fbpx
HOME
Renata Gorczyńska

Jak zabijać czas. Niezbędnik dla każdego

Czytając ostatnio już to z zainteresowaniem, już z to lekką irytacją biografię Bruno Schulza, natrafiłam we fragmencie jego listu na skądinąd powszechnie znany zwrot: „Dla zabicia czasu”. Nagle mózg stanął mi jak wryty, jakbym pierwszy raz w życiu się z czymś takim spotkała. „Zabić czas” – cóż to za sadystyczna metafora! A może i masochistyczna, bo zabija się przecież czas indywidualny; ten uniwersalny gwiżdże sobie na podobne próby i rządzi nami jak chce.

Nawet profesor Bralczyk, jak szybko sprawdziłam, wyraził zdumienie takim dziwactwem językowym. Inny językoznawca, Stanisław Skorupka, mój dawny profesor na UW, umieścił to hasło w swoim Słowniku Frazeologicznym. I przytoczył stosowny cytat zaczerpnięty z Uczty Baltazara Tadeusza Brezy: „Postaw sobie pasjansa […] to zabija czas”. Można też, przy okazji, „zabijać robaka”, czyli głuszyć zmartwienia, „zabić nudę”, nie mówiąc o zabijaniu bliźniego swego. No, ale to żadna przenośnia, po prostu fakt z życia wzięty.

Fot. Renata Gorczyńska

Co więcej, ten sam do joty zwrot frazeologiczny niczym kalka występuje w wielu znanych mi i średnio znanych językach. To kill the time – mawiają ludy władające angielskim. Matar el tiempo –nadmienią setki milionów hiszpańskojęzycznych obywateli. Francuskojęzyczni odpowiedzą: Tuer le temps. Rosjanie – proszę bardzo: ubit' wremja. Rumuni mówią: omori timpui, Słowacy – zabijat' cas, zainteresowanych tematem odsyłam do książki Eleny Budinayte Ubit' wremja. No, a Niemcy to dopiero przygrzmocą: Die Zeit totschlagen. Aż człowiek dostaje gęsiej skórki. Włosi jakby odstawali, bo mawiają w takich razach: passare il tempo, ale i u nich istnieje zwrot ammazzare il tempo.

Z tego zestawu nasuwa się oczywisty wniosek, że zabijanie czasu stanowi ulubione zajęcie ludzkości, przynajmniej w Europie, bo nie wyobrażam sobie, by Chińczycy w ogóle zrozumieli, o co chodzi. Zauważmy przy tym, że choćby się człowiek nie wiadomo, jak starał, to nie zabije czasu na dobre, on to robi w formie niedokonanej.

Ponieważ odkryłam, że od dłuższego czasu z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy zabijam czas, (jest to odkrycie na miarę tego, że mówię prozą), postanowiłam podzielić się skutecznymi metodami z gronem Przyjaciół. Czy mam wyjaśniać, dlaczego taka jestem okrutna wobec mego biednego czasu? Oto trzy główne przyczyny: starość, kalectwo, pandemia. Tkwię w potrójnym więzieniu. Z maską czy bez, wychodzić się nie da. Rady ujmę dla jasności w punktach:

  1. Zamienić noc na dzień. Wystarczy tłuc się po mieszkaniu w godzinach nocnych niby ptasior z rannym skrzydłem. Około szóstej rano dotelepać się do łóżka i zapaść przy otwartym telewizorze w rodzaj letargu;
  2. W TV oglądać reklamy ze strzępkami dobrze znanych i głupawych filmów, w rodzaju Kevin sam…
  3. Na Youtubie gapić się systematycznie na standupy, bezskutecznie usiłując się rozbawić;
  4. Godzinami grać w pasjansa w internecie, pragnąc dorównać zwycięzcy, który zdobył 345 punktów. Bez szans.
  5. Nieskończenie długo gadać przez komórkę z przyjaciółmi w Los Angeles, albo w Londynie, albo w Nowym Jorku, porównując życie w Covidzie, okoliczności klimatyczne i stan nie-zdrowia. Koszty was zaskoczą. Temu samemu celowi służy oczywiście Facebook, Twitter i inne apki, których osobiście nie używam, choć są bodaj bezkosztowe;
  6. Z silnym postanowieniem zrobienia porządków w księgozbiorze wywalić wszystkie książki z półek i całymi nocami wygrzebywać w nich interesujące cytaty. Sterty zostawić na podłodze, może ktoś się zlituje i powsadza tomy na regały. Wtedy na pewno już nic nie znajdziemy;
  7. Sterczeć w oknie, patrząc, jak pada śnieg, deszcz, jak unoszą się mgły, jak księżyc przechodzi swoje fazy, a gwiazdy mrugają porozumiewawczo, jak chmury wiszą coraz niżej, zastanawiając się, czy to siódma rano, czy wieczorem.
  8. Rzucać się na tasiemcowe seriale w Netfliksie i oglądać je non-stop, bez względu na poziom nudy;
  9. Zamyślić się na długie godziny nad tym, dlaczego schrzaniliśmy życie.
  10. Nade wszystko spać, ile się da, szczególnie po takich rozmyślaniach. Jak się nie da, to brać proszki nasenne. Tylko nie przedobrzyć, bo wtedy nastąpi ostateczne zabicie czasu nam danego. I cała zabawa z głowy.

A wszystko to z nudów, proszę Wysokiego Sądu. Bo wedle Wikisłownika definicja tego pojęcia jest następująca: „Wykonywać czynności mające na celu subiektywne przyspieszenie upływu czasu; człowiek sądzi, że czas płynie szybciej i dzięki temu znudzenie nie jest takie przykre”. Czyli jest to funkcja zarezerwowana dla nierobów.

5.05 nad ranem

RENATA GORCZYŃSKA