HOME
Andrzej Bart

Pani Rena

Zanim jednak jej wystająca poza stół głowa uderzyła w kredens i zanim włożyła dłoń w usta, aby uwięzić krzyk w gardle, Wiktor odwiedził jej mieszkanie dwukrotnie. Pierwszy raz, aby pomóc przy układaniu książek.

Zaczęło się w dniu, w którym wrócił do służby po uroczystym obiedzie w Nieborowie, i od razu zaczęło się źle. Ledwie wszedł do gmachu, a już na trzecim piętrze zobaczył dwóch kolegów z pracy ciągnących zakrwawionego mężczyznę. Nie znał ich, lecz zwrotu koledzy z pracy nie mógłby się wyprzeć. Twarz pobitego człowieka była niewidoczna, bo głowa zwisała mu między ramionami, za które był ciągnięty. Pracownicy nie spojrzeli na Wiktora i minęli go z obojętnością motorniczych wąskotorówek. Nie zauważyli nawet, że mężczyźnie spadł z nogi but. Brązowy, prawie nowy. Wiktor dostrzegł też, że na pięcie ciągniętego mężczyzny nie ma skarpetki, a sama pięta przypomina fioletowo-czerwony balon.

Stalowym prętem, który służył do uzyskania tego efektu, pochwalił mu się przed tygodniem Józef Budroń. Tłumaczył, że dla osiągnięcia prawdziwego bólu, ale i według przepisów, narzędzie nie może mieć więcej niż centymetr średnicy. „Czyżby wszystko dopiero przede mną?”, pomyślał wtedy Wiktor, bo przecież musiał tak pomyśleć. Nie wiedział, czy krzyknąć, aby się zatrzymali i zabrali but, czy pobiec za nimi. Wątpliwości rozstrzygnęła młoda dziewczyna objuczona papierowymi teczkami, która nie wiadomo skąd pojawiła się na lśniącym czystością korytarzu. Piękna, mogła być młodszą siostrą kobiety z banknotu dwudziestozłotowego. Miała tak samo nieruchomą twarz. Nie spojrzała na leżący but i nie zainteresowali jej oprawcy odchodzący w dal. To ostatecznie przekonało Wiktora, że nie należy się wtrącać.

 

 

A jednak, jak to w życiu bywa, po złym początku, dzień skręcił w stronę śmieszności. Upiornej, ale zawsze. Kiedy Wiktor otworzył drzwi do pokoju z numerem 142, w którym zdobywa szlify w zawodzie, powitał go śpiew. Nie za głośny, nie za cichy, ot dziarskie podśpiewywanie ludzi pracy. Na dwa głosy jednak, co nie było całkiem zwyczajne. Śpiew przerywany był co jakiś czas zdaniami „Trzeba będzie go mocniej przycisnąć” czy „Zrób z tego raport”. Prowadził melodię, być może ze względu na dobrze ustawiony baryton, wspomniany przed chwilą Józef Budroń. Towarzyszył mu cieńszym głosem Sylwester Wasiak. Jestem Sylwek, przedstawił się przy poznaniu Wiktorowi, i niech tak zostanie, bo nic o nim nie wiadomo, poza tym, że był w Krynicy przy aresztowaniu Władysława Gomułki. Zresztą i samo aresztowanie słabo widział, bo prowadził tylko jeden z trzech samochodów.

Co innego Budroń. Ten już na drugi dzień zwierzył się Wiktorowi ze swojego życia. Być może w podzięce za radę Wiktora: „Zabandażuj szybko rękę, bo krew z paszczy wroga może zanieczyścić organizm”.

„Do bezpieczeństwa właśnie przez krew trafiłem – opowiadał – tyle że własną i gorącą, bo zapalczywy, jak skurwysyn jestem. Dziedzica nawet lubiłem, bo mojego bratolca do nauki na skrzypcach wyprawił. Ale jego córka, to już ciężka kurew była. Do wszystkiego się wpierdalała, a to żeby nie pluć przed domem, a to kiepów nie rzucać w trawę, a już najbardziej nie lubiła, jak mi się coś do rąk przylepiło. Dlatego, jak ich z dworu wyprowadzali, a franca się po coś schyliła, nie mogłem się opanować. Kopnąłem w dupę, aż pofrunęła, ale nie z całej siły, tak dla nauczki bardziej. Okazało się, że zaciążyła wcześniej i zaraz poronić jej się zachciało. Dziedzic poskarżył się władzom wojskowym i nawet ktoś mnie przesłuchiwał, ale na ucho przyznali, że racja po mojej stronie. Potem przyszło wezwanie do Warszawy i matka zaczęła chlipać, że może Mikołajczyk wygrał i szybko się nie zobaczymy. Przyznaję, miałem trochę stracha, ale rozmowa ludzka była, a na koniec pytanie, czy chcę ludowej ojczyźnie służyć. I służę najlepiej, jak umiem…”.

Tyle Wiktor wiedział o Budroniu. Człowiek o tym nazwisku, już będąc siwym panem w okularach, działał po latach w ważnej organizacji kombatanckiej. Może to być także zwykła zbieżność nazwisk. Teraz jednak śpiewał pierwszym głosem, a Sylwek, który nie chciał być tylko drugim, od czasu do czasu imitował językiem dźwięk bałałajki. Bałałajka akurat nie była niczym dziwnym, Wiktor znał jednego z mandolinistów z zespołu Edwarda Ciukszy, i wiedział, że podobne instrumenty zyskały na szacunku. Dziwne było to, że zamiast śpiewać o polskiej rzece nazywali Wołgę macią radnają.

„To było tak idiotyczne, mamo, że z trudem zapanowałem nad śmiechem. Ten rosyjski, bez potrzeby, w ustach mazowieckich kmieci…”. Tak mniej więcej Wiktor opowiadał o scenie, którą zobaczył. „Skąd wiesz, że mazowieckich, spytała Zofia, jak zwykle rozsądnie”.

Wiktorowi przyszły do głowy wszystkie rocznice i związane z nimi akademie, ale nic się nie szykowało. Zresztą kto by im pozwolił wyjść na scenę, pomyślał i otworzył teczkę, która na niego czekała. Wiedział, że na początek dają mu słabiznę. „Jadwiga Szymańska, urodzona w 1926 w Mławie, podejrzana o usilne i wielokrotne…”. Nauczycielka na lekcji historii wspomniała o koronie na orzełku w umundurowaniu przedwojennego wojska. Doniósł na nią ojciec ucznia, którego synek chciał dopytać o szczegóły.

Jeszcze raz spojrzał na śpiewającego Budronia. W jego oczach zauważył coś, czego do tej pory nie widział. Skupienie. Nie tylko na śpiewaniu, ale też na myśleniu, cokolwiek to u niego znaczyło. Pamiętał, że nie powinien się niczemu dziwić, a przecież ciekawość zwyciężyła. Z kieszonkowego kalendarzyka oderwał rożek wielkości znaczka pocztowego i ołówkiem nakreślił na nim znak zapytania. Wyczekał, aż Sylwek się odwrócił i podsunął karteczkę Budroniowi. Ten spojrzał i szybko coś narysował z drugiej strony. Nie oddał jednak, a tylko pokazał z daleka. Wiktor musiał się przysunąć z krzesłem, aby dojrzeć całkiem zgrabnie narysowane ucho. Józef zmiął w palcach papierek, włożył do ust i popił resztką herbaty w szklance. Przy tej czynności jego oczy patrzyły w górę, a tym samym jakby wskazały coś pod sufitem. Narysowane ucho i przekrzywiona kratka wywietrznika. Wniosek mógł być tylko jeden; w nocy założono im podsłuch. Wiktor mrugnięciem dał do zrozumienia, że popiera spontaniczny śpiew dla Rosjan, którzy na pewno przesłuchają taśmy. Pomyślał też, czy by nie przelicytować chłopaków, jednak do głowy przychodziła mu tylko piosenka z moskiewskiego podwórka… My krasnyje czekisty i pro nas pajut. Uznał, że byłaby za mocna dla podsłuchujących.

Wtedy też zadzwonił telefon. Prawo odbierania połączeń miał Budroń i właśnie on złapał za słuchawkę. Wysłuchał kilku słów i kiedy podawał ją Wiktorowi, drżała mu ręka. Drżenie mogło być spowodowane ważnością połączenia, ale też ciężkim przesłuchaniem, od którego ręka miała prawo być nadwerężona.

– Dzięki wysokiemu wstawiennictwu przywieźli mi ze Lwowa księgozbiór tatusia. Chciałabym, abyś, używając głowy, rozmieścił książki na półkach. Ja nie mam na to czasu. Oczywiście zapłacę, bo to nie jest polecenie służbowe – usłyszał w słuchawce.

Idąc ulicą Madalińskiego ze zdenerwowania wdał się w niezbyt mądre rozmyślania. „Wiadomo, każdy musi mieć ojca, ale skąd słowo tatuś u takich ludzi. Mieliby uczucia?”.

Wyłożona piaskowcem kamienica, do której doszedł, należała kiedyś do Stefana Bilskiego, prezesa czegoś ważnego, może nawet kilku cukrowni. Jego syn, Nikodem, po tajnej podchorążówce, był dla Wiktora wzorem mężczyzny. Zginął w źle przygotowanym ataku na Aleje Szucha, gdzie, jak się okazało, więcej było Niemców niż powstańców. Stefan Bilski przeżył wojnę, lecz został zamordowany niedługo po niej, być może w tym samym więzieniu, w którym Wiktor udawał aresztanta.

Wiktor nie miał dobrych przeczuć, kiedy wchodził do pięknej klatki schodowej, którą pan Stefan Bilski kazał wyłożyć marmurem. W podobnym miejscu usłyszał ryk nadlatujących sztukasów. Z odłamkiem w głowie obudził się potem w piwnicy, która udawała szpital.

Teraz niechby się ojciec pokazał, pomyślał. I niechby nawet rzucił grubym słowem. Dodałby tylko otuchy. Zamiast ojca, nie wiadomo skąd wychynął krępy mężczyzna w wytłuszczonym garniturze. Był bystry lub otrzymał dokładny rysopis, bo z uśmiechem odsłaniającym coś, co przypominało zęby, wskazał palcem na schody.

– Pierwsze piętro, panie kolego. Pani Stasia czeka…

Mimo ohydy, w której babrał się Wiktor, bycie nazwanym „panem kolegą” przez tego rodzaju osobnika, mogło osłabić i tak chorą głowę. Szczęśliwie pani Stanisława okazała się miłą starszą damą, która zaraz po „dzień dobry”, przymusiła go do spróbowania ciasta z wiśnią. Dowiedział się wtedy dużo o wojnie, którą przeżyła w Radomiu, ale najwięcej o tym, że jest wdową po nauczycielu i że na emeryturze prowadzi dom pani Renusi.

„Zapracowana biedactwo, jak mało kto. Mówię jej, po co się tak zaharowywać, całej pracy się nie przerobi. Ale gdzie tam, jak rano wyjdzie, to wieczorem wraca. A poczciwa do gruntu. Ze świecą takiej szukać”.

Kiedy wyszli z dużej, jasnej kuchni, pani Stanisława otworzyła przed nim dwuskrzydłowe drzwi, wypełnione kwadratami z matowego szkła. To, co zobaczył, już mu się kiedyś przyśniło. Ściany wypełnione pustymi półkami sięgającymi sufitu. Te wstawiono niedawno, bo w powietrzu unosił się jeszcze zapach pokostu. Nie półki jednak były ważne, a stos wielkich paczek na środku pokoju, w których były książki.

„Jestem w raju, w innym życiu na pewno mógłbym być księgarzem”. Dobrze świadczy o skromności Wiktora, że nie pomyślał wtedy o spędzeniu życia w pisarskim fachu.

– Lecę już. Herbata w termosie, nie słodzona, bo nie wiem, ile Pan słodzi. – Pani Stanisława była już w paltociku. – Wychodząc, wystarczy zatrzasnąć…

Ojciec pani Reny musiał być we Lwowie lekarzem, bo rzadkie książki medyczne zajmowały trzy duże paki. Po otwarciu każdej następnej Wiktor przekonywał się, że był także humanistą najwyższej próby. Dotykał starych wydań i właśnie książki niepochodzące z pałacu Radziwiłłów, lecz z gabinetu lekarza, uświadomiły mu własną marność. Kiedy zadzwonił telefon, nie zamierzał odbierać, jednak dzwonił długo i uporczywie. Krótka przerwa i potem znowu dziesięć długich sygnałów. Za którymś razem było ich nawet jedenaście. Zrozumiał, że może to być tylko pani Rena. Bez pośpiechu, co wyglądało na demonstrację odwagi, ruszył w poszukiwaniu telefonu. Pokój, z którego dobiegał dzwonek, był sypialnią. Wiktor już wcześniej dostrzegł, że wyposażenie mieszkania jest skromne w porównaniu z luksusem kamienicy. W sypialni było tylko metalowe łóżko przykryte kilimem, który mógł być huculskim, ale też łowickim dla kogoś, kto, jak i on, nie znał się na folklorze. Na ścianie podobny kilim, do którego przytwierdzono reprodukcję Delacroix, tę samą, którą tak lubiła mama. Telefon stał przy łóżku.

– Lekarskie książki tatusia umieściłem na półkach z lewej strony – powiedział do słuchawki bez żadnego halo czy słucham. – Teraz zastanawiam się nad Owidiuszem.

Zapadła cisza. Zaskoczona pani Rena wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć. Może po raz pierwszy w życiu.

– Dlaczego nie odbierałeś wcześniej? – To raczej próba odzyskania należnej jej przewagi.

– Nie miałem instrukcji, czy mogę to zrobić.

Znowu cisza, tym razem jednak nie dłuższa niż trzy sekundy.

– Skończysz dzisiaj?

– Obawiam się, że nie dam rady, bo przecież, jak rozumiem, nie chodzi o upychanie książek na półkach, ale o nadanie im jakichś sensów.

Był przekonany, że to niewinne zdanie stało się kamykiem, który mocno zarysował skałę. Skałą, co oczywiste, była pani Rena, znana z twardości zawodowej najwyższej próby.

Nazajutrz, godzinę po wyjściu gosposi, stał na drabinie i dyrygował poezją. Przekonany, że nie będzie czytana, wybrał dla niej półkę pod sufitem. Zaczął z lewej strony od serii Mortkowicza, a zamierzał skończyć Gebethnerem i Wolffem. I zrobiłby to szybko, gdyby nie nawyk wczytywania się. Wiersz, na który przypadkiem rzucił okiem, pierwszy raz przeczytał go po cichu, a potem jeszcze raz głośno:

 

Szli tędy ludzie biedni, prości –

Bez przeznaczenia, bez przyszłości.

Widziałem ich, słyszałem ich!…

 

Szli niepotrzebni, nieprzytomni –

Kto ich zobaczy – ten zapomni.

Widziałem ich, słyszałem ich!…

 

Szli ubogiego brzegiem cienia –

I nikt nie stwierdził ich istnienia.

Widziałem ich, słyszałem ich!…

 

Śpiewali skargę byle jaką

I umierali jako tako…

Widziałem ich, słyszałem ich!…

 

Już ich nie widzę i nie słyszę –

Lubię trwającą po nich ciszę.

Widziałem ją, słyszałem ją!…

 

Próbował mówić głosem Mariana Wyrzykowskiego, aktora, którego podziwiał za łudzące podobieństwo do ojca. Czuł, że jest w tym śmieszny, lecz nie bał się śmieszności. Co nie znaczy, że nie potrafił się przestraszyć. Kiedy dostrzegł na suficie nieudolnie wydrapane słowo „obłęd”, zakręciło mu się w głowie, zachwiał się, a z nim i drabina. „Zwykły wariat, któremu lekarz z litości nie mówi prawdy. Szewczyk Dratewka chcący zabić smoka, głupiej już być nie może”. Objął głowę i zacisnął powieki. Trwał tak chwilę, a kiedy powoli otworzył oczy, słowo obłęd stało się niewidoczne. Odetchnął głęboko i zaraz pomyślał, że jest przy nim mama, a jej przecież nikt nie nazwałby szaloną.

Uspokojony wrócił do recytacji i choć niby nie bał się śmieszności, to nie przewidział śmieszności zwielokrotnionej. Nie usłyszał przekręcanego klucza w zamku ani otwieranych drzwi. Stał na drabinie i, jak to z czytaniem poezji bywa, mógł mieć mądrą minę. Wtedy też zobaczył panią Renę. W rozpiętym płaszczu, oparta o futrynę drzwi, wyglądała, jakby stała tu od tygodnia.

Trudno powiedzieć, co było detonatorem wywołującym zmysłowe oszołomienie. Wiersz Leśmiana, głos recytującego Wiktora, a może odwaga w ratowaniu życia rosyjskiego generała. Nie można też wykluczyć uroku osobistego. Talent? Nie powinno się lekceważyć tej przypadłości. Utalentowany był na pewno, bo na literaturze pani Rena znała się, jakmało kto. To przecież ona we lwowskich „Sygnałach” podsuwała Karolowi Kurylukowi pisarskie perły. Jej zachwyty nad Brunonem Schulzem stały się nawet powodem środowiskowych żartów.

Jaka by jednak była przyczyna gwałtownego polubienia Wiktora, to bardziej zagadkowe jest odkrycie przez Renę uroków cierpienia. Wyrywania paznokci i sadzania na nodze od krzesła nie pochwalała, ale też widziała w tym wyższą konieczność dziejową. Wiktorowi natomiast nie tylko pozwalała wymierzać sobie klapsy, ale nawet prosiła o nie, wczuwając się w rolę wroga klasowego. Wymyśliła nawet zabawę, którą dla dodania erotycznego powabu nazwała po francusku. Wiktor znał francuski z okresu dziecięctwa, lecz słowo l’interrogatoire było mu obce. Czym jest przesłuchanie oczywiście dobrze wiedział, wystarczyła mu krew na rękach kolegów z pracy. Dlatego używał paska, kiedy Renia, wypięta, pochylała się nad stołem.

– Nie dosłyszałem. Proszę mówić głośniej.

Kiedy wypowiadał to zdanie, wiadomo było, że za chwilę uda zdenerwowanie i posypią się razy. Aby to sprowokować, Rena zaczynała mówić ciszej. Uderzał wtedy mocno.

Nastąpił jednak dzień, w którym oboje znaleźli się w łóżku, tym samym, które pani Aniela przykrywała kilimem huculskim. Łóżko może nie dziwić po tym wszystkim, do czego im służył stół kuchenny, lecz wypada wspomnieć, że mężczyzna zagościł w nim po raz pierwszy. Miała w swoim życiu kochanków, czterech nawet potwierdzonych z nazwiska, jednak spotkania z nimi, co odnotowali zawistnicy, odbywały się w garsonierach na mieście. W ministerstwie mieszkania te nazywano konfesjonałami. Służyły bowiem wysłuchiwaniu spowiedzi obywateli, których należało chronić przed wszelkimi podejrzeniami o współpracę. Jej ulubionym miejscem był apartament przy Kredytowej, który, aby zrobić przyjemność najważniejszej koleżance w ministerstwie, nazwała Pax nobiscum. Człowiek, który w więzieniu NKWD zainteresował generała Sierowa, wielokrotnie spotykał się tam z Luną właśnie. Oboje szlifowali zręby i reguły prawne organizacji nazwanej PAX, która miała uzdrowić z reakcji kościół w Polsce. Rena nie miała przy Kredytowej spotkań tak doniosłych. Z urzędu było to kilku dygnitarzy przedwojennej Polski, którzy dyskretnie wspierali nowe porządki, i jeden biskup już do nich przekonany. Prywatnie widywała się z dyrektorem departamentu w Ministerstwie Hutnictwa. Potężny mężczyzna tak gruby w karku, że musiano mu szyć koszule, ale za to bez złotych zębów i z poczuciem humoru. To było dla niej dużo, zwłaszcza że miał żonę i był wierzący, co gwarantowało brak nachalności.

Wiktor był więc pierwszym mężczyzną, w ramionach którego zasnęła i kiedy się obudziła, nie mogła zaspokoić nieznanego jej wcześniej zachwytu. Jego twarz, gdy leżał półnagi z zamkniętymi oczami i lekko rozchylonymi wargami, była tak inna od wszystkich twarzy, które ją otaczały, że pierwszy raz w życiu poczuła w sobie coś, czego jeszcze nie znała. Zaraz też bolesne uświadomienie, że blisko półwieku przeżyła z bielmem na jednym oku. Na szczęście nie był tworem doskonałym, widziała jego neoficką gorliwość i przebłyski zbytniej nerwowości. Z czułością obserwowała, z jakim wysiłkiem opanowuje porywczość. Raz mu się nie udało i mogło go to drogo kosztować.

Siedzieli w kuchni, pochyleni nad opowiadaniami Wiktora, kiedy piętro wyżej niejaki Kraska zaczął krzyczeć na żonę. Rena znała Jadwigę, nie była ani mądra, ani głupia, a więc pasowali do siebie idealnie. Kiedy Mirek Kraska dostał rolnictwo, natychmiast ktoś z Poznania (wiedziała kto) napisał na ścianie klozetu: „Na rolnictwie Mirek, nie zobaczysz pyrek”. Zwykle, to Jadwiga podnosiła głos, on odpowiadał monosylabami lub milczał. Było powszechną tajemnicą, że pije więcej od innych, a wieczorami nawet bez potrzeby. Teraz jednak to on wpadł w szał, krzyczał, rzucił czymś ciężkim o podłogę (Roma pomyślała o żeliwnej patelni), a nawet straszył Jadwigę śmiercią. Słyszeli każde słowo i wtedy zobaczyła, że oczy Wiktora zbielały, a pięść zacisnęła się tak mocno, że knykcie poczerwieniały.

– Nie zwracaj uwagi. Pomyśl lepiej, czy w tych dwóch zdaniach następujących po sobie potrzebne jest powtórzenie imienia. Dwa razy Stanisław? Po co?

Było to akurat w chwili, kiedy wspólnie czytali opowiadania Wiktora. Jego fraza była inna od ukochanego Schulza, a przecież urzekała w jakiś sposób, i to nie tylko całkowitym przeciwieństwem. Prostymi słowami prowadził wyobraźnię czytającego w rejony, których ten nie mógł się spodziewać. Już wcześniej pomyślała, że nie znała nikogo, kto by bardziej pasował do zapisanych przez siebie słów. Bardzo chciała się popisać przy Wiktorze znajomością wszystkiego, czego we Lwowie nauczył ją profesor Kleiner. Nie miała jednak dużo uwag i była zadowolona, że znalazła podwójnego Stanisława. Dlatego karczemna awantura u człowieka, którego kadencję oceniała jeszcze co najwyżej na pół roku, nie mogła zdenerwować.

Wtedy jednak nastąpiło coś, co kazało jej pomyśleć, że nerwowość Wiktora ociera się o szaleństwo, bo kiedy Kraska jeszcze raz rzucił czymś o podłogę, wybiegł z kuchni. Po chwili wrócił i zanim zdążyła otworzyć usta, szczotką do zamiatania kilkakrotnie uderzył w sufit. Z wrażenia nie liczyła, ile razy, ale na górze natychmiast zapadła cisza.

– A gdyby to był twój przełożony? Mógłbyś stracić zdrowie… – zmusiła się do spokojnego tonu, choć serce zaczęło bić mocniej.

– Mój przełożony jest komunistą, a komunista nie traktuje tak żony. Ani żadnej kobiety.

Odpowiedź niby przytomna, ale po takich słowach już nie ocierał się o szaleństwo, po prostu był wariatem. Chyba że drwił, lecz nie poważyłby się na to. Jego opowiadania były precyzyjne, bez żadnych hołdów dla ustroju, któremu tak bardzo chciał służyć. Nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.

Kiedy już poszedł, pomyślała, że niepotrzebnie wspomniała o utracie zdrowia. Było to niesmaczne, mimo że mogło być prawdą. Pamiętała, że piętro nad nią miał zająć jeden z dyrektorów departamentu, nazywany dobrotliwie Strasznym Dziaduniem, i to nie dlatego, że był najstarszy. Po prostu tak bardzo lubił bić osobiście, że prawie nie dopuszczał niższego personelu do tej prostej czynności. Zastanawiała się nawet, kogo biłby, gdyby nie sprzyjające okoliczności. Szczęśliwie jednak wybrał sobie na mieszkanie apartament w domu dawnej spółdzielni oficerskiej. „Mieszkając po sanacyjnych gadach, lepiej poczuję nasze zwycięstwo”. Też myślała wtedy, czy nie zamieszkać w Alei Szucha, bo miałaby bliżej do pracy, lecz zwyciężyła niechęć do niektórych lokatorów.

Walenie w sufit i przestraszenie głupca przeznaczonego do odstrzału nie miały żadnych konsekwencji. Bo to, że minister poprosił, aby została chwilę po tygodniowej naradzie, było jego zwyczajem. Zawsze prosił o to kogoś z obecnych i wypytywał o szczegóły raportów. Od Reny oczekiwał plotek i nie chodziło mu o miasto, a przede wszystkim o Gmach. Zawsze była na to przygotowana.

O swoim przełożonym wiedziała wszystko, o jego trzech klasach szkoły podstawowej w Polsce, szkole kominternu w Moskwie i pilnej nauce skomplikowanych słów. Szczegółami o nim, rzucanymi od niechcenia, raczył ją Jakub, który w randze wiceministra spraw zagranicznych wydawał się rządzić wszystkim, co się ruszało. Bycie szarą eminencją wyraźnie mu odpowiadało, a Rena długo nie mogła wyczuć, jakim cudem Moskwa mogła zaufać komuś, kto nie przypomina chociażby Mołotowa. Inteligentny, dobrze wykształcony Żyd z myślącą twarzą miałby być powiernikiem słów Stalina? Potem zrozumiała, że właśnie z powodu wyglądu nie mianowano go Bierutem. Raz w miesiącu spotykała się z Jakubem na mieście i zawsze, kiedy siedział naprzeciw niej, lekko odwracał głowę w lewo. Jak złośliwie mówiono w firmie: „Myśli, że z prawego profilu przypomina Cycerona”. Właśnie on powiedział kiedyś: „Trzymamy go, bo Stalin uważa, że pies zagrożony, gryzie mocniej”. Było to o jej ministrze, który przed wojną miał coś niewłaściwego podpisać na policji. Dobrze też świadