Z kroniki wypadków jednego dnia: prezydent zabrał orła prezydentowi drugiego państwa, z czego niektórzy się bardzo cieszą, a inni się zasmucili. Sam orzeł jeszcze nie zabrał głosu.
Samochód Ambasady Niemiec wjechał w samochód Telewizji Republika. Do zdarzenia doszło w Warszawie, a jakże, na Rondzie Dmowskiego. W pewnych kręgach uznawane jest to za casus belli.
A ja byłem w Teatrze Polskim, gdzie aktorzy, uchodźcy z Charkowa grali Ukradzione szczęście Iwana Franki. Mariję i Serhija Bereżków widziałem już w Małych zbrodniach małżeńskich Érica-Emmenuela Schmitta w piwnicy starej warszawskiej willi na Mokotowie. Wiem, że wystawili jeszcze Polowanie na karaluchy Janusza Głowackiego w reżyserii Oleny Leonenko.

Fot. Krzysztof Buczek. Teatr Polski
Sztuka Franki to ballada o miłosnym trójkącie, w którym znalazło się troje Hucułów. Jest wszystko, co trzeba dla takiego tematu, łączenie z samobójczą śmiercią bohaterki, szarpanej z dwóch stron – przez męża i kochanka. Który któremu kradnie szczęście? Obaj to zrobili. A może to nie ona się zabiła, ale zastrzeliła któregoś z nich?
Dramat jest mroczny, a strzelba, złowrogo wisząca nad sceną, zgodnie z radą Czechowa, na końcu wypali. Do tej fabuły konieczne jest takie właśnie aktorstwo, którego na co dzień nie znamy w naszych teatrach. Głębokie, bez dystansu, powiedziałbym, że realistyczne, gdyby nie ten jego balladowy zaśpiew.
Tym aktorom także wojna „ukradła szczęście”, ale je odbudowują z uporem, po trochu. A przy tym stać ich na artyzm.
Oglądałem ten spektakl oczami Stanisława Vincenza.
Otóż 90 lat temu, w dwudziestą rocznicę śmierci Iwana Franki wystawił mu pomnik w ogrodzie przy swoim domu rodzinnym w Słobodzie Rungurskiej. Ukraiński pisarz, jak podaje Vincenz, miał na niego ogromny wpływ jako „człowiek prawdy, jako budziciel, nie jako przedstawiciel jakiegokolwiek stanu posiadania”.
Pomnik nie miał jednak tablicy. „Wówczas odwiedził mnie przyjaciel mego Ojca, rodowity Anglik, a raczej Australijczyk Eglyn Kaufman i ufundował tablicę. Na górze umieściliśmy napis po ukraińsku «Wirju w syłu ducha», a poniżej daty i napis po polsku: «Pamięci Iwana Franki, syna tej ziemi». Z pomnikiem tym związane jest kilka wspomnień. Były tam dwie ławeczki i goście moi, z których wielu już nie żyje, chodzili odpoczywać na ławeczkach, jak mówili «do Franka». Nowy komendant policji państwowej, gdy dowiedział się o tym pomniku, przyszedł do mnie dość uroczyście i zwrócił z pewnym zakłopotaniem uwagę, że należałoby wnieść podanie do władz o zezwolenie na taki pomnik. Odpowiedziałem mu, że to mój ogród, ale jeśli chce, może o tym donieść służbowo. Komendant zmienił wiatr i wykręcił się, że ostrzega mnie tylko dla mego «własnego dobra»”.
W październiku będzie można znów pójść do Teatru Polskiego, „do Franka”.
PIOTR MITZNER