W filii nazistowskiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Cieplicach mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych. [...] W listopadzie 1944 roku na plac apelowy przydreptał Leopold Rosenbaum, profesor filozofii. [...] Tak cenił Niemca Immanuela Kanta, że nawet w lagrze opowiadał o nim współwięźniom: o tym, jak o piątej rano lokaj bezszelestnie uchylał drzwi sypialni i budził Kanta wyszeptanym „już czas”. Że punktualnie o siódmej ten sam kamerdyner podawał gorzką herbatę. Potem przetrząsał szafy, wyjmował szare pończochy, koszulę, frak z brunatnego sukna podszyty jedwabiem i złote spinki do mankietów. Że punktualnie o godzinie jedenastej wyrychtowany Kant kroczył na wykład, a tłumacząc świat, wpatrywał się w najbliższego studenta. Byłoby dobrze, gdyby ów żak skamieniał jak czerstwy bochenek chleba, bo każdy grymas twarzy, nowa zmarszczka czy tik nerwowy mogły rozdrażnić prelegenta. Brak guzika przy surducie był powodem do przerwania wykładu. Tak samo plątał Kant myśli, gdy student guzik przyszył: „Zechce pan odciąć guzik, od którego odwykłem”.
Nigdy nie wiem czy Maria mnie jeszcze pamięta, dlatego zaczynam rozmowę jakbyśmy się nie znały. Przedstawiam się i opowiadam czym się zajmuję. Wyobraźmy sobie, że jakaś obca kobieta zagląda nam do ust. Miałam szczęście. Długo żyłam w strzępach. Aż zniknęłam. Nie należy pytać… Usłyszałam na wykładzie o chorych na niepamięć. Pytania rodzą lęk, wstyd, zagubienie. Opowiadam więc o wiosce w lesie i o grzybach, które obrastają drzewa.
Tego dnia mieliśmy trudne przypadki. Choćby Laurę. Pod skórę pleców wszyto jej metalową szynę. Pręt biegnie wzdłuż kręgosłupa i łączy potylicę z lędźwiami. Bez stelażu połamią się przeżarte chorobą kręgi, a głowa opadnie jak dojrzały słonecznik. Żelastwo trzyma głowę na karku. Ale Laura nie umie przytaknąć, nie umie zaprzeczyć ruchem głowy, nie potrafi zerknąć na rudego kota, który otarł się o jej kolana. Na wierzchu dłoni wytatuowała sobie pociąg. "Dlaczego pociąg?" – spytałam podczas zbierania wywiadu, gdzieś między uczuleniami i ostatnią wizytą u fryzjera. Odpowiedziała, że sama przypomina lokomotywę. "Ciągnę za sobą skład, wagony z przedziałami, kuszetkę i restaurację WARS. Ciąży mi ten balast, ale nie mogę go zobaczyć".
Stainhof, czyli „wzgórze głupców”, jak do dziś nazywa się to miejsce, wyglądało jak dawniej. Prawie tak samo, jak na początku XX wieku, kiedy to Wiedeń ogłosił, że chce zburzyć stojącą w środku miasta „wieżę głupców”, bo kłuje w oczy i pęka w szwach. I że pomylonych przenosi się na podmiejską górę. Najpierw zwerbowano architekta, sławnego Ottona Wagnera. Mógł robić, co tylko chciał. Byle z głową, to znaczy, aby z góry nie było ucieczki.
W latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia, zaledwie trzydzieści lat po ukończeniu wystroju budowli, kościół zeszpecono. Czerwień wenecką zrobiono na szaro, przemalowano twarze świętych i zapaćkano pozłacane świeczniki. Gzymsy pokryto szlagmetalem, zdarto pozłacane wieńce laurowe, zafarbowano postacie apostołów i proroków. Secesja zniknęła ze świątyni. Dopiero na początku XXI wieku któryś z księży proboszczów się obudził i zatrudnił do remontu miejscową malarkę, Jolantę Golenię. To ona poszukiwała oryginalnych barw, zaglądała pod lampiony, odsuwała ławki, szperała w niszach i wymiatała kąty.
Pomiędzy drzwiami pauza – prostokątna wnęka. We wnęce półnagi, barczysty robotnik, trochę wyższy od dorosłego mężczyzny. Oskard i łopatę zarzucił na ramię jak żołnierz karabin i stoi okrakiem nad cementownią. Calutka się zmieściła, te wszystkie silosy, hale i młyny, hałdy węgla, piece i rozruszniki. Podobny mężczyzna wieńczy portal. Leży wsparty na łokciu, z podkulonymi nogami. Chyba odpoczywa po nocnej zmianie. Zdążył się wykąpać, nie zdążył odziać. W tle kręcą się gruchy do betonu, pod stopami płonie mu ziemia.
Edmund Gomansky zmienił osoby w kamienie, a z kamieni wyczarował przypowieści. Stworzył metafizyczne lustro; odbijają się w nim szaleństwo i pycha, powołanie i zazdrość, niepokój i śmierć. Nie wystarczy patrzeć – zdaje się mówić artysta, trzeba patrzeć wnikliwie i bez uprzedzeń, odnajdując w fontannie coś więcej niż postacie znane z podań.
Spektakle odbywały się w dwudziestu ośmiu miastach świata, trwały po kilka dni. Widzowie siedzieli na podłodze, zanurzeni w półmroku. Światło padało na olbrzymie blejtramy zagruntowane emulsją – malarską scenę. Franciszek Starowieyski miał na sobie spodnie związane parcianym sznurem i luźną koszulę. Mówił i rysował jak szaman. Najpierw z wolnej ręki kreślił koło, potem zaludniał płótna postaciami. W 1993 roku przyjechał do Opola.
Pierwsza chwila w pracy to spojrzenie w okno naprzeciw dyżurki: czy na metalowej ramie łóżka wisi ręcznik w pomarańczowe pasy. Należy do Gieni. Kiedy go zabraknie, zabraknie i Gieni. Wraz z żółtym ręcznikiem ubyło Wieśka. Ze spranymi frędzlami odszedł Tadeusz, z niebieskimi kropami Janusz. Szary ręcznik miała Krystyna. Nie lubiła zdrobnień. Ziemia mnie rozdrobni – mówiła. Rozdrobniła.
Współczesnym Iranem rządzi starość: silna, zajadła i wściekła. 16 września 2022 roku zabiła młodziutką Mahsę Amini, bo grzywka wymknęła się jej spod chusty. Podczas pogrzebu dziewczyny wybrzmiały słowa: „Kobiety, życie, wolność”. Od tej chwili są hasłem tłumów przewalających się przez ulice miast i miasteczek. W kilka miesięcy starość wymordowała pięćset trzydzieści dwie osoby. Dziewiętnaście tysięcy trzysta osiemdziesiąt sześć osób uwięziła. Więzienie to chudy jak wylinka siennik rzucony na gołą ziemię, więzienie to miska zupy, wyrywanie paznokci, chłosta i polewanie lodowatą wodą ze szlaucha. Więzienie to jutowy wór z głodnymi szczurami. Wrzuca się do niego ludzi wyłapanych na ulicach.
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.