HOME
ks. Jan Sochoń

Gorzkie myśli owiane nadzieją

 

Przyznaję: należę do ludzi, którzy niemal w każdej chwili mają zaciśnięte dłonie. Zauważyłem to u siebie już dawno. Gdy przechodzę Krakowskim Przedmieściem, albo znajduję się na Dworcu Centralnym, otoczony bywam ludźmi cierpiącymi, smutnymi, pogardzonymi. Wówczas niemal samorzutnie zaciskają mi się dłonie: z osobistej nieporadności, ze specyficznego duchowego żalu. To być może wyraz subtelnie wyrażonej pychy: nic przecież – rozmyślam – pomóc nie mogę, biednych zawsze będziecie mieć wokół siebie, słyszę zdanie Ewangelii. A jednak, coś tu nie jest w porządku! Na razie wiem jedno: doświadczenie niezawinionego cierpienia pozostaje mocniejszym argumentem przeciwko wierze w Boga niż wszelkie argumenty z dziedziny krytyki religii i filozofii. Gdy słyszę w konfesjonale: proszę księdza, nie mogę ze spokojem zgodzić się na to, że moja córka umiera, choć jest młoda i pełna życiowych pasji, mówię również: i ja też nie mogę na to przystać. Cierpienie to absurd i właściwie nie powinno go być, choć rozumiem, że cierpienia nie sposób objąć jakąś wyjaśniającą formułą. Trzeba po prostu, na ile to realne, umniejszać jego oścień. Pamiętajmy wszakże: doświadczając siły boleści, rozmyślamy o szczęściu i pocieszeniu. Gdyby w głębi naszych serc nie tliło się marzenie o „czymś całkiem innym”, to zapewne pogodzilibyśmy się z tym, co jest i przyjęlibyśmy, że czegoś nie ma. Jak powiedziałby Pascal: właśnie z naszej nędzy wywodzimy jednocześnie naszą wielkość. Gdyby świat, w którym żyjemy, był dla nas wszystkim, wówczas cierpienie zabiłoby nas, chyba nie tylko intelektualnie. Tu jednak zjawia się nadzieja chrześcijańska, gruntownie zmieniająca nasz punkt rozpoznania. Oto jesteśmy ludźmi objętymi duchem Jezusowych błogosławieństw i miłosierdzia.

 

Kto ma czyste serce?

W wierze zawsze odnajdujemy ziarenka niepokoju. Jest ona zaufaniem tajemnicy, nieniszczącym ludzkiego umysłu i wprowadzającym w posiadanie Prawdy, którą jest Bóg. Daje pewność odnoszącą się do Boga takiego, jakim On jest. Jeżeli ktoś z nas skarży się, że brakuje mu niebiańskiej życzliwości, niech postawi samemu sobie pytanie, czy przypadkiem zbyt szybko nie rezygnuje z czystości własnego serca. A kto ma czyste serce? Ten, kto nie „brudzi serca ani złem, jakie popełnia, ani dobrem, które czyni”. Nie brudzić serca dobrem, które sprawiamy – to coś rzeczywiście boskiego, jedynie sam Bóg może nam udzielić podobnej łaski. Być czystym znaczy nie uważać się za właściciela świadczonego przez siebie dobra, być – na ile to możliwe – bez skazy. Czystość jest postawą, w której człowiek nie wysuwa siebie na plan pierwszy, nie ogłasza wszystkim swoich dobrych uczynków. Ileż to razy najróżniejszymi sztucznymi zabiegami próbujemy podwajać swoją „dobroć”. Wówczas sami siebie prowadzimy w dwulicowe życie. Nakładamy maskę i tworzymy swoją nową twarz. Proszę przewertować narrację Prousta, który ukazał do jakiego stopnia maska charakteryzuje światowe życie. Pisarz przyjrzał się uważnie wielu twarzom, w których odbija się brak życia albo życie z maską. Bóg, na szczęście kocha naszą jedyną twarz, twarz bez maski, twarz źródlaną.

 

 

W Ewangelii czytamy: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. Przypomnijmy sławną scenę opowiadającą o faryzeuszach, którzy przyszli do Chrystusa. Schwycili kogoś: niewiastę tę przyłapaliśmy na gorącym uczynku. Prawo mówi, że taką kobietę należy ukamienować. Ludzie najbardziej lubią wyrokować, kto jest zły, a kto dobry. Przylepiamy samym sobie etykietkę i przez to ranimy się zabójczymi ciosami. Jezus widzi faryzeuszy już odchodzących. Patrzy na nich łagodnie: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Tyle tylko powiedział. Potem nachylił się i pisał na ziemi. Nastąpiła śmiertelna cisza. Słowa przenikają do głębi. Chrystus podnosi się, a oni zaczynają odchodzić jeden po drugim, począwszy od najstarszych. Widocznie byli to najmądrzejsi, albo też ci, co sami czuli już na swych rękach największy brud. „Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? I Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz!”. Jezus zapisuje grzechy na piasku, aby natychmiast je zmazać, rozsypać jak ulotne grudki, choć wie, że są czymś mocnym, gryzącym, silnym.

 

Wielki obszar złudzeń

Musimy czuwać nad zmysłowym spojrzeniem, gdyż świat zmysłów jest pociągający, atrakcyjny. Nasza seksualność ujawnia wielką tęsknotę za komunią. Pragnienie, aby być dotykanym, obejmowanym i trzymanym w ramionach – należy do wielkich dążeń naszych serc. Właśnie z tym doznaniem jedności wiąże się wiele przeżywanej przez nas udręki. Zauważam niekiedy jak moje ciało jest spięte. Z wielu stron doznaję jakiegoś nacisku. Marzę więc o uzdrawiającej czułości i umocnieniu. Gdy wszystko wokół nadmiernie mnie pobudza i niejako przeciąża moje zmysły, a to, co otrzymuję dla zaspokojenia najgłębszych potrzeb ma najczęściej nieco uwodzicielski charakter, to jakże mogę obronić się przed zwariowanymi fantazjami, szalonymi rojeniami. Przekonałem się o tym namacalnie, będąc swego czasu w Nowym Jorku. Musiałem na Piątej Alei wręcz przeciskać się przez falę idących ludzi. Ani chwili medytacyjnego oddechu, tylko nieustanny szum synkretycznych głosów z całego niemal świata, iskrzenie ogromnych bilbordów. Odczuwałem dosłownie męczarnie całej Ziemi. Bo to był wielki obszar złudzeń. Ci, którzy patrzą na jawnogrzesznicę, widzą w niej przede wszystkim „kogoś do wzięcia”. W takim spojrzeniu skrywa się egoizm, chęć uzyskania przyjemności kosztem drugiej osoby. Tak patrzą zmysły. I taki ogląd jest jak uderzenie kamieniem. To nie prawo skazuje na śmierć, lecz ziemskie instynkty. Dlatego musimy przeciwstawić zachłannemu zabijaniu wewnętrzną logikę miłości, czyli czystość serca. Potrafi ono czynić z pożądania miejsce miłosnego wejrzenia. W jaki sposób?

Zauważmy: całkowite oddanie się Bogu oznacza wejście w przestrzeń Jego wszechmocy, zawsze wszechmocy w miłości. Nie mogę uwolnić się od zdania, że Bóg jest Bogiem w miłości. Jego siła to siła niesamolubnej, narażonej (z ludzkiej strony) na odrzucenie i zranienie miłości. Miłość jednak nie ma powodów, aby milczeć. Słyszymy jej głos, nie tylko w głębi swoich serc, ale również w najdrobniejszym pyłku, na dnie jeziora, w liściach, kiedy jesień mieni się gobelinem kolorów. Miłość nie daje się zagłuszyć, co najwyżej zbanalizować bądź sprowadzić do prymitywno-pragmatycznych wymiarów. Łatwo, jak wspomniałem, podlega zranieniu czy obumarciu, ale od chwili zaistnienia zna swoją wieczną miarę. Jej silny charakter polega za tym, że stanowi akt, w którym, jak czytamy w Traktacie o miłości Bożej Franciszka Salezego, wola każdego z nas jednoczy się i sprzymierza z radością i dobrem drugiej osoby. Powinniśmy przeto dokonywać takich egzystencjalnych wyborów, by jej nie zaprzepaścić w codziennej plątaninie spraw, marzeń, konieczności i zobowiązań. Obyśmy mogli spełnić tę wymagającą, dającą trwałe ukojenie powinność. Nie bali się powtarzać za Augustynem: Pondus meum amor meus – „moją siłą ciążenia jest miłość moja” (tłum. Z. Kubiak). Miłość otwarta na nadprzyrodzone wejrzenie Bożej miłości (agape), które dokonuje takiej przemiany ludzkiej miłości, że staje się ona zdolna do całkowitego oddania drugiemu, już poza oddziaływaniem niedomagań, w które stale jesteśmy uwikłani. Każdy z nas jest najgłębiej w sobie samotny, gdyż nigdy nie wypowie swej miłości do końca, choć może ją wyrażać przez czyny i dobro. Nic nie mówiąc, ale żyjąc ewangelicznie najgłębiej ujawniamy to, czym jest miłość. Lecz ku przestrodze, bo to przestroga wobec naszej (mojej) pychy, często artystycznej wyniosłości. Brońmy się przed egzaltacją, która zamyka rozumną część duszy, by użyć platońskiej formuły, i każe marzyć, przenosi w krainę ukrytą w głębi lustra, zaczarowaną przestrzeń bajkowej Alicji.

Realizm w wierze jest czymś koniecznym, sprawia przecież, że nie okłamujemy samych siebie, bierzemy na serio własne ułomności i grzechy, wypowiadamy wojnę wszystkiemu, co w nas sztuczne, na społeczną chwalbę. Dalecy jesteśmy od neapolitańskiej sakralnej teatralności, wyrażającej się hałaśliwie w kazaniach konkurujących z mowami szarlatanów, gdzie Chrystus i Poliszynel dzielili między siebie względy tłumów, a św. Filip podczas liturgii potrafił nie od razu odrywać usta od kielicha po wybiciu drogocennej krwi, wysysać ją, aby nie zostawić ani kropli zbawiennego płynu. Obecna praktyka liturgiczna nie jest aż tak emocjonalnie wyszukana. Rubryki mszalne nadają jej formę, która zaprasza raczej do modlitwy i dziękczynienia, aniżeli do improwizowanych działań w stylu komedii dell’arte.

 

Będziemy osądzeni

Niedające się w pełni wyrazić spotkanie ludzi z Bogiem i między sobą nie zaistnieje dopóty, dopóki to, co się wydarzyło w historii nie będzie osądzone, wskutek czego zostanie zbudowana prawdziwa sprawiedliwość. Bóg jest bowiem „Bogiem dla ludzi” i chce ich zbawienia, choć pozwala na wszystkie możliwe akty ludzkiej wolności, nie wyłączając odtrącenia Boga. Wie, że ziemska miłość jest miłością na przygodną miarę, a taka miłość to za mało, by wejść do nieba. Żaden człowiek nie jest w stanie wyplenić z siebie egoizmu, a uczestnictwo w życiu Boga właśnie wymaga takiego rodzaju działania. Dlatego pojawiła się myśl o czyśćcu, sformułowana przez Kościół na Soborze Florenckim i na Soborze Trydenckim. Trzeba oczyszczać się ze skłonności skupiania uwagi na samym sobie, z tego, że marnuje się wiele sposobności do pomnażania dobra, że całe mnóstwo szlachetnych spraw nie zostało podjętych. W tradycyjnej metaforyce religijnej spotkanie z Bogiem w śmierci to trawiący ogień, przynoszący zbawienne owoce. „Dlatego właśnie [Juda Machabeusz] sprawił, że złożono ofiarę przebłagalną za zabitych, aby zostali uwolnieni od grzechu” (2 Mch 12, 45). Przyjmijmy z uniesieniem ten niebywały fakt wzajemnej łączności oraz obopólnego wpływu zbawionych w niebie i należących do Kościoła ziemskiego. Święci w niebie – wraz z aniołami – pomagają osobom w czyśćcu i ludziom na ziemi zarówno przez dawne zasługi, jak też obecne, o ewangelicznym wydźwięku, postępowanie; również przez szczególniejsze modlitewne odniesienie do Boga.

Akceptujemy również i to, że nastąpi koniec świata. Chrystus ponownie przyjdzie i ukaże rzeczywiste relacje każdego człowieka ze Stwórcą. Kiedy to nastąpi – nie wiemy. Ale będziemy wreszcie świadomi tego, co oznaczało za naszego życia bycie człowiekiem, i zrealizuje się jedność rodzaju ludzkiego, zamierzona przez Boga, który utworzy wspólnotę odkupionych. Wieczność okaże się źródłem radości, pokoju i wzajemnej bliskości. Toteż kiedy w listopadowe dni udamy się na groby najbliższych, miejmy powyższe myśli na uwadze. Kto wie: może będzie nam łatwiej wierzyć, lżej znosić egzystencjalne niedogodności i słabości, wzmacniać nie zawsze najsilniejszą nadzieję. 

ks. JAN SOCHOŃ

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek