Sonet szesnasty cyklu drugiego. Bóg, miejsce zabliźnienia
Jerzemu, który powraca
Sonet szesnasty cyklu drugiego powstał między 17 a 19 lutego 1922 roku, w Muzot. Mowa w nim o Orfeuszu, rozrywanym przez Menady[1], a jednocześnie będącym miejscem ukojenia, miejscem uleczenia, zagojenia ran. Wiersz jest sonetem z samego sedna orfickości. Nie znalazłam takiego polskiego przekładu, który by tę kwintesencję orfickości całkowicie oddawał. A jednak zacytuję cztery wybrane przekłady, by potem odwoływać się także do oryginału – zjawiskowego, olśniewającego (a do spolszczeń punktowo); kto chce rozumieć orfizm Rilkego, niech ten właśnie sonet czyta (poeta, utwierdzony w swej orfickości, niebawem zmierzy się ze śmiertelną i bezlitosną chorobą, umrze cztery i pół roku później, zmagając się z niewyobrażalnym bólem, któremu – co znamienne – poświęci ostatni napisany w życiu wiersz).

Oto polskie przekłady czytanego sonetu:
Jastrun:
Wciąż na nowo od nas odrywany
jest Bóg, miejsce, które leczy.
Cierpcy, bo chcemy mieć wiedzę rzeczy,
lecz on pogodny jest i rozdawany.
Nawet ofiarę czystą, uświęconą
nie inaczej przyjmuje w swój świat:
przeciwstawia dobrowolnym zgonom
swój nieruchomy ład.
Tylko trup pije ze zdroju,
który tu każdy z nas słyszy,
gdy Bóg zmarłemu milcząc skinie ręką swoją.
Na powierzchni tylko wrzawa jest nasza.
I baranek swój dzwoneczek wyprasza
u instynktu, który jest cichszy.
Antochewicz:
Ustawicznie przez nas rozdzieranym
Bóg jest miejscem, co się goi.
Bystrzyśmy, chcemy wiedzieć sami,
ale on rozdziela, jest pogodny.
Nawet czysty datek, poświęcony,
nie inaczej on przyjmuje w swoim świecie,
jak gdy śmierci dobrowolnej
przeciwstawia się wciąż niewzruszenie.
Tylko umarły pije
ze źródeł przez nas słyszanych tu tylko,
gdy Bóg milczący ku zmarłemu skinie.
Nas jedynie do wrzawy się zaprasza.
Zaś baranek dzwonek swój wyprasza
u cichszego instynktu.
Pomorski:
Rozdzierany przez nas niby rany,
jest bóg raną, co się wiecznie goi.
My jak ostrza, żądni wiedzy swojej,
on w pogodzie swojej rozszarpany.
Nawet czystych ofiar poświęcenie
wita właśnie tak, jak witać może:
dobrowolnej śmierci niewzruszenie
w swym przeciwstawiając się uporze.
Umarły jedynie
pije z tych, które tu ledwie słychać,
wód, gdy milcząc bóg nań skinie dłonią.
Nam jedynie zgiełk i wrzawa dzwonią.
O dźwięk dzwonka instynktownie wzdychać
będzie jagnię, gdy się w ciszy zbłąka.
Lam:
Wciąż od nowa przez nas poznawany,
Bóg jest miejscem, które leczy.
Myśmy bystrzy, wiedzieć chcemy,
on zaś jest pogodny i łaskawy.
Nawet czystej, święconej ofiary
nie przyjmuje inaczej do siebie,
jak że się wolnemu przeciwstawi
umieraniu nieruchomo, pewnie.
Umarły pije jeno
z posłyszanego przez nas tutaj źródła,
gdy Bóg mu milcząco skinie, umarłemu.
Dla nas tylko wrzawa tłumna.
A baranek dzwonek swój wyjedna
instynktem cichszym nieco.
Właściwie każdy z tłumaczy wykazuje się jakąś dobrą intuicją i jednocześnie każdy (czy prawie każdy) ma na swoim koncie błędne decyzje translacyjne. Bliskie są mi – w odniesieniu do tego właśnie sonetu – intuicje Pomorskiego: bóg (zapisany małą literą) jako miejsce gojenia [2] – nie leczenia (tak spolszczają Jastrun i Lam), co oddaje wieloznaczność, przejętego potem przez język Trzeciej Rzeszy, słowa „heilen”; Orfeusz uosabia takiego boga-nie-Boga, Orfeusz to bóg i człowiek jednocześnie (i to przed Chrystusem jeszcze, inaczej niż Chrystus). U Antochewicza brakuje podkreślenia słów, które uwydatnił sam Rilke, a nierespektowanie sygnałów autorskich wobec zdroju / źródła słyszanego (słowo-klucz orfizmu) albo tego, co okazuje się dystynkcją nas, żyjących od innych istnień, od tych, którzy już umarli, trzeba nazwać przeoczeniem (czy zaniechaniem) – kardynalnym. Lam, który w pierwszym wersie pierwszej strofy, czyli u zarania całego wiersza, tam, gdzie waży się jego rytm i sens, ryzykuje zasadniczy brak precyzji translacyjnej („poznawany” nie jest tożsamy z „rozdzieranym”, odrywanym”), w wersie jedenastym jednak najlepiej ze wszystkich przekłada – uwyraźniając dopowiedzenie przecinkiem – „umarłemu” (to słowo powinno wybrzmieć tak właśnie: wyodrębnione i w wygłosie wersu, jako swego rodzaju postpozycja).
Osobnym zagadnieniem tłumaczenia omawianego tu sonetu, moim zdaniem – ośrodkowym, pozostaje układ i semantyka rymów. Osobnym także dlatego, że znajdujemy się podczas lektury wiersza w samym centrum wrażliwości orfickiej, niejako w samej źrenicy orfizmu. Zatem – współbrzmienia i ich znaczenie (splot sensów) odsyła nas do tego, co słyszalne (ergo: par excellence orfickie, bardziej niż gdzie indziej).
Rilke rymuje w pierwszej strofie w przeplocie (abab): aufgerissen – (wollen) wissen, czyli: odrywany – (chcemy) wiedzieć (rymy a); heilt [3] – verteilt, czyli leczy (goi) – rozdzielony (rozdawany) w rymach b, zestawiając niejako czynności nacechowane pozytywnie z ich przeciwieństwami. Jastrun stosuje w inicjalnej zwrotce rym okalający (abba): odrywany – rozdawany (to rymy a) oraz leczy – rzeczy (rymy b), gdzie kumulują się akty rozpadu i spotykają sensy afirmatywne. Pomorski daje również rymy okalające: rany – rozszarpany (rymy a) oraz goi – swojej (rymy b), co skutkuje efektem podobnym do Jastrunowego, acz bardziej fortunnym (wspominałam o trafnym, z ducha orfickim, wyborze czasownika „goić”; należy jeszcze wyraźnie podkreślić mistrzowskie zastosowanie rymu wewnętrznego w nagłosie i wygłosie inicjalnego wersu sonetu: „Rozdzierany przez nas niby rany”).
W strofie drugiej, w oryginale występują nadal rymy krzyżowe (cdcd): (die geweihte) Spende – (dem freien) Ende oraz (in seine) Welt – (unbewegt) entgegenstellt, gdzie semantyka wydaje się wręcz modelowa dla zjawiska zwanego orfizmem. U Jastruna także pojawia się przeplot rymowy (cdcd): (ofiarę) uświęconą – (dobrowolnym) zgonom [4] oraz – rym literalny wobec oryginału: (w swój) świat – nieruchomy ład. Pomorski, starając się oddać semantycznie rymy (zachowuje przeplot cdcd), stosuje swego rodzaju wariacje na temat zadany przez Rilkego: (ofiar) poświęcenie – (dobrowolnej śmierci) niewzruszenie; może – (w swym przeciwstawiając się) uporze.
Trzecia i czwarta strofa u Rilkego – zatem partia refleksyjna sonetu (po mocnym zakończeniu części deskryptywnej) stanowią rymową, a co za tym idzie – rymową, całość. Poeta rymuje efg – gfe, zatem wprowadza komponent lustrzany w układzie współbrzmień, element tyleż kunsztowny, co znaczący: (der Tote) trinkt ((umarły) pije) – (aus dem stillerem) Instinkt ((z cichszego) instynktu) to rymy okalające – e; (von uns gehörten) Quelle ((przez nas słyszane) źródło) – seine Schelle [5] (swój dzwonek / dzwoneczek) – to rymy środkowe – f; wreszcie: (dem)Toten ((temu) zmarłemu) – angeboten (wyjednane, wyproszone) to spotykające się na granicy strofy trzeciej i czwartej rymy g. Jastrun nie zachowuje układu rymowego z oryginału, wprowadza też współbrzmienia niedokładne, domyślne: (pije) ze zdroju – słyszy – (ręką) swoją // nasza – wyprasza – (jest) cichszy. Tu zupełnie zanika maestria Rilkeańskiego rymowania, czyniąca arcy-czytelną semantykę zakończeń rymowych. Pomorski kunsztowną kompozycję rymów z oryginału zachowuje (!), rezygnując jedynie ze współbrzmienia e [6]: jedynie – zbłąka (sugeruje jednak przez powtórzenie słowa „jedynie” w pierwszym wersie strofy czwartej rodzaj rymu „wewnętrznego”, a nawet tautologicznego, w paralelnych wersach); słychać – wzdychać (rym f); dłonią – dzwonią (rym g).
Zarówno Jastrun, jak i (o wiele bardziej konsekwentnie) Pomorski starają się oddać po polsku jednocześnie semantykę i układ oraz stopień dokładności (głębokości) Rilkeańskiego rymowania, choć to robota przekładowo karkołomna, czy też – jak kto woli – koronkowa.
Antochewicz w ogóle nie rymuje, co oczywiście da się postrzegać jako wybór, decyzję tłumacza, trudną jednak do obrony, kontrowersyjną wręcz, w takim zagęszczeniu semantyki współbrzmień, jaką celowo, według mnie, zaprojektował w swym sonecie Rilke. I decyzję niepojmowalną w kontekście tego, co zwie się orfizmem. U Lama współbrzmienia pojawiają się stochastycznie i są niedokładne, jak ledwie wyczuwalny puls (np. „łaskawy” z wygłosowego wersu strofy pierwszej lekko współbrzmi z „przeciwstawi” z trzeciego wersu strofy drugiej) – rymy nie bywają tu konsekwentnym ani układem, ani zamysłem – niestety.
Czym bowiem jest rym w tym sonecie, sonecie do Orfeusza, sonecie do boga ze wszech miar ludzkiego, pisanego minuskułą? Czym jest rym, współbrzmienie jako osobny sens w poezji orfickiej w ogóle? Jest kwestią fundamentalną. Orfeusz to postać czyniąca muzykę – ku harmonii świata. Orfeusz to ten, który próbował dokonać niemożliwego – pojednać na zawsze zwaśnione akordy tego i tamtego świata, ziemi i podziemia, scalić je, zagoić, stać się miejscem zabliźnienia. Sam rozrywany przez Menady, pozostaje żywą, cierpiącą figurą katabazy i anabazy, czyli spoiwem, współbrzmieniem. Rymem.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Stąd zestawianie go przez rilkologów z sonetem dwudziestym szóstym części pierwszej – sonetem tamtą, pierwszą część wieńczącym, o którego dramatyzmie pisałam nieco ponad rok temu.
[2] Tak też – Antochewicz.
[3] Tak o rodzinie wyrazów od czasownika „heilen”, który dzisiaj, niestety, zredukował się do osławionych zawołań „Heil Hitler!” i „Sieg Heil!” (sanacyjno-soteriologiczny charakter tych wykrzyknień był od razu czytelny dla posługujących się niemczyzną jako językiem pierwszym), pisze Maria Kurecka, gdańszczanka (ur. w roku 1920 w Płocku, lecz mieszkająca w latach 1921-1939 w Gdańsku), wybitna tłumaczka i znawczyni Tomasza Manna: „Pojemne Heil mieści w sobie wiele różnorodnych znaczeń: Der Heiland – to «Zbawiciel», czyli Chrystus, a Seelenheil – to «zbawienie duszy», czasownik heilen z kolei – znaczy zarówno «wyleczyć», jak i «zagoić się», np. Heilanstalt – «zakład leczniczy», lecz jeśli dodać do niego jeszcze uprzednio Nerven – zamienia się niepostrzeżenie w bardzo już wówczas niebezpieczny «zakład dla nerwowo chorych», czyli dom wariatów, których niewiele już lat później [mowa o latach 30. XX wieku – przyp. KKK] – zamiast leczyć – po prostu «likwidowano», czyli mordowano. Eine geheilte Wunde to «zagojona rana», Ein Geheilter – «człowiek wyleczony», ozdrowieniec, przywrócony zdrowiu. Wrzaskliwe Heil umieszczone tuż przed Hitlerem nie oznaczało jednak życzeń zbawienia czy ozdrowienia dla wodza narodu, było aktem strzelistym, oddającym mu cześć – bo i takie znaczenie słówko to mieć może. A wywodziło się zapewne z na wskroś niewinnej pod koniec różnych Schützenfestów, czyli konkursów lokalnych bractw kurkowych, śpiewanej pieśni Heil dir im Siegeskranz… [«Cześć tobie, w wieńcu zwycięstwa…» – to początek hymnu cesarskiego – przyp. KKK], gdy najlepszy strzelec, nagrodzony sutym wieńcem z bobkowych liści, promieniał z racji odniesionego zwycięstwa” (Maria Kurecka, Niedokończona gawęda, Gdańsk 2000, s. 145; na s. 213 autorka książki wspomina też, jak to w stareńkim antykwariacie w Lipsku odkryła poezję Rilkego).
[4] Zarówno u Rilkego, jak i u Jastruna istnieje czytelna aluzja do rzeczownika „Freitod” (śmierć dobrowolna, śmierć z wyboru) – tak nazywa się w niemczyźnie samobójstwa świadome, wynikające z wolnej woli, często będące znakiem, sygnałem, przesłaniem – w opozycji do „Selbstmord” (każdego innego samobójstwa). W niemieckim kręgu kulturowym tak myślano o śmierci zadanej sobie przez Heinricha von Kleista, przez Waltera Benjamina, Stefana Zweiga, a także przez Paula Celana czy Jeana Améry’ego. W Polsce byłoby to samobójstwo Witkacego czy Bogdana Dawida Wojdowskiego.
[5] Po niemiecku obydwa słowa w pozycji rymowej są rodzaju żeńskiego.
[6] Choć nie do końca: pojawia się znów rymowanie średniówkowo-wygłosowe w wersach przedostatnim i ostatnim sonetu, niejako rekompensujące rezygnację z pełnego współbrzmienia w układzie lustrzanym: „O dźwięk dzwonka instynktownie wzdychać / będzie jagnię, gdy się w ciszy zbłąka” (co – choć odbywa się kosztem amplifikacji – jest przekonujące ze względu na utrzymanie rytmu i reguły wyrazistego rymu).