HOME
Krzysztof Bielawski

Epistolariusz biblioteczny – listy do Hajduka (V)

 

Kraków, 5 I 2026

Drogi Jacku,

przeczytałem książkę, która wyprawiła mnie w kilka równocześnie dalekich podróży. Jest to biografia przedwojennych lat Tadeusza Sczanieckiego, znanego i zapamiętanego – przez wielu – ojcem Pawłem Sczanieckim, benedyktynem z Tyńca. No więc: przeczytałem książkę Juliusza Koli pod tytułem Droga do… Szkice o młodości Tadeusza Sczanieckiego (Toruń, Rideró, 2024).

 

 

Najpewniej Ci mówiłem, ale nie pamiętam, czy pisałem, że myśl o wymienianiu z Tobą listów o literaturze, albo może – mniej zadęcie – po prostu o tym, co czytamy (ponieważ znam przynajmniej kilku potencjalnych czytelników naszej korespondencji, którzy z pewnością mojego czytelniczego śmietnika literaturą nie pozwoliliby nazywać) przyszła do mnie przy małym biureczku w małym pokoiku z widokiem na Poniczankę w Szpitalu Kardiologicznym w Rabce. Mały stolik ledwo mieścił książki tam składowane, kiedy miesiąc złożony z dni identycznych jak krople wody, rozciągniętych między rehabilitacjami, badaniami, posiłkami i spacerkami, pozwalał na rozpasane czytanie i, co więcej, na doświadczanie i dotykanie miejsc oglądanych literaturą (tak, uważam, że można literaturą dotykać miejsc, które oglądamy).

Wiele by o tym pisać, ponieważ właśnie tamto zanurzenie książek w miejsca, to skrzyżowanie liter z topografią, popchnęło mnie do zaproszenia Cię do tej korespondencji; jest więc jeszcze przed nami cały ten stosik ze szpitalnego stoliczka: straszliwa wojenna historia Rabki z przemilczanymi i przemilczywanymi nadal grobami Żydów, o których nikt nie chce pamiętać, historia uzdrowiska wpisana w dzieje polskiej kultury i literatury, historia mojej własnej Rabki i spędzanego tam czasu, dzieje Rabki Ilgnera opisane w szalonej powieści, której lekturę zalecam wszystkim następnym po mnie mieszkańcom kardiologicznego szpitala.

No i jest na tym stosiku książka Juliusza Koli o Tadeuszu Sczanieckim, ponieważ od pierwszego dnia szpitalnych spacerów po Rabce wiedziałem, że chcę znaleźć ślady po benedyktynach, którzy są mi bliscy bo, cóż, sam żyłem w klasztorze na Tyńcu przez cztery pełne lata (nie powiem, że byłem benedyktynem, bo benedyktynem chyba właśnie się raczej jest, a nie bywa, jak mnie się zdarzyło), bo Paweł (Tadeusz) Sczaniecki był i pozostał jednym z najważniejszych ludzi w moim życiu i zawdzięczam mu więcej niż któremukolwiek z moich późniejszych mistrzów, bo to w bibliotece Pawła urodził się we mnie badacz, bo historia benedyktynów w XX wieku jest ważną częścią kultury naszego kraju, bo wreszcie czytałem książkę Pawła o Karolu van Oost jeszcze w rękopisie i godziny całe o nim rozmawiałem, a Rabka w tych rozmowach pobrzmiewała cały czas. Uff, nie wiem, czy nie wystraszyłem Cię przed dalszą lekturą i wyprawą w świat może nazbyt Ci odległy.

Nie wiem, czy wiesz – na pewno wiesz, ale sam sobie przypomnę, że niemal tysiącletnia obecność benedyktynów w Polsce miała swój ważny epizod w Rabce właśnie. Po kolei i telegraficznie to było tak: 8 września 1816 cesarz Franciszek I podpisał dekret o kasacji klasztoru w Tyńcu (jak i innych klasztorów w całym zaborze austriackim) i od tego czasu wszystkie budynki – poza samym kościołem i kawałkiem zabudowań zwanych opatówką – popadały stopniowo w ruinę. Pomysły na powrót zakonników do Tyńca pojawiły się już na początku XX wieku, ale plany pokrzyżowała I wojna światowa. W lipcu 1939 roku, na chwilę przed kolejną wojną, do klasztoru wrócili jednak ostatecznie mnisi. Nie spadli jednak nagle z drzewa, ten powrót był długo szykowany i wymagał determinacji, środków, umów i rozmów. To długa i osobna historia fascynujących życiorysów. W tej chwili ważne jedynie to, że w tym procesie powrotu benedyktynów do Tyńca odegrała swoją rolę Rabka, a także to, że te przedtynieckie losy przecięły się, na jakimś odległym zakręcie, z losami mojej rodziny.

Desant pierwszych mnichów na Polskę – to znaczy ten desant XX-wieczny, nie ten XI-wieczny (też ciekawy i jeszcze bardziej zagadkowy) – zaczął być kompletowany i szykowany w Belgii, w opactwie św. Andrzeja w Zevenkerken koło Brugii, przez Karola van Oosta, który powziął zamysł tynieckiej fundacji i ostatecznie dopiął swego. To tam wstępowali synowie polskich arystokratów, którzy ostatecznie – nie wiem, czy po swojej, czy też cudzej myśli – znaleźli się w polskim klasztorze. Desant ten jednak został rzucony nie od razu na Tyniec, miał swoją fazę przyczajoną – w Rabce właśnie. I to przyciągało moją uwagę – nie ze względu na Tyniec czy benedyktynów samych, bo to wszystko pozostawiłem daleko za sobą (z pełną wzajemnością), ale ze względu na niezwykłą przyjaźń, która ani mnie za sobą nie pozostawiła, ani też ze mnie nigdy wyszła.

Benedyktyni rabczańscy w przedtynieckim przyczajeniu poświęcili się edukacji i prowadzili szkołę z internatem, czy też raczej internat przy szkole, w której zdarzało im się nauczać, oczywiście wszystko po francusku i arystokratycznie. Szkoła ta mieściła się w willi „Jaworzyna”, od lat dwudziestych do dzisiaj jest to siedziba zacnego liceum (w 2024 roku ukazała się książka Poprzez przeszłość ku przyszłości: 100 lat liceum Romera w Rabce). No więc do rzeczy – co to wszystko ma wspólnego z książką, którą przeczytałem, co zakomunikowałem Ci dwie strony wcześniej?

Otóż to, że najpierw adeptem prestiżowej rabczańskiej jednostki edukacyjnej, a potem mniszym członkiem grupy desantowej był Jan Sczaniecki, a nieco później i do szkoły, i do Tyńca wstąpił jego starszy brat Tadeusz. Obydwaj pochodzili z Pomorza, z miejscowości Nawra położonej w połowie drogi między Chełmżą a Unisławiem, a szerzej – Bydgoszczą a Toruniem. Z Unisławia pochodzi moja mama – tam od dawna, lub od zawsze, żyła rodzina jej matki, mojej babci Rut (nie sięgamy w papierach i nagrobkach gdzieś za połowę XIX wieku, ale kto wie) i to tam znalazł w pewnym momencie pracę jej ojciec, mój dziadek, Michał Zakrzewski.

Dziadek pochodził z Kaszub, z okolic Czerska, dokładnie ze wsi Iwiczno. Skończył szkołę rachunkową i pracował w Wolnym Mieście Gdańsku i Starogardzie, skąd przyjechał do Unisławia. O Sczanieckich podobno zawsze opowiadał, mój brat o tym pamięta, ja – nie. Stało się o nich głośno w naszym domu dopiero wtedy, kiedy Maciej wylądował w Tyńcu w połowie maja 1982 roku. Wtedy okazało się (tzn. mi się okazało, bo Maciej wiedział o tym już wcześniej), że w klasztorze rezyduje ojciec Paweł, który w przedwojennych czasach był niesfornym Tadziem z majątku na Nawrze, gdzie z kolei nasz dziadek Michał bywał z ramienia jakiejś rolniczej jednostki nadzorczej, w której pracował. Paweł pamiętał dziadka z przedwojennych czasów, a i dziadek opowiadał o Nawrze jak o ziemiańskim niebie na ziemi (ożeszty, jak to brzmi!), w którym prym wiodła matka Pawła żyjąca za życia i po śmierci w opinii świętości ze względu na troskę, jaką okazywała wszystkim w swoim środowisku z naciskiem na „prosty lud” mieszkający i pracujący wokół zabytkowego pałacyku Sczanieckich. I tak zaczęła się wielka przyjaźń mojego brata, a potem – odważę się powiedzieć – i moja z Tadeuszem-Pawłem, benedyktynem na Tyńcu, historykiem i bibliofilem, świadkiem historii i świata, które bezpowrotnie przepadły, pisarzem i mnichem, który sam siebie ukształtował na wzór najznamienitszych intelektualnych tradycji monastycznych od Kasjodora do Maurynów.

