Woda to nie jest mój żywioł, wszystkiego kilka śmiesznie płytkowodnych epizodów. Na wakacjach, na jakie jeździło się rok w rok do Czerńca koło Łącka, budowałem w poprzek nurtu Dunajca tamy z rzecznych otoczaków (to była zasadnicza robota w wakacyjne tygodnie, budowla, której żywot był krótki – tama stała tylko do wezbrania wody, po deszczach w górze rzeki). Wybierało się z dna czy przy brzegu rzeki – wygrzebując je, wzdrygałem się, bo pachniały przywodnym rozkładem i zgnilizną – kamienie płaskie jak krowie placki, bo tylko takie, ustawiane w ordynku, na sztorc jeden przy drugim, zostawiały między sobą wąskie a wysokie szczeliny, wodne przepusty, dzięki czemu to wszystko jakoś się nie waliło. Była i druga zabawa, wtedy, gdy woda była spokojna i nie za płytka i gdy nie wysterczało z niej nie za dużo głazów: puszczałem wtedy po wodzie „kaczki” (czasem udawało się tym kamiennym ptaszkom przelecieć aż na drugi brzeg [1]). Kolejne zajęcie nad wodą przyszło po latach, kiedy w Lisznej w Bieszczadach, a właściwie nie w Lisznej, tylko pustym miejscu po tej Bojkowskiej, niedługo po wojnie jak i inne okrutnie zniesionej wsi, z jej cerkwią i cmentarzem (zostały tylko pojedyncze kamienie węgielne, na których sadowiono dolną więźbę chałup, i trochę zdziczałych jabłonek, rudbekii, a w miejscach, gdzie kiedyś wyrzucano podściółkę i gnój z obór – gęstwina pokrzyw i, równie jak one żarłocznych, krzaków czarnego bzu). Tam, nad potokiem spływającym z Roztok, umyśliłem sobie strugać z olszowych gałęzi – górskie strumienie są blankowane kurtynami olszy szarej – sześciopłetwe młynki wodne; to były ćwiczenia z cierpliwości, bo co i rusz musiałem zaczynać od początku, gdy cieniutką już niedoszłą płetewkę niezręcznie ciachnąłem w pół i trzeba było sięgnąć po kolejną gałązkę. Wsparte na widełkowatych podpórkach, te moje liszniańskie młynki kręciły łopatkami, gdy tylko jakoś udało mi się ustawić je w wąskich rynienkach, wypłukanych przez setki lat między twardszymi, piaskowcowymi warstwami karpackiego fliszu. Słuchałem chlupotu i cichego terkotu, gapiąc się w śmigające drewka, a czasem i w olszowe liście, niesione bystro przez wodę, choć na jej płaszczyźnie – nieruchome. Że to były siostry tybetańskich młynków, kręcących bezsłowne modlitwy dzięki wiatrom czy właśnie dzięki nurtowi wody, pomyślałem dopiero znacznie później. I to tyle związków z wodą.

Myśl o rzecznych żywiołach trafiła się niedawno całkiem niespodziewanie. W moje ręce wpadło jedenaście tomów Encyklopedii Rolniczej, wydawanej na przełomie XIX i XX wieku (szły na zatracenie z likwidowanej części jednej z uczelnianych bibliotek fachowych, wraz z kompletami wyjątkowo cennych, przedrewolucyjnych rosyjskich czasopism i druków – bo cyrylicą, któż to będzie czytał i po co, szkoda publicznego miejsca). Gdy już te tomy miałem w domu i kartkowałem je sobie, coś tam notując i dopisując, natrafiłem na niespodziewane w takiej encyklopedii hasło: „Hydrografia”. Zestawił je Stanisław Rewieński, wcale nie fachowiec, który powinien byłby ten tekst przygotować, no bo Rewieński to był ziemianin, znawca zagadnień odległych od nazw systemów wodnych – hodowli koni i kwestii zootechnicznych, ale, jak wyczytałem sobie o nim, jako sumienny sekretarz redakcji Encyklopedii, poczuwał się nieraz do pisania do niej wielu tekstów spoza własnych zainteresowań; brak odpowiednich, a przy tym chętnych autorów to zwykła bolączka w takich przedsięwzięciach.
W tej „Hydrografii” zachwyciłem się po prostu potoczystymi wyliczankami nazw rzek i jezior – imion niezwykłych, starożytnych, pełnych historii mi nieznanych i do tej pory nie studiowanych, nazw bytów tak pełnych ducha i przecież nie do końca poddających się określaniu, istnień, których skóra jest otwarta dla samej ich istoty, czyli dla wody – czy to przy samym dnie, piaszczystym lub kamienistym, czy od strony powietrznej. Wczytywałem się w nazwy tych wodnych jaszczurów i węży, które potrafią porzucać, odnajdować i znajdować dla siebie nową skórę i nowy bieg, tworzyć sieci anastomoz – nie do rozczesania i nie do rozpatrzenia, czy rozpościerać ogromne tafle rozlewisk jak u nas Biebrza, które wreszcie są obojętne na tok historii i przepadek własnych imion, jak Oxos czy Borystenes, nieczułe też na to, gdy odmienne strefy ich ciał – dolnego, środkowego czy górnego biegu, są innej duszy i odrębnych imion, jak Memel czy Nemunas.

Te biegnące jedna za drugą nazwy wód z przebrzmiałej encyklopedii to przecież szkielet narracji starej jak świat – kiedyś recytowane, skandowane i wyśpiewywane, a potem już potulnie redagowane i poddawane znakom pisma. Przypomniały o spisach okrętów, wiatrów lub chmur, o dziecięcych wyliczankach – tych wróbelkach-elemelkach i entliczkach-pentliczkach czy wreszcie tak miłych mi Hauptowskich kaskadach nazw. Rewieński wylicza, odnosząc się do stron, których przecież z autopsji nie znam: „Z prawej strony wpadają do Szczary: Myszanka, Łochozwianka, Issa zwana także Kopanicą, Berezyna, Chytra, Jaworka, z lewej: Wiedźma, Grywda, Bereza, Łukonica, Sypa”, wylicza – wynotowuję dla przykładu – dopływy Dźwiny, prawobrzeżne, jak Toropa, Uświata, Obol, Połota, Dryssa, Saryanka, Indra, Krasławka, Ewikszta, Ugra czyli Ogier, Jegel, czy lewobrzeżne, jak Mieża, Kaspla, Luczesa, Uła i zadziwiająca Aa.

Rewieński przypomniał mi i inne zestawienia nazw wód, z arcyciekawego zbiorku o hydronimach Brasławszczyzny, wydanego przed dziesięciu laty przez moją – nieznaną mi do tej pory, bo dzieli nas ten przeklęty kordon – przyjaciółkę spod Mińska, gdzie falują (pozostanę tylko przy literze „D”) Doublinka, Dryświacica, Dryświata i Dryświatka, Druksza i Drujka, Drujna i Dumbla.
JAKUB DOLATOWSKI
[1] „Puszczanie kaczek”, jedna z archaicznie prostych zabaw dla dzieci i dorosłych, może jest już zapomniana? Słownik Warszawski (tom 2, 1902) notuje „kaczki rzucać”, czyli – „kidać, podbić, zbijać”: to energiczne, zręczne puszczanie niziutkim lotem, stycznym do lustra wody, płaściutkich kamyków, by się, już wyzwolone z ręki miotacza i samodzielne, odbijały i odbijały – w wieloskoku o krokach coraz to słabszych i, w logarytmicznej skali, krótszych.