Wygląda na to, że gatunek zwany „podróżą do Włoch” stanowi specjalność cudzoziemców przybywających z północy lub północnego wschodu. Kiedy jednak Włoch zabiera się do pisania o własnym kraju, przestaje to być na ogół operacją neutralną, dominuje albo bezlitosna krytyka rozmaitych współczesnych plag albo gloryfikacja wyjątkowego rzeczywiście dziedzictwa artystycznego. Tę ostatnią optykę przyjął choćby Guido Piovene w swojej dwutomowej klasycznej „podróży”: Viaggio in Italia z 1957 roku. Pisał ją niedługo po wojnie, kiedy pilnie należało odtworzyć narodową spójność, pogodzić wspaniałą przeszłość, biorąc w nawias faszystowskie dwudziestolecie, z modernizacyjną perspektywą.
Po niemal siedemdziesięciu latach, Gianrico Carofiglio, autor licznych bestsellerów, między innymi poczytnych powieści kryminalnych, znanych również w Polsce, pisze następną Viaggio in Italia (Milano 2026), podejmuje się jednak zadania skrajnie odmiennego; jego książka to rzeczywiście, jak czytamy na skrzydełku, rodzaj „widzialnych miast”, w odróżnieniu od tych, które opisywał Italo Calvino. Składają się na nie okruchy, fragmenty, impresje, wspomnienia, są też oczywiście dzieła sztuki i architektury, bo nie sposób ich przecież ignorować, lecz przywoływane marginalnie, zrównane z rozmaitymi szczegółami, takimi jak stare kina i potrawy, duchy nawiedzające stare domostwa i warsztaty rzemieślnicze.

Już w starożytności Italia określana była jako cywilizacja wybitnie miejska i takie są Włochy u Carofiglia; raczej patronuje mu Stendhal niż Goethe, nie ma tu krajobrazów ani roślin, a więc Włochy widziane są jako swojego rodzaju artefakt, produkt ludzkiego wysiłku i geniuszu, lecz również jako miejsce pozbawione aury podniosłej wyjątkowości, przestrzeń, gdzie żyją ludzie, a nie tylko symbole minionej wielkości i duchy słynnych twórców, co dla czytelników tradycyjnych relacji z podróży może być niejakim zaskoczeniem…
Wędrówka zaczyna się w Palermo i zmierza, z małymi wyjątkami, na północ. Palermo idealnie odpowiada wizerunkowi Włoch jako krainy kontrastów, gdzie niskie miesza się z wysokim, piękno ze zbrodnią i brzydotą, przesada z elegancją. „Jesteśmy seryjnymi kolekcjonerami stylów – powiada jeden z rozmówców pisarza – zachowujemy wszystko. Piękne, brzydkie, wszystko”. Trudno zapomnieć – Carofiglio był sędzią – że Palermo to również sceneria zbrodni mafii, której liczba ofiar nie ma sobie równych w historii kryminalnej współczesnego Zachodu.
Są też optymistyczne przykłady zmian na lepsze: zaniedbane i niebezpieczne Bari, rodzinne miasto autora, znane głównie jako port, skąd odpływają promy do Grecji, stało się jedną z modnych turystycznych „destynacji”; dzielnice Neapolu: Scampía, Sanità, odzyskano dla normalnego życia mieszkańców. Neapol, tak jak Palermo, budzi skrajnie odmienne reakcje; Stendhal nazwał go najpiękniejszym miastem na świecie, współczesny „The Sun” natomiast określił go jako prawdziwe piekło, miasto przypominające Karaczi, Rakkę, Grozny. Literatura ostatnich lat, a szczególnie jej planetarne bestsellery pióra Roberta Saviana i Eleny Ferrante, odkryła w splocie opuszczenia i camorry prawdziwą złotą żyłę, odwieczny mit biednych Włoch, mających gwarantować większą autentyczność doznań.
Jak opowiedzieć Rzym? Można wybrać tylko jakiś jeden wątek, na przykład opowiedzieć miasto poprzez niezliczone filmy, poczynając oczywiście od Rzymskich wakacji. Ale i tu nie należy się spodziewać żadnej systematycznej wykładni, skoro brakuje Felliniego i Sorrentina. Jako przedmiot narracji filmowych i literackich Rzymowi dorównuje z pewnością Florencja, od Pokoju z widokiem do Piekła Dan Browna. Miasto z największą koncentracją dzieł sztuki na świecie, przyprawiające o sławetny syndrom Stendhala, wymyka się choćby serii wyliczeń słynnych artystów i zabytków. Ma też, jak wszystko we Włoszech, swoją ciemną stronę zbrodni i trucizny, poczynając od spisku Pazzich i Katarzyny Medycejskiej. Wielokrotnie przytaczana kwestia Orsona Wellesa z Trzeciego człowieka, którą cytuje Carofiglio, dobrze oddaje fascynację cudzoziemców tym właśnie aspektem Włoch: „We Włoszech […] były wojny, terror, morderstwa, rzezie, lecz miały też one Michała Anioła, Leonarda da Vinci, renesans. W Szwajcarii nie było nic poza miłością braterską, lecz w ciągu pięciuset lat spokojnego życia i braku wojen, cóż takiego mamy? Zegar z kukułką”.
Nie ma sensu wyliczać kolejnych komponentów włoskiej mozaiki, przywołajmy jeszcze podcienia w Bolonii liczące niemal czterdzieści kilometrów i wpisane przez UNESCO na listę dziedzictwa ludzkości, podobnie jak tamtejszy dziecięcy chór Zecchino d’oro. I już możemy się tradycyjnie pożegnać z Włochami w Wenecji, chociaż są jeszcze rozdziały o Mediolanie, Turynie, Genui.
Wenecja się wyludnia – od tego zaczyna się poświęcona jej opowieść. W 1950 mieszkało tam sto siedemdziesiąt tysięcy; dziś mniej niż pięćdziesiąt. W centrum miasta, na wystawie pewnej apteki, licznik pokazuje ich malejącą liczbę. Wenecjanie przenoszą się do Padwy, Mestre. I jest to szczególna emigracja, nie z powodu biedy, przeciwnie, „wygania ich piękno i woda”, powiada Carofiglio. Ma to daleko posunięte konsekwencje dla charakteru miasta, staje się ono planem filmowym, jednym wielkim bed and breakfast dla mas turystów, miejscem dla bezwstydnej ostentacji bogactwa, jak w przypadku ślubu miliardera, Jeffa Bezosa. Raz jeszcze godne uwagi wydaje się to, co marginalne i na ogół ukryte przed wzrokiem pospiesznych turystów: Calle Varisco, najwęższa ulica mająca pięćdziesiąt dziewięć centymetrów szerokości, wyspa Poveglia z dawnym szpitalem psychiatrycznym, Ca’ Mocenigo, gdzie Giordano Bruno znalazł gościnę, a następnie został zadenuncjowany Inkwizycji przez pana domu; dodać by należało drukarnię Manucjusza, a w istocie pierwsze nowoczesne wydawnictwo. Wenecja zatem jako miejsce wolnego słowa i zdrady, konkurencyjny obraz wobec jej tradycyjnie artystycznej wizji.
Trudno orzec, czy czytelnik biorący do ręki tę książkę poczułby się rozczarowany brakiem melancholijnej wizji Wenecji, miejsca schyłku, rozpadu i niszczącego dzieła czasu, o którym pisali niemal wszyscy wielcy podróżni, od Goethego do Ruskina i Henry’ego Jamesa, a także brakiem opisów fresków, obrazów i kościołów. A może poczułby się zaciekawiony, że można również i tak postrzegać Włochy, jako żywą przestrzeń w ciągłej przemianie.
JOANNA UGNIEWSKA