W klasztorze był dziwakiem, reliktem tych intelektualnych tradycji i szlacheckich obyczajów, które z żalem codziennie żegnał w postawach swoich – co za brutalna ironia słów – współbraci, autsajderem tęskniącym za dysputami i literaturą w świecie prostackich klechów, codziennie jednak kultywującym zasady mniszego życia, w które wierzył i które kochał miłością szczerą i niewymuszoną, wstając o 4 rano do lektury i pracy intelektualnej, i spędzając życie przy wielkim, zawalonym papierami biurku.

To biurko to jest coś zasługującego na opis i pamięć. Jego ślady odnajduję z rozrzewnieniem na własnych biurkach, które nieustannie próbuję porządkować z pięknie nieskuteczną konsekwencją, w której tkwi desperackie pragnienie porządku; szczęśliwa chwilowość tego porządku daje nadzieję na szczęśliwe myślenie, wolne, zabałaganione, fantastycznie niekonsekwentne i powracające nieustannie do nieustannie przysypywanych i odkopywanych wątków. Paweł najpierw miał pracownię w starym skrzydle tzw. Opatówki, dawnego pałacu opatów tynieckich, która w odbudowanym klasztorze pełniła funkcję domu gościnnego klasztoru, w części oddzielonej od reszty klauzury bryłą kościoła. Okna jego pracowni wychodziły na drogę prowadzącą do klasztoru dokładnie nad główną bramą, która zagrała w niejednym filmie płaszcza i szpady, a na pewno w Czarnych chmurach. Trudno było o większy certyfikat autsajderstwa i wykluczenia z klasztornych struktur. Po zakończeniu kolejnego etapu odbudowy, który objął zabudowania na południe, czyli na prawo – stojąc przodem do fasady – od kościoła, gdzie dostał i celę, i pracownię przyklejoną bezpośrednio do ściany świątyni, z oknem nad kolejną bramą wejściową do zabudowań klasztornych. W tej pracowni biurko wykonał stolarz i ogrodnik, brat Abraham. Było ogromne, miało wielki blat, wielkie szuflady po obu stronach i jakby ścianę z niezliczonymi półeczkami wyrastającą z tego wielkiego blatu na jego drugim, wobec siedzącego brzegu. To była bardziej maszyna oblężnicza niż biurko, wehikuł czasu i myśli. Na wyrastającej z blatu na wprost oczu siedzącego przy biurku ścianie wisiały rozpisane na kartkach plany aktualnie pisanych książek, a w przepastnych szufladach z trudem mieściły się poupychane na siłę fiszki z notatkami, których pisarz produkował codziennie nowe setki i tysiące, w godzinach pracy przed świtem i jutrznią. Szuflada po prawej stronie biurka – stojącego bokiem do głównego okna nad bramą – była szczególna: po jej wysunięciu można było albo położyć na niej nogi na kształt Johna Wayne’a z wczesnych westernów, albo też usiąść na niej na czas dysputy z Pawłem, opierając prawy łokieć na skrawku zawalonego papierami blatu. Dobrze znają tę szufladę Pawłowi przyjaciele, dla których jest ona tajemnym kodem przynależności do wyjątkowego klubu. Siedzieli na niej profesorowie, ambasadorowie, opaci i przyjaciele z całego świata. Zaproszenie na szufladę stanowiło przywilej i było aktem inicjacyjnym w przystępowaniu do klubu. Pamięć o tym akcie działa nadal, 26 lat po śmierci Pawła, jak tajemny znak wtajemniczonych – ze Staszkiem Obirkiem mogę rozmawiać o czymkolwiek, ale wspomnienie szuflady natychmiast przekierowuje uwagę na Pawłowe tematy, Pawłowe w tym sensie, że podejmowane w trakcie tych rozmów i wyszukane z ciekawością i smakiem w zasobach literatury lub historycznych doświadczeń. No więc szuflada. Ale ciągle: gdzie ta przeczytana książka? Klasztorne lata Tadeusza Sczanieckiego, od wstąpienia w 1943 do śmierci w 1998 czekają na monografistę we wszystkich możliwych kierunkach, z których każdy ciekawszy od poprzedniego – w jego życiu przecinają się niezliczone wątki i krzyżują epoki, a tle wielka historia.

Książka Juliusza Koli jest monografią życia Tadeusza Sczanieckiego od narodzin do wstąpienia do klasztoru w samym środku wojennej zawieruchy. Opisuje miejsca jakoś mi znane i bliskie, jeśli nie z autopsji – jak Nawra, Bydgoszcz, Toruń, Grudziądz czy Rabka – to przynajmniej z opowieści słuchanych na szufladzie.

Nie wiem dokładnie, kim jest pan Juliusz Kola, wymieniłem z nim ledwie kilka zdawkowych wiadomości; wiem, że utrzymuje kontakty z moim bratem, który zresztą pojawia się na kartach książki często jako źródło informacji. Maciej twierdzi, że rodzina pana Juliusza pozostawała w jakimś związku z Nawrą Sczanieckich jeszcze w czasach, kiedy tam mieszkali. Pan Juliusz deklaruje w swoim tekście, że jego książka nie aspiruje bynajmniej do publikacji naukowej, ale przecież jest opracowana z naukową rzetelnością, akrybią i imponującym materiałem źródłowym – niezliczoną ilością cytatów przede wszystkim z niepublikowanych nigdzie listów, świadectw, metryk i innych opracowań, publikowanych lub nie; i rzeczywiście, jeśli czegoś mi w niej brakuje, to – no i tu się znowu żachniesz westchnieniem, które doleci na pewno aż do Chicago – przypisy… Jakiekolwiek i gdziekolwiek, u dołu czy na końcu – autor miał dostęp do rzadkich i niezwykłych źródeł informacji, które przywołuje i cytuje obficie, ale w sposób, który uniemożliwia śledzenie nie tylko myśli, ale też podróży, lektur i spotkań, które złożyły się na misterny kolaż miejsc, dat i postaci. Okazuje się na przykład, że przyszły wielki historyk Paweł Sczaniecki w szkole orłem nie był – przynajmniej, jeśli sądzić po ocenach – a jedyna pociecha w tym, że jeszcze mniej orłem był wielki Piotr Rostworowski, tylko skąd autor zna te oceny, skąd te dane? Skąd ta cudowna szczegółowość w opisie kolejnych lat i dni w kolejnych szkołach, kolejnych studiach, w szkoleniu wojskowym, przebiegu kampanii wrześniowej, pracy w majątkach w czasie wojennych dni? Książka nie jest esejem, autor z delikatnością i powściągliwością komentuje cytowane źródła, nie pozwala sobie na interpretacje i dywagacje, idzie posłusznie, krok za krokiem, za bezcennymi źródłami, jakie z przejmującą trafnością przywołuje. Najczęstszym komentarzem odautorskim są pytania pozostawione bez odpowiedzi, które zmuszają czytelnika do odwrócenia raz jeszcze właśnie przeczytanej strony i ponownej lektury przywołanego listu, by samodzielnie odkryć odpowiedzi.

Książka ma 165 stron i składa się z 10 rozdziałów poprzedzonych wstępem, zakończonych wskazówkami bibliograficznymi i aneksem, który zawiera trzy bezcenne listy Tadeusza-Pawła do jego rodziców i siostry. Jest tego typu biografią, w której format opisywanej postaci pozwala nie tylko spojrzeć na motywy, odczucia i relacje jednej osoby, ale też ujrzeć szeroką panoramę epoki w jej tragicznym nachyleniu ku wojnie i definitywnym końcu świata, z którego postać ta wyrosła.

Autor postawił sobie jasne cele: chciał dociec na stronach swojej książki, „jaki naprawdę był Paweł Sczaniecki? Jaki był jego niepowtarzalny dar? Co przyniósł z sobą do klasztoru, a co dopiero tam się narodziło?”

Moim zdaniem przyniósł ze sobą przede wszystkim wynikające z domowego wychowania wzorce przyjaźni, wspólnoty, szacunku, życzliwości, wykształcenia i rodzinnego życia, których rozpaczliwie szukał i domagał się od klasztornych relacji. Światowe obycie i piękny francuski. Ciekawość świata i miłość literatury, z których wyrastał dar opowiadania. Przyniósł też na pewno szczerą wiarę i pobożność ukształtowaną rodzinnymi rytuałami. Rytuał wstępowania do klasztoru oparty jest na retoryce „porzucania świata”, „świata” z Janowych listów. Mam wrażenie, że dużej części swojego świata Tadeusz nie tylko nie porzucił, ale przyniósł ze sobą, jakby świat poza murami i świat klasztoru wzajemnie się w nim dopełniały. Naturalnie, porzucił i pozostawił za sobą polowania, wojowanie i nieustanne flirty (co do tych ostatnich, nie jestem pewien – z dumą opowiadał, że w Szwajcarii, w czasie kilkugodzinnej operacji nogi w znieczuleniu miejscowym, prawił anastezjolożce komplementy po francusku i ani raz się nie powtórzył). Ale świat rodzinnych rytuałów opartych na kalendarzu liturgicznym i astronomicznych porach roku, świat hierarchii rodzinnej z pełnym miłości i oddania szacunkiem wobec rodziców znalazły swoje naturalne dopełnienie i kontynuację w zakonnej rodzinie – przynajmniej powinny były znaleźć, i jeśli życie Pawła naznaczone było tragizmem, to wynikał on głównie z rozczarowania zakonną rodziną, w której chrześcijańskie wartości zbyt łatwo ulegały wobec prostactwa, głupoty sankcjonowanej teologiczną manipulacją, zazdrości i rywalizacji, którym bliżej było do mafijnych porachunków niż do greckiego agonu i szlachetnego współzawodnictwa.

Także Tyniecka pracownia Pawła – jeden z najbardziej niezwykłych księgozbiorów w Polsce – była jedynie przedłużeniem archiwum i biblioteki w Nawrze. Były one przedmiotem zainteresowania i publikacji już przed wojną (pierwsza taka publikacja jest datowana na rok 1900), a po wojnie ciąg publikacji na ich temat rozpoczyna się w roku 1948 i trwa nieprzerwanie do dzisiaj. Myślę, że na taką samą uwagę zasługiwała także pracownia w Tyńcu – nie wiem, jaki jest jej dzisiejszy status i stan i na ile zmienił się od czasu, kiedy spędzałem w niej długie godziny, dni i noce.

Tadeusz Sczaniecki urodził się 26 maja 1917, a 12 listopada 1943 roku w klasztorze w Tyńcu odbyła się uroczystość jego obłóczyn. W ciągu tych 26 lat zdążył uczyć się w szkołach w Zakopanem, w Warszawie, Rabce i Poznaniu, rozpocząć studia prawnicze, odbyć szkolenie wojskowe i uczestniczyć w kampanii wrześniowej, a następnie wojenne lata przepracować w rodzinnym majątku swojej matki, towarzyszyć swemu młodszemu bratu w drodze do benedyktyńskiego nowicjatu, by w końcu w ślad za nim do klasztoru wstąpić. Wszystko to, całe to bogactwo doświadczenia, którym można by obdzielić kilka życiorysów, w książce Juliusza Koli widać jak na dłoni i odpowiedź na przywołane już wyżej pytania ze wstępu – co przyniósł ze sobą do klasztoru i jaki był jego wyjątkowy dar? – nie da się streścić w jeden akapit, ponieważ odpowiedzią tą jest cała książka i każda jej strona.

Przy okazji tej lektury zastanowiłem się, co ja sam zawdzięczam Pawłowi? Najpewniej w najbardziej ogólnym sensie zawdzięczam mu więcej niż jestem w stanie uchwycić i nazwać, ponieważ jego wpływ był długotrwały i obejmujący wiele płaszczyzn życia. Ale na pewno potrafię uchwycić, że zawdzięczam mu przekonanie, że rozmowa i dyskusja są sztuką taką samą jak malarstwo czy muzyka, które wymagają czasu, wysiłku i wiedzy, by dojrzeć do stanu, w którym ich kultywowanie staje się wszechogarniającą przyjemnością, która podwaja i zwielokrotnia nasze światy. Że snucie opowieści w relacji, która jest przyjaźnią, przyjaźń tę wzmacnia, nawet jeśli niekiedy zarazem wystawia ją na próbę, i że zawsze warto tę próbę podjąć. Że w rozmowie jest różnica między plotkarską ciekawością i wścibstwem, a zainteresowaniem, które jest wyrazem szacunku. Że słuchanie w sztuce dyskusji jest tej sztuki oddechem. Że książki zasługują na miłość. Że czytać trzeba od deski do deski, ponieważ każdemu autorowi należy się szacunek, a każda książka została napisana „po coś”. Że kupować, gromadzić, studiować i znać trzeba przede wszystkim źródła, ponieważ interpretacje zwykle mają krótki żywot poddany chwilowym modom i poszukiwaniu poklasku. Że bywają ludzie, którzy czynią nas gorszymi i że trzeba ich unikać, o ile to możliwe.

 

 

No tak. I tyle tej opowieści. Ani Ty, ani nikt inny książki Juliusza Koli niestety nie kupi, i wielka to przykrość. Nie wiem, jak to działa – książka ukazała się drukiem, ma numer ISBN, copyright i wydawcę z siedzibą w Toruniu, jednak jest to nowoczesny klasyczny samizdat, czyli po nowemu self-publishing, w trybie, który najwyraźniej zamówień u wydawcy nie uwzględnia. Może pan Juliusz jakoś temu zaradzi, gdybyś na przykład Ty zechciał książkę kupić? Już do niego napisałem, zobaczymy. Tak czy inaczej myślę i chciałbym, żebyś tę książkę przeczytał i powiedział mi, co myślisz. Czy jest to tylko książka dla tych, co Pawła znali i kolejny raz ogrzewają się w jego cieple, czy też słuszna jest moja intuicja, że w tym jednostkowym losie jest zapisany obraz poszukiwań, który swoją uniwersalnością wpisuje się w rytm każdej humanistycznej podróży.

Mam jeszcze dwa uzupełnienia – po pierwsze, dzięki pomocy Tadeusza Bartosia zdobyłem nie tylko fragment jego książki o Tomaszu z Akwinu, który zdenerwował zakonnych cenzorów, ale też korespondencję z wyjaśnieniami tego niebezpiecznego heretyka wobec trybunału zakapturzonych o srogich obliczach. Jedno i drugie jest arcyciekawe i z pewnością warto opatrzyć ich zacytowanie i omówienie Focjuszowym „przeczytałem”. Jeśli jesteś ciekaw i nie uznasz tego za pogwałcenie reguł naszej korespondencji, to chętnie teksty te przywołam, żeby nie zginęły. Nie wiem jednak, czy to może być dla Ciebie interesujące – pisz szczerze. Rzecz dotyczy koncepcji „prawa naturalnego” i próżnych wysiłków teologów katolickich, którzy chcieliby dowieść, że jest ono tożsame z postulatami katolickiej etyki, co na żaden sposób się nie da zrobić. Z dzisiejszej i mojej perspektywy wygląda to tak, że efekt argumentu siły stał się tej siły pośmiewiskiem i ostatecznie musiał ulec przed siłą argumentu – niestety poniewczasie, ale tej instytucji rzeczywiście absorbcja najbardziej oczywistych faktów zajmuje zwykle całe wieki, co jest zresztą nadal skutecznie sprzedawane jako wyraz wyjątkowej dojrzałości i rozsądku.

Druga wiadomość jest taka, że po ostatnim moim liście do Ciebie o czytaniu starej mapy odszukałem w piwnicy u mojej mamy karton z archiwum dokumentów moich przodków z obydwu stron. I nie wiem, czy to jest dobra wiadomość – skoro o jednej poszarpanej mapie zdołałem nudzić Cię na kilku stronach, to strach pomyśleć, co się stanie, jak otworzę to pudło z karteluszkami babci z obozu koncentracyjnego, listami deportacyjnymi taty z rodziną z Wilna, czy plikiem litewskich dokumentów, które trzeba najpierw posklejać i przetłumaczyć… Jest tego na oko z 5–7 kilogramów, więc: strach.

No i, dość niegrzecznie – ale taka stała się formuła naszych listów – odpowiedź na Twój ostatni list. Dziękuję za miłe słowa, na które nic więcej poza tym podziękowaniem odpowiedzieć nie potrafię i nie chcę. Natomiast co do Google Notebooka, podkastu i naszych dalszych losów, które już toczą się w przejmującym towarzystwie sztucznej inteligencji – zwolnij mnie, proszę, z odpowiedzi dzisiaj. Audycja, skomponowana przez AI na podstawie mojego tekstu, jaką mi przesłałeś, była dla mnie wstrząsem, na który nie byłem przygotowany i jeszcze nie wiem, co w związku z tym myślę i czuję. W pełni się zgadzam z Twoją diagnozą naszego status quo, w którym rewolucja digitalna już się dokonała. Wiesz dobrze, że ze wszystkich sił usiłuję kategorycznie odmawiać wstąpienia do tej profesorskiej rodziny Adamsów, która pędzi żywot na nieustannym narzekaniu, jak to jest źle i z każdym dniem gorzej, a jak to kiedyś było dobrze i w ogóle jacy to jesteśmy wspaniali na tle tego zidiociałego świata, który na naszych oczach jedynie się stacza, potwierdzając swoim upadkiem wszystko to, czym sami jesteśmy. Obrzydliwość. Jednakże to, co zrobiłeś z moim ostatnim listem we współpracy z AI, naprawdę mnie przejęło i muszę to przemyśleć i przeżyć. Myśl o tym, że moglibyśmy ze sobą korespondować za 500 lat, jest dla mnie jednak nie do przyjęcia. Mój świat skończy się definitywnie wraz ze mną i kategorycznie odmawiam zgody na jakiekolwiek jego przedłużanie czy rewitalizację. Oczywiście, nasi sztuczni czy też naturalni następcy zrobią, co uznają za słuszne, i nic mi do tego. Póki co jednak pozwól mi, proszę, pisać do Ciebie staroświecko i wierzyć, że jest to coś ważnego, z całkowitym lekceważeniem dla Googli, Chatów i botów. Preferuję drezynę. Zdecydowanie.

Co do subiektywizmu, punktacji, ewaluacji etc. – pełna zgoda, przypominam jednak, że Twoje książki były prześladowane w akademii z wielu powodów. Części z nich sztuczna inteligencja zapewne mogłaby zaradzić, np. produkując imponujące przypisy dla takich burków jak ja. Czy zdołałaby jednak odtworzyć Twój osobny styl i Twoją subiektywność? Chwycę się wiary, że jednak nie, i mam nadzieję, że nie dostarczysz mi w następnym liście dowodu, że bardzo się mylę i mój pociąg już jednak daleko odjechał.

Ściskam,

K.

 

Kraków, 11 I 2026/11 II 2026

Drogi Krzysztofie,

Przeczytałem Twój list datowany 5 stycznia, a więc pierwszy w nowym roku 2026. Odnajduję w nim kilka wątków – wszystkie uważam za fascynujące, ale tylko na niektóre odpowiem.

Twoja opowieść podwójna, bo autobiograficzna i biograficzna – o Twoim Mistrzu – jest piękna i nic do niej nie dodam, poza tym, że chciałbym przeczytać więcej. Przesyłaj kolejne odcinki!

Jedno tylko muszę dorzucić, a może „zrzucić” (z serca): przemilczana historia Żydów Rabczańskich, „o których nikt nie chce pamiętać” to inna odsłona przemilczanej historii Żydów Tarnowskich, „o których…”, i historii Krynickich Rusinów, „o których…”, i historii Kaszubów, „o których…”, i historii Polaków wcielanych siłą do wrogich wojsk, „o których…” itd. itd. itd. To jest ta straszna choroba, która trawi ten kraj: że co nie jest TAKIE, JAK MOJE, jest z definicji wrogie i zasługuje na WYMAZYWANIE (nb. przy najbliższej okazji przekażę Ci powieść T. Bernharda pod takim tytułem – jedna z najbardziej wstrząsających, moim zdaniem, proz o XX wieku); że co nie jest zgodne z linią oficjalną (z naszą opowieścią o triumfach), ma być przemilczane na lekcjach z historii i geografii, tj. wymazane z map i z pamięci. No nie! XXI wiek? Naprawdę?! Przez taką postawę historię Imperium Romanum opowiedzieli nam de facto tylko ci, którzy tę historię wytwarzali ku uciesze kolejnych cezarów… Są, oczywiście, w rzymskiej literaturze ślady, „raporty mniejszości”, ale tak nikłe, że tropienie ich sytuuje się na pograniczu epifanii i… spotkania ze ścianą!

Bardzo pomaga doświadczenie w czytaniu literatury polskiej doby cenzury, ale tak wiele nie rozumiemy z tamtych kontekstów i subtekstów, tak bardzo błądzimy (choć ufamy tej garstce zachowanych tekstów jak księgom objawionym), że jedyne, co można uchwycić, to jakieś zabawy ewidentnie antyaugustowskie (u Owidiusza) czy „wrzutki” u Tacyta i Pliniusza przeciwko Domicjanowi. Ale, ogólnie rzecz biorąc, opowiadanie historii Rzymu na podstawie tego, co mamy i wiemy, jest jak opisywanie topografii Księżyca na podstawie tego, co widzimy przez okno.

Piszesz o konsternacji, w jaką wpędziło Cię nagranie, które na podstawie poprzedniego Twego listu przygotował Notebook od Google’a. Zrozumiałe. Taki był mój zamiar: podzielić się nie tyle nowinką, ile głębokim niepokojem.

Temat AI jest nowy i nienowy. Przysłuchuję się różnym głosom – od bicia na alarm, przez zachwyty po rezerwę i zupełne bagatelizowanie. Jedni mówią, że to koniec ludzkości, inni, że AI realnie zmienia świat, jeszcze inni – że ludzie zachłysnęli się nowinką i że to tylko nieco doskonalsze narzędzia, nic ponadto, z dużej chmury mały deszcz. Znam Twoje zdanie i nie wiem jeszcze, na ile je podzielam: może w pełni, może jednak nie.

Co niepokoi mnie naprawdę, to że rewolucja cyfrowa zachodzi równolegle z rewolucją antyliberalną. A to istotnie już jest wielkie zagrożenie, bo – jak to powiedział, zdaje się, Joe Biden – „źli ludzie, gdy się boją, robią złe rzeczy”. A pęd cywilizacyjny budzi w człowieku nade wszystko potworny lęk… Chwilowo nie rozwijam tego wątku… Ale jest to chyba najstraszniejsze WIDMO nadchodzących dekad…

Jedno Twoje zdanie przytoczę, bo o ile nie zostało rzucone w emocjach, stanowi ważną deklarację: „Mój świat skończy się definitywnie wraz ze mną i kategorycznie odmawiam zgody na jakiekolwiek jego przedłużanie czy rewitalizację”. Jeśli dobrze rozumiem, należy je czytać tak, że Twoje inklinacje – trochę osobiste, trochę badawcze – w kierunku jakiejś transcendencji (podkreślę: jak najdalsze od instytucjonalnej religijności) – koniec końców – ustępują (wywieszają białą flagę?) wobec siły ROZUMU, czy siły AI, czy siły… nie wiem… TU i TERAZ?

Czy jesteś gotów ten wątek rozwinąć?

Takim cliffhangerem zakończę – wypatruję kolejnego listu!

Najserdeczniej pozdrawiam

Jacek

 

P.S. Co do „wychynąć”. Myślę tak: stanąć-stawać, wychynąć-*wychywać. Zatem: *wychywa, jeśli już.

P.S.2. Uzupełnienia nr 2 – doskonale wręcz! Kop w tych piwnicach, kop! Wgryzaj się w te sprawy, aż się przegryziesz – jak to Julian Tuwim miał z polszczyzną – na drugą stronę!

P.S.3. Data (podwójna) nie jest błędem. List ten jest trochę palimpsestowy. Sporo napisałem miesiąc temu, ale większość z tego usunąłem; to, co ocalało, uzupełniłem dziś, tj. 11 lutego, płynąc na fali listu Twojego z Oksfordu i na mojej odpowiedzi.

 

Do katalogu:

Thomas Bernhard, Wymazywanie. Rozpad. Tłum. S. Lisiecka, Warszawa 204 i późniejsze; Artur Ilgner, Szlifierz krzywych luster, Warszawa 2023; Juliusz Kola, Droga do… Szkice o młodości Tadeusza Sczanieckiego, Toruń 2024.

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek