Pierwsza lektura Ukrywcy Piotra Mitznera (Warszawa, tCHu, 2026) olśniła mnie. Czytając ponownie, ścigam tamto olśnienie. Nie, nie zginęło. Trwa, choć próba analitycznego czytania grozi utratą świeżości. Olśniła mnie lekkość, istna giętkość języka i zarazem gęstość poetyckiej materii.
Trudno oderwać się od pierwszego wiersza, będącego uwerturą tomiku.
znam ten kraj jak
własną kieszeń
ale ktoś
wsypał do niej tłuczone szkło
W dwóch dystychach kondensacja sprzecznych uczuć, splot bliskości i bólu. A ponadto w pierwszym dystychu romantyczny topos z Goethego i Mickiewicza łączy się z idiomem języka polskiego, jak w przypadku większości idiomów nieprzekładalnym na inne języki. Trudno się oderwać od tego wiersza, bo czytając następne warto, a nawet trzeba, do niego wracać. Cały tom ewokuje ambiwalentne doświadczenia tego kraju. Ważne, że Mitzner sytuuje swój tom poza napięciem między ojczyzną a synczyzną, jak rzetelny kartograf, kultywujący swe rzemiosło, zaznacza na mapie ten, a nie inny kraj.

Uczucia nie są obce poecie, komu zresztą są obce, ale zamysł poetycki Piotra Mitznera zdaje się polegać na ich ukrywaniu w taki sposób, że wiadomo, że są ukryte, a wydobywanie ich na wierzch, epatowanie wcale im nie pomaga. Może tylko tak da się ocalić ich pierwotność i szczerość.
dobre łzy
i złe łzy na aukcji
strumień sumień
i nieporozumień
składają się z tego samego
i zawsze na to samo
ukryte jezioro
na dnie wiruje młynek
do mielenia łez
(Lacrimosa zupełnie bez powodu)
Aby z takim dystansem umieć pisać o emocjach potrzebny jest język, dzięki któremu powaga i żartobliwość znajdują się na równych prawach i wzajemnie się wzmacniają. Gdy czytam „strumień sumień i nieporozumień” mam wrażenie, że tę rymowankę podyktował ksiądz Baka, barokowy mistrz paradoksów, pozornie oczywistych jak kawa na ławę. Wirowanie młynka do mielenia łez z ostatniej strofy słychać już wcześniej w potrójnym zrymowaniu: „strumień sumień i nieporozumień”. W sumie jest to ten sam strumień, zawierający różne strony emocjonalności, z którą nie wiadomo, co robić. Strategia ukrycia („ukryte jezioro”) nie powstrzymuje łez, nie zasypuje nie możliwej „do zgłębienia” głębi i nie likwiduje jej sprzeczności. Nie stanowi cudownego remedium, a jednak do czegoś się przydaje.
Gdy się chce ukryć emocje, można posłużyć się nastrojami. W poetyckich kreacjach Mitznera dominują tonacje mollowe. Ulubionym momentem doby jest wieczór, stąd nokturnowy zaśpiew przenikający całość tomu. A jeśli już coś dzieje się za dnia, zazwyczaj jest on pochmurny i z deszczem. Wysokie drzewa, zarośla, gęstwina łąki nie pozwalają patrzeć w dal. Horyzont jest niedostępny, znajduje się gdzieś tam, dokąd odlatują ptaki, gdzie zanikają postacie, coraz bardziej wyblakłe na fotografiach w rodzinnym albumie. Przemijanie nie budzi trwogi, nie powoduje krzyku. Trwanie w ciemności pozwala dostrzegać jakieś – nie całkiem wyraźne – znaki światła, wsłuchiwać się w mruczenie.
W wierszach obecny jest podmiot liryczny, ale przecież nie do końca, błagalnie prosi: „tylko nie w książkę”. Nie jest ważne, na ile odsłania się, a na ile ukrywa, gdyż jego ja podlega przemianom i znikaniu, podobnie jak wszystkie inne zjawiska w odczuwanym i widzialnym świecie. Indywidualne „ja” podlega tak samo rozpadowi i zanikaniu jak kamień upamiętniający rzekomo wiekopomne zdarzenie historyczne.
Podmiot ma wiele wspólnego z autorem, ale to nie zmienia jego sytuacji egzystencjalnej, wyrażonej metaforą topielca.
bagno jest u siebie
ciemno jest u siebie
grząsko
bagno opisane
krukaniem żab
a ty Piotrze po coś tu wlazł?
(Nokturn 6. Bagno)
Poetycka kreacja, w której jest tak wiele zmyślności i kunsztu, charakterystycznych dla stylistyki barokowej i awangardowej, nie może wymknąć się prawu śmierci, nie ocala przed kresem istnienia. Topienie się, zasypywanie piachem, wtykanie patyka (krzyża?) w ziemię nie są aktami podmiotu, lecz działaniami wobec czegoś, co było podmiotem.
Mitznerowski poeta nie jest demiurgiem, a mimo to ma cechy twórcy. Z jednej strony bawi się językiem, z drugiej mówi w sposób zaskakująco trafny. W zacytowanym wyżej „krukaniu żab” daje się w jednym obrazie, osadzonym w obserwacji przyrodniczej, wyrazić prawdę, że śmierć tkwi już w samym początku życia, w jego płodzeniu. Dzięki poetyckiej intuicji możliwy jest przeskok od kumkania do krukania. Ciekawe, czy posępna głoska „u”, obecna w obydwu słowach, mogła jakoś stymulować słuch poetycki.
Udanym konceptem skrzy rozmowa ze zmarłymi rodzicami:
mówię im
– nie znacie się na życiu
– szanuj starszych synu
– pochowajcie się – mówię –
teraz jestem od was starszy
(Rodzice z wizytą)
Jakby język w wyrażeniu kolokwialnym: „schowaj się”, deprecjonującym rozmówcę, sam ukrywał jeszcze inny sens. „Pochowajcie się” niesie różne skojarzenia. Może być przestrogą przed niebezpieczeństwem. Może być prośbą do zmarłych, aby nie przekraczali z powrotem granicy śmierci i już nie przychodzili do żywych. Zmarłych chowają, czyli grzebią z właściwymi obrzędami, ich bliscy, a tu może chodzić o odwrócenie ról. Pochowajcie się sami, czyli nie udawajcie życia po życiu. Język poetycki nie domaga się ścisłości, w jego metaforycznej wieloznaczności można znaleźć klucz do mówienia o sprawach ostatecznych bez wchodzenia na grunt jasności i pewności.
Kot w dom – to tytuł jednego z kilku wierszy o kocie. Warto by osobno opisać ów „kocio-ludzki” wątek Ukrywcy. Ograniczę się do uwagi, że mruczenie kota jest równoległą linią sonoryczną do nokturnowych krajobrazów, w których są błyski i kolory zanurzone w ciemności. Wiadomo ze współczesnej psychologii zwierząt, że mają one życie umysłowe. Można sądzić, że właśnie na tej bazie dokonywało się w przeszłości udomowienie zwierząt aż stały się one partnerami ludzi. Kot Ukrywcy nie ma imienia, jest jednym z kotów, choć właśnie tym, a nie innym kotem, poniekąd z własną biografią, nie całkiem przystającą do biografii „swojego człowieka”. Nie pojmuje wielu ludzkich spraw, zaskakuje go wchodzenie i wychodzenie przez drzwi, za dziwactwo uznaje chodzenie do biblioteki. Ale przecież nie oto chodzi, aby kot i człowiek do końca siebie rozumieli. Nie można oczekiwać w relacjach międzygatunkowych tego, co nieosiągalne wśród samych ludzi. Pomiędzy kotem a „jego człowiekiem” rozwija się więź będąca esencją życia, samym życiem.
„Kot w dom” jest oczywiście parafrazą sentencji „gość w dom”. Cezary Wodziński wywodził na modłę Heideggerowską, że gościnność to przyjmowanie innego. Pierwotny sens zdania „kot w dom” odnosi się zapewne do tego, że koty lubią spędzać wiele czasu poza domem, a do „swoich ludzi” tylko zaglądają. Nie dają się całkowicie oswoić, są wolne. O pewnym włoskim arystokracie, który został papieżem Piusem IX i niósł nadzieję – nigdy nie spełnioną – na odnowę Kościoła w połowie XIX wieku, mówiono, że w jego domu rodzinnym nawet koty były liberalne. Rzecz w tym, że koty są zawsze liberalne, są nimi ze swej natury, inaczej jest z ludźmi. Ta dygresja niech jednak nie trąci naiwnością dydaktyczną, bo jej nie znajdziemy w wierszach Piotra Mitznera. Są one ogarnięte cieniem, który sprawiedliwie rozciąga się nad wszelkim żywotem – tak kocim, jak i ludzkim.
Mitzner zdaje się mówić językiem czysto naturalistycznym, a jednak nie zamyka się na metafizykę. Kot zresztą już swoim pojawieniem się może sugerować coś ponadempirycznego. Ktoś – nie wiadomo żartując czy mówiąc serio – porównywał myślenie metafizyczne do łapania czarnego kota o północy w ciemnym pokoju. Bardzo to pasuje do Mitznerowskich mrocznych, pełnych mruczenia strof. „Gość w dom, Bóg w dom” to pełna sentencja, której fragment Mitzner odnosi do pojawienia się kota. O Bogu w tym tomie konsekwentnie się milczy. Tylko raz wspomina się go w językowym automatyzmie „mój Boże”. Tak mówimy, gdy brak już słów. Nie wiem, czy odzwierciedla się tu epistemiczna powściągliwość Wittgensteina, przekonanego, że o tym, o czym nie można mówić, trzeba milczeć. Może tak, może nie.
Jeśli tak, to rolą poety jako ukrywcy jest przestrzeganie, bądź co bądź, boskiego nakazu nieużywania imienia Boga nadaremno. Poznane przez Mojżesza w krzewie gorejącym imię prawdziwie istniejącego Boga nie mogło być wymawiane. Judaizm był religią prawa i jedocześnie religią apofatyczną. Tradycja teologii apofatycznej jest głęboko wrośnięta w chrześcijaństwo od Grzegorza z Nyssy i Dionizego Pseudo-Areopagity po Tomasza z Akwinu i Pascala, lecz mało obecna w oficjalnym nauczaniu kościołów.
Nie ma potrzeby doszukiwania się na siłę myślenia apofatycznego w poezji Mitznera. Poezja jest zresztą czymś innym niż myślenie dyskursywne, nie można jej sprowadzić nawet do teologii apofatycznej. Ważne jest to, że może ona stać się impulsem do refleksji nad granicami myślenia w sferze obiektywnej. Przywołując figurę „ukrywcy”, wydobytą z historii polszczyzny, autor wierszy ze zbioru Ukrywca nie odrzuca tradycji „odkrywcy”, z której czerpały nurty racjonalistyczne kultury zachodniej. Począwszy od greckiego rozumienia prawdy jako aletheia, nie-skrytość, odkrywczość była cechą wartościowego poznania. Ale przecież nawet dla Greków wartościowe i sensowne było nie tylko to, co jawne. Sokratesowy daimonion, milczy, dopóki pozostaje w zgodzie z samym sobą, natomiast sprzeciw manifestuje dopiero wtedy, gdy rozpoznaje zło i krzywdę. Etyka dobra nie może być inna niż etyka apofatyczna. Głęboki oddech tomu Mitznera zawdzięcza swoją autentyczność odważnemu i zarazem pokornemu zmierzeniu się ze sferą apofatyczną.
ALFRED MAREK WIERZBICKI