HOME
Jakub Dolatowski

Hydrografia

Woda to nie jest mój żywioł, wszystkiego kilka śmiesznie płytkowodnych epizodów. Na wakacjach, na jakie jeździło się rok w rok do Czerńca koło Łącka, budowałem w poprzek nurtu Dunajca tamy z rzecznych otoczaków (to była zasadnicza robota w wakacyjne tygodnie, budowla, której żywot był krótki – tama stała tylko do wezbrania wody, po deszczach w górze rzeki). Wybierało się z dna czy przy brzegu rzeki – wygrzebując je, wzdrygałem się, bo pachniały przywodnym rozkładem i zgnilizną – kamienie płaskie jak krowie placki, bo tylko takie, ustawiane w ordynku, na sztorc jeden przy drugim, zostawiały między sobą wąskie a wysokie szczeliny, wodne przepusty, dzięki czemu to wszystko jakoś się nie waliło. Była i druga zabawa, wtedy, gdy woda była spokojna i nie za płytka i gdy nie wysterczało z niej nie za dużo głazów: puszczałem wtedy po wodzie „kaczki” (czasem udawało się tym kamiennym ptaszkom przelecieć aż na drugi brzeg [1]). Kolejne zajęcie nad wodą przyszło po latach, kiedy w Lisznej w Bieszczadach, a właściwie nie w Lisznej, tylko pustym miejscu po tej Bojkowskiej, niedługo po wojnie jak i inne okrutnie zniesionej wsi, z jej cerkwią i cmentarzem (zostały tylko pojedyncze kamienie węgielne, na których sadowiono dolną więźbę chałup, i trochę zdziczałych jabłonek, rudbekii, a w miejscach, gdzie kiedyś wyrzucano podściółkę i gnój z obór – gęstwina pokrzyw i, równie jak one żarłocznych, krzaków czarnego bzu). Tam, nad potokiem spływającym z Roztok, umyśliłem sobie strugać z olszowych gałęzi – górskie strumienie są blankowane kurtynami olszy szarej – sześciopłetwe młynki wodne; to były ćwiczenia z cierpliwości, bo co i rusz musiałem zaczynać od początku, gdy cieniutką już niedoszłą płetewkę niezręcznie ciachnąłem w pół i trzeba było sięgnąć po kolejną gałązkę. Wsparte na widełkowatych podpórkach, te moje liszniańskie młynki kręciły łopatkami, gdy tylko jakoś udało mi się ustawić je w wąskich rynienkach, wypłukanych przez setki lat między twardszymi, piaskowcowymi warstwami karpackiego fliszu. Słuchałem chlupotu i cichego terkotu, gapiąc się w śmigające drewka, a czasem i w olszowe liście, niesione bystro przez wodę, choć na jej płaszczyźnie – nieruchome. Że to były siostry tybetańskich młynków, kręcących bezsłowne modlitwy dzięki wiatrom czy właśnie dzięki nurtowi wody, pomyślałem dopiero znacznie później. I to tyle związków z wodą.

 

 

Myśl o rzecznych żywiołach trafiła się niedawno całkiem niespodziewanie. W moje ręce wpadło jedenaście tomów Encyklopedii Rolniczej, wydawanej na przełomie XIX i XX wieku (szły na zatracenie z likwidowanej części jednej z uczelnianych bibliotek fachowych, wraz z kompletami wyjątkowo cennych, przedrewolucyjnych rosyjskich czasopism i druków – bo cyrylicą, któż to będzie czytał i po co, szkoda publicznego miejsca). Gdy już te tomy miałem w domu i kartkowałem je sobie, coś tam notując i dopisując, natrafiłem na niespodziewane w takiej encyklopedii hasło: „Hydrografia”. Zestawił je Stanisław Rewieński, wcale nie fachowiec, który powinien byłby ten tekst przygotować, no bo Rewieński to był ziemianin, znawca zagadnień odległych od nazw systemów wodnych – hodowli koni i kwestii zootechnicznych, ale, jak wyczytałem sobie o nim, jako sumienny sekretarz redakcji Encyklopedii, poczuwał się nieraz do pisania do niej wielu tekstów spoza własnych zainteresowań; brak odpowiednich, a przy tym chętnych autorów to zwykła bolączka w takich przedsięwzięciach.

W tej „Hydrografii” zachwyciłem się po prostu potoczystymi wyliczankami nazw rzek i jezior – imion niezwykłych, starożytnych, pełnych historii mi nieznanych i do tej pory nie studiowanych, nazw bytów tak pełnych ducha i przecież nie do końca poddających się określaniu, istnień, których skóra jest otwarta dla samej ich istoty, czyli dla wody – czy to przy samym dnie, piaszczystym lub kamienistym, czy od strony powietrznej. Wczytywałem się w nazwy tych wodnych jaszczurów i węży, które potrafią porzucać, odnajdować i znajdować dla siebie nową skórę i nowy bieg, tworzyć sieci anastomoz – nie do rozczesania i nie do rozpatrzenia, czy rozpościerać ogromne tafle rozlewisk jak u nas Biebrza, które wreszcie są obojętne na tok historii i przepadek własnych imion, jak Oxos czy Borystenes, nieczułe też na to, gdy odmienne strefy ich ciał – dolnego, środkowego czy górnego biegu, są innej duszy i odrębnych imion, jak Memel czy Nemunas.

 

 

Te biegnące jedna za drugą nazwy wód z przebrzmiałej encyklopedii to przecież szkielet narracji starej jak świat – kiedyś recytowane, skandowane i wyśpiewywane, a potem już potulnie redagowane i poddawane znakom pisma. Przypomniały o spisach okrętów, wiatrów lub chmur, o dziecięcych wyliczankach – tych wróbelkach-elemelkach i entliczkach-pentliczkach czy wreszcie tak miłych mi Hauptowskich kaskadach nazw. Rewieński wylicza, odnosząc się do stron, których przecież z autopsji nie znam: „Z prawej strony wpadają do Szczary: Myszanka, Łochozwianka, Issa zwana także Kopanicą, Berezyna, Chytra, Jaworka, z lewej: Wiedźma, Grywda, Bereza, Łukonica, Sypa”, wylicza – wynotowuję dla przykładu – dopływy Dźwiny, prawobrzeżne, jak Toropa, Uświata, Obol, Połota, Dryssa, Saryanka, Indra, Krasławka, Ewikszta, Ugra czyli Ogier, Jegel, czy lewobrzeżne, jak Mieża, Kaspla, Luczesa, Uła i zadziwiająca Aa.

 

 

Rewieński przypomniał mi i inne zestawienia nazw wód, z arcyciekawego zbiorku o hydronimach Brasławszczyzny, wydanego przed dziesięciu laty przez moją – nieznaną mi do tej pory, bo dzieli nas ten przeklęty kordon – przyjaciółkę spod Mińska, gdzie falują (pozostanę tylko przy literze „D”) Doublinka, Dryświacica, Dryświata i Dryświatka, Druksza i Drujka, Drujna i Dumbla.

JAKUB DOLATOWSKI

[1] „Puszczanie kaczek”, jedna z archaicznie prostych zabaw dla dzieci i dorosłych, może jest już zapomniana? Słownik Warszawski (tom 2, 1902) notuje „kaczki rzucać”, czyli – „kidać, podbić, zbijać”: to energiczne, zręczne puszczanie niziutkim lotem, stycznym do lustra wody, płaściutkich kamyków, by się, już wyzwolone z ręki miotacza i samodzielne, odbijały i odbijały – w wieloskoku o krokach coraz to słabszych i, w logarytmicznej skali, krótszych.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek