił w reklamach: „Mój skład wszelkich gatunków płócien, web rumburskich i holenderskich, prawdziwej lnianej adamaszkowej i cwelichowej bielizny stołowej, tak garnitur na 6, 12, 18 i 24 osób, jako też pojedynczych obrusów i serwet, nakryć do kawy i serwet desertowych, ręczników, białych i kolorowych chustek do nosa, lnianych i bawełnianych dymek, chustek batystowych, prawdziwego lnianego płótna, zegeltuchu, nici do roboty pończoszkowej, prawdziwej potendorfskiej bawełny do robót pończoszkowych, nicianych i bawełnianych pończoch i szkarpetek, koszul kolorowych męskich, kaloszy gumielastycznych wszelkiej wielkości – pomnożyłem zapasami w wielkim wyborze […]. Ponieważ, jak wiadomo, od przechowania herbaty wiele zawisło, i ta, leżąc koło innych towarów, delikatną woń i na smaku traci, urządziłem w nowym sklepie osobny lokal, aby herbatę od wpływu niezgodnych wyziewów ochronić” [6].
Rzetelną i uprzejmą obsługę ceniła wysoka szlachta i nieherbowa publiczność Lwowa i okolic. Schubuth miał jednak ambicję, by zapewnić dostęp do świeżej herbaty w całym regionie. Osiągnął to dzięki współpracy z lokalnymi kupcami w Turce nad Stryjem, w Bochni, Brzeżanach, Przemyślu, Kołomyi, Sączu, Jaśle i Rzeszowie. W ten sam sposób dystrybuował później masę do woskowania podłóg do Tarnowa, Czerniowiec, Zaleszczyk, Sambora, Tarnopola, Podwołoczysk, Stanisławowa, Krakowa, a nawet do Wiednia, Pragi i Brna.

W 1863 roku otrzymał koncesję na prowadzenie składu komisowego świec parafinowych dla całej Galicji; sprowadził wtedy też szczególnie wyborną herbatę, którą Chińczycy zachwycili angielskich koneserów na wystawie w Londynie. Wciąż najlepiej sprzedawały się Pecco, czarna Diamand i zielona Gunpowder, jednak na półkach pojawiła się w końcu herbata w proszku – dla mniej wybrednych i niezamożnych.
Przebojem końca lat sześćdziesiątych okazały się kalosze gumielastyczne, amerykańskie, angielskie i wiedeńskie, do obcasików i ze specjalnymi guziczkami do zzuwania bez pomocy rąk, zapewne podobne do tych, które baron Krzeszowski kupował u Wokulskiego.
Bywali u Schubutha hazardziści, niedzielni inwestorzy i damy żądne dreszczyku emocji. Na taką klientelę czekały losy loterii Johanna Carla Sothena, znanego z chciwości wiedeńskiego nuworysza, bankiera, ale i kombinatora. Nęciła szansa wygranej, m.in. repusowanych w srebrze serwisów obiadowych, serwisów do herbaty i kawowych. W wielkiej i bogato wyposażonej loterii, której ciągnienie nastąpiło 24 lutego 1857 roku, wśród fantów znalazły się darowane łaskawie przez Ich ck Mości przepyszne serwisy z porcelany, aż 100 sztuk czerwonych złotych i srebrne talary. Nabywca 5 losów otrzymywał szósty gratis. Dobrze szła też sprzedaż kuponów na promesę węgierską, losów miasta Krakowa i obligacji pożyczek wiedeńskich – szczęśliwcy mogli wygrać od 10 do 200 000 reńskich.
Od 12 czerwca 1872 roku sklep „najdawniejszy i z rzetelności znany” prowadzono pod firmą Fryderyk Schubuth i Syn. Wydawało się, że następuje naturalna wymiana pokoleń. Syn, dziedzic interesu, był już trzecim z kolei Fryderykiem. Do handlu co rusz wprowadzał nowinki: wełniane i jedwabne deszczochrony, płótno górskie, creas (półpłótno), webę szwajcarską i irlandzką, płótna na bezszwowe prześcieradła, saskie pończochy, pikę, biały ryps, przody do koszul, przyjemne, a jednocześnie trwałe perkale i połyskujące szertingi.
Konkurencja jednak też nie próżnowała. Na rynku pojawiały się najróżniejsze podróbki, tańsze zamienniki, produkty nie tak wyrafinowane, o niższej jakości, lecz delikatniejsze dla pugilaresów. W 1876 roku Schubuth apelował do czytelniczek prasy lwowskiej, że jeśli nie będą froterować posadzek czystym woskiem pszczelim, nie zapewnią im trwałości ani pięknego połysku; że surogaty parafinowe, cerezyna, wosk mineralny ani ziemny nie nadają się do satysfakcjonującej konserwacji. Jednocześnie intensywnie promował wyrób własnej fabryki – kauczukową masę do zapuszczania podłogi, z istniejących najpiękniejszą, najtrwalszą i dlatego nagrodzoną srebrnym medalem zasługi na Wystawie Krajowej Rolniczej i Przemysłowej we Lwowie w 1877 roku. W sklepie na Rynku, a także na prowincji w handlach korzennych, przez następne dwie dekady można było nabyć niezawodną masę w czterech (biała, jesionowa, orzechowa, mahoniowa), a później nawet w pięciu kolorach (dodatkowo: jasnożółta), oczywiście z instrukcją jej użycia. Jeden funt wiedeński, czyli 560 gramów masy (cena: 1 reński, opakowanie gratis) wystarczał na jeden wielki pokój. Anonse w kalendarzach – np. w „Haliczaninie” na rok 1878 – zajmowały całą stronę. W „Kalendarzu Powszechnym, Gospodarskim i Informacyjnym” na rok 1879 Schubuth zajął również całą stronę na osobne reklamy poszczególnych działów swego sklepu. Jedna zapowiadała świeży transport ośmioletniego rumu bremskiego i chińsko-rosyjskiej herbaty zebranej w maju 1878 roku; druga zachwalała masę kauczukową; trzecia – bieliznę stołową, najtrwalszy materiał na kalesony: calicot, bawełniane włoskie płótno (w sztukach po 30 łokci wiedeńskich na 10 par kalesonów), płócienne koszule męskie, koszule szertingowe z płóciennym przodem, gotowe kalesony, damskie koszule dzienne z płótna rumburskiego lub najlepszego szertingu (obszyte płóciennym ząbkami zarówno na bluzach, jak i na rękawkach), firanki frou-frou i muślinowe. W latach osiemdziesiątych pojawiły się w ofercie również saskie skarpetki i dziesięcioletni rum bremski. Asortyment sklepu był coraz bogatszy, podobnie jak jego właściciele.
Niestety rodzinę Schubuthów dotknęła wielka osobista tragedia – choroba psychiczna Fryderyka juniora. Wskutek zawieszenia sądowej kurateli nad obłąkanym 6 października 1888 roku rozwiązano spółkę Fryderyk Schubuth i Syn Handel Towarów Mieszanych, a firmę zarejestrowano ponownie jednoosobowo na ojca. Jubileusz stulecia sklepu obchodzono w cieniu trosk i straty. Syn, w którym tyle nadziei pokładano, odszedł z tego świata w 1889 roku w wieku zaledwie 47 lat.
Sędziwy kupiec nie zrezygnował z pracy. W ostatnich latach życia cieszył się najbardziej prestiżowymi zamówieniami herbaty, które co kilka miesięcy składał sekretariat Jego królewskiej wysokości księcia Leopolda Bawarskiego. Tłumaczenie korespondencji dworskiej publikował dla reklamy w prasie codziennej. Jako pokorny poddany cesarza Franciszka Józefa, zawsze szczycił się pochwałami królów i książąt, panujących także w obcych krajach. Fryderyk Schubuth zmarł 30 grudnia 1893 roku, mając 83 lata.
Szyld się nie zmienił. W ofercie nadal przodowały płótna, bielizna, medalowa masa do zapuszczania podłogi, świece z rodzinnej fabryki i aromatyczne herbaty. Zagwarantowanie oczekiwanej jakości towaru stawało się coraz kosztowniejsze i trudniejsze. Ze względu na znacznie niższą cenę importu z Cejlonu i Indii pośrednicy masowo fałszowali herbatę; sprzedawali mieszanki lub gorsze gatunki jako chińską; indyjska była mocniejsza, chińska bardziej wyrafinowana. W przeciwieństwie do jasno naciągającej Pecco – dostępnej w różnych klasach i cenach – herbaty czarne naciągały silniej: Congo, Souchong, tegoż gatunku zbiór majowy, Souchong wyborna – powszechnie lubiana, lecz droższa, wreszcie Congo Kaisow, najprzedniejsza chińska, dająca napar głębokiej, czerwonej lub winnej barwy, o delikatnym, kwiatowym smaku z pikantną nutą.
Sklepowe szafy i regały uginały się od coraz wykwintniejszych dodatków, napojów i przysmaków. Vero Cognac konkurował z Arakiem de Goa, białym rumem i prawdziwym rumem bremskim. Schubuth zaczął też sprowadzać słynne holenderskie kakao Van Houten – rywalizował bowiem w tym czasie we Lwowie z firmą Syriusz Artura Mościckiego, handlującą herbatą, kawą, kakao, czekoladą, koniakiem i hiszpańskim winem.
W dziale wosku oferowano świeczki na drzewka-renesanse, własnego wyrobu gromnice, paschały, tryanguły na Ciemne Jutrznie, wosk w tabliczkach dla dentystów i aptekarzy, własnej produkcji kwiaty do świec i ołtarzy, a także najlepsze świece stearynowe i kandelabrowe marki Apollo.
W 1899 roku dzieci zmarłego właściciela, Gustaw Schubuth i Amalia Konstancja z Schubuthów Lang, wykreślili firmę „Fryderyk Schubuth” z wykazu jednoosobowych i wpisali ją do rejestru spółek. By zapewnić jej sprawne działanie, udzielili prokury swemu zaufanemu pomocnikowi, trzydziestopięcioletniemu Mieczysławowi Adolfowi Julianowi Szydłowskiemu, synowi Zenona Jana, radcy Krajowej Dyrekcji Skarbu, i Wiktorii z domu Speerr. Zbliżały się nowy wiek i nowa epoka w dziejach sklepu.
Amalia Lang zmarła przedwcześnie 27 maja 1899 roku w wieku 54 lat. W jej miejsce jako jedyny spadkobierca, do spółki wszedł mąż, inżynier Wiktor Rafał Lang. Ten zafascynowany mediumizmem spirytysta, publicysta lipskiego miesięcznika „Psychische Studien” i okazjonalny tłumacz nie zamierzał zajmować się handlem. Wolał relacjonować seanse Eusapii Paladino i rozwijać znajomość z Julianem Ochorowiczem. W 1900 roku Szydłowski wstąpił więc do spółki; dokumenty podpisywał odtąd wspólnie z Gustawem Schubuthem. Brzmienie firmy sprostowali na „Fryderyk Schubuth i spółka”. W związku z coraz śmielszym naśladowaniem ich opakowań zarejestrowali markę ochronną: Herbatę z Chińczykiem.

Od 1900 roku Szydłowski polecał ozdobnie malowane paschały i oczywiście wszelkie inne wyroby z jedynej krajowej fabryki świec i blicharni wosku. W handlu herbatą konkurował ze składem towarów kolonialnych, win i nasion Edmunda Riedla, posła na Sejm Krajowy Galicji. Dlatego w sklepie Schubutha zaczęto też oferować marki Kaiser, Congo i najlepsze okruchy z własnych herbat. Stary rum bremski sprzedawano już nie tylko na butelki, ale i na połówki lub ćwiartki. Wraz z nadprodukcją kawy na wielkich plantacjach w Ameryce Łacińskiej ceny przysmaku spadały. Spożycie czarnego napoju rosło i stopniowo się demokratyzowało. Na początku XX wieku coraz więcej klientów zamawiało aromatyczne ziarna w woreczkach – prym wiodły Gwatemala, Ceylon – dobra, gruba, przednia, najprzedniejsza lub perłowa, arabska Mokka i Złota Jawa.
W 1904 roku umarli Maria z Bunzlów Szydłowska, czterdziestotrzyletnia żona Mieczysława, i Gustaw Schubuth, ostatni właściciel o tym nazwisku. Odtąd wspólnikami byli tylko Lang і Szydłowski, który samodzielnie reprezentował przedsiębiorstwo. Ożenił się ponownie w kościele św. Antoniego z panną Anną Niewiardowską 28 stycznia 1908 roku. Wybrano go do rady miejskiej, gdzie działał dla rozszerzenia rynków zbytu dla krajowych wyrobów i żywo wspierał Ligę Pomocy Przemysłowej.
W sklepie słynącym niegdyś z płócien i wosku, coraz więcej półek zajmowały znakomite alkohole, np. czysty, naturalny Cognac de la Distillerie Française St. Georges. Przeszło dwa razy droższy, po 7 koron za butelkę, był ekskluzywny koniak firmy Lucien-Foucauld & Co. Świece do Sanctissimum i ozdobne gromnice powoli ustępowały znakomitym wódkom i likierom z rafinerii spirytusu założonej przez Kazimierza hrabię Drohojowskiego w Bolanowicach koło Mościsk. Biały miód lipowiec polecano zza kontuaru jako rzekomo jedyny środek kuracyjny przeciw kaszlowi. Zmiany następowały jednak bardzo powoli, odbiorcy kościelni przynosili wciąż znaczny przychód. W 1909 roku Szydłowski został nagrodzony dyplomem honorowym na lwowskiej wystawie kościelnej. Nie rezygnował więc z handlu paschałami i masą do podłóg ani z produkcji kwiatów do świec. Nie było mu jednak dane zestarzeć się w sklepowym kantorku. Śmierć zaskoczyła go w pełni sił, w 48. roku życia, w pierwszych dniach marca 1912 roku. Kilka tygodni później gruźlica zabiła jego wspólnika, o 6 lat młodszego Langa.
Osierocona przez oboje rodziców Stanisława Maria Szydłowska miała wówczas niespełna 15 lat. Zarządzanie rodzinnym interesem spadło na jej macochę, która długo się nie zastanawiając, podjęła wyzwanie i zaczęła publikować w prasie reklamy pod szyldem „Anna Szydłowska, przedtem Fryderyk Schubuth i Ska”. W jednych zachwalała świece kościelne, wosk pszczelny blichowany, masę kauczukową z domieszką czystego wosku w 5 odcieniach i kwiaty batystowe ręcznej roboty. W innych podawała ceny dostępnych gatunków miodu, herbaty, kawy – zarówno surowej, jak i codziennie świeżo palonej. Wzbogaciła asortyment sklepu o kolorowe świeczniki choinkowe, figurki Jezusa, żłóbki, szopki, kadzidło królewskie, knoty, oliwę do świecenia i cenioną oliwę nicejską.
Tymczasem Europa trzęsła się w posadach – wybuchła Wielka Wojna. 3 września 1914 roku do Lwowa weszła armia rosyjska. Mieszkańcy, przerażeni doniesieniami o zniszczeniu Kalisza, spodziewali się najgorszego. Zaczęły się rekwizycje narzędzi i różnych towarów na potrzeby wojska. Oddziały kozackie doprowadziły do wielkiej strzelaniny i pogromu Żydów. Zniszczono i obrabowano wiele sklepów. Wprowadzono godzinę policyjną. Warunki dla handlu stały się niepewne; wielu kupców bankrutowało, częściej zdarzały się oszustwa i kradzieże. Po wycofaniu się Rosjan latem 1915 roku wprowadzono kartki na żywność. Szydłowska dementowała plotki o niewypłacalności jej firmy, tłumacząc, że upadłość ogłosiła inna Anna Szydłowska sprzedająca tapety. W 1918 roku agent handlowy, niejaki Stanisław Rybicki, wyłudził od wdowy pokaźną kwotę 700 koron na niezrealizowany zakup towarów spożywczych. Mimo to kontynuowała filantropijne tradycje firmy, wspierała fantami m.in. gwiazdkę dla ubogich dzieci organizowaną przez Towarzystwo pań miłosierdzia św. Wincentego á Paulo.
Po wojnie polsko-bolszewickiej Stacha Szydłowska wzięła ślub z oficerem Legionów, Włodzimierzem Albinem Hanuszkiewiczem, synem Floriana i Jadwigi z domu Smełty. Był jej rówieśnikiem i podobno Włochem z pochodzenia. Tak przynajmniej w rodzinie mówiono. Młodzi przejęli prowadzenie sklepu. Wydaje się, że Włodek po ojcu, który znikał czasem na całe lata, odziedziczył niesłowność i swobodny stosunek do zobowiązań – ujmując rzecz eufemistycznie. Aleksander Zakrzewski, nie gryząc się w język ani w pióro, wspominał, że Włodek: „Gorliwie zajął się zarządzaniem firmy Schubuth i Ska, którą Stacha Szydłowska wniosła mu w posagu. Ale skutki tej działalności nie były pomyślne. Obroty malały, sklep ubożał, aż wreszcie Włodek porzucił trwale i sklep, i swoją rodzinę. Dzielna Stacha umiała mimo to wyprowadzić na ludzi swoją trójkę dzieciaków” [7]. 16 czerwca 1924 roku urodził się najstarszy z tej trójki, Adaś, potem Marysia i Janusz, a w czasie kolejnej wojny także Wojtek, ale był to już syn drugiej żony Włodka, Lilki [8]. Hanuszkiewiczowie postanowili – przynajmniej na jakiś czas – przywrócić dawną markę przedsiębiorstwa. I znów na lwowskim Rynku Firma Fryderyk Schubuth i Ska, lub po prostu: Firma Schubuth, polecała kawę, herbatę, kakao i czekolady w najlepszych gatunkach, świece kościelne, stołowe, kadzidła, paschały. W 1926 roku dołączyła do dobroczyńców herbaciarni Ligi Katolickiej przy parafii bernardynów na Placu Halickim, gdzie ubodzy zaopatrzeni w specjalne legitymacje otrzymywali codziennie herbatę z cukrem i pieczywo.
Miejsce wykwintnej bielizny stołowej i wiedeńskich płócien zajęły w sklepie nowe – może bardziej potrzebne, może tańsze – materiały na ubrania, kostiumy, płaszcze i kurtki, lodeny, drelichy i welwety na liberie. Po cenach fabrycznych dostępny był ogromny wybór wełnianych koców na łóżka – gładkich kamelhaar i himalaya, deseniowych, trwałych dla służby, a nawet derek do przykrywania koni. Hanuszkiewiczowie zaczęli nawet określać swój skład mianem jedynej w mieście hurtowni tekstylnej. Jak to w hurcie, sprzedawali nie tylko towar odpasowany, ale i na metry. Wzięli oczywiście udział w Tygodniu Propagandy Wyrobów Krajowych w 1930 roku, pod podwójną firmą: Hanuszkiewicz Włodzimierz (F-a Schubuth i Ska), cały czas bowiem produkowali świece. Oprócz własnych dystrybuowali świece i lampki nagrobkowe z knotem metalowo-bawełnianym – prawnie zastrzeżonym – z warszawskiej fabryki Polo. Klienci mogli składać zamówienia telefonicznie pod numerem 71-51. W tym czasie w narożnej kamienicy, gdzie od tylu dziesięcioleci mieścił się słynny sklep, zaczęła w najlepsze prosperować Knajpa Literacko-Artystyczna Atlas. Do „książęcej” kuchni ciągnęła miejscowa bohema, która zapewniła jej przetrwanie w pamięci pokolenia, choć restaurację zamknięto w 1944 roku.
Jeszcze w 1935 roku szanownej publiczności przypominał się Włodzimierz Hanuszkiewicz, kupiec spożywczo-kolonialny z Rynku, z domu u wylotu ulicy Grodzickich. Równolegle swój główny skład świec kościelnych i stołowych firmował wciąż mianem Fryderyka Schubutha. Jednak coraz mniej lwowiaków pamiętało tę rodzinę o obco brzmiącym nazwisku. W gazetach coraz rzadziej drukowano anonse cynamonowego sklepu. Ale pachniał nadal dalekimi krajami. Od połowy lat trzydziestych Stacha Hanuszkiewiczowa prowadziła odziedziczony skład kawy i herbaty na własną rękę. Za ladą kręcił się Adaś. Być może z Balladyną pod pachą…
PRZEMYSŁAW PAWLAK
Źródłem informacji – jeśli nie zaznaczono inaczej – były skany aktów urodzeń, małżeństw i zgonów dostępne w portalu geneteka.genealodzy.pl, karty nagrobków Cmentarza Łyczakowskiego, archiwalna baza danych teleadresowych genealogyindexer.org, ogłoszenia drukowane w – głównie lwowskich – kalendarzach, gazetach i czasopismach: „Przeglądzie Politycznym, Społecznym i Literackim”, „Gazecie Narodowej”, „Gazecie Lwowskiej”, „Gazecie Porannej”, „Nowinach”, „Kurierze Polskim”, „Szczutku”, „Dzienniku Polskim”, „Dzienniku Lwowskim”, „Przeglądzie Powszechnym”, „Nowościach Ilustrowanych”, „Kronice Powszechnej”, „Słowie Polskim”, „Polskim Universum”, „Przeglądzie. Organie Związku Stowarzyszeń Przemysłu Restauracyjnego i Pokrewnych Zawodów” i in.
[1] J. Ficowski, Regiony wielkiej herezji. Rzecz o Brunonie Schulzu, Sejny 2002, s. 17–18.
[2] B. Prus, Lalka. Powieść, t. 1, Warszawa–Kraków 1897, s. 154.
[3] B. Schulz, Sklepy cynamonowe, Warszawa 1934, s. 135.
[4] A. Hanuszkiewicz, Teatr jest nudny beze mnie. Rozm. R. Pawłowski, „Gazeta Wyborcza” 2002 nr 201, dod. „Duży Format” nr 17, s. 4.
[5] Ł. Charewiczowa, Czarna kamienica i jej mieszkańcy, Lwów 1935, s. 121.
[6] „Przegląd Powszechny” (Lwów) 1861 nr 78, s. 4.
[7] A. Zakrzewski, Sanatorium Mariówka i medycyna. Wspomnienia z pierwszej ćwierci XX wieku, Wrocław 1975.
[8] Zob. blog Barbary Gotkowskiej z domu Ohli, krewnej Adama Hanuszkiewicza (ich babcie, Zofia i Jadwiga z domu Smełty, były siostrami), Wspomnień czar…, wpis: Jadwiga Hanuszkiewiczowa ze Smełtych – najwcześniejsze wspomnienia, 28 grudnia 2016, barbarablog1.blogspot.com/2016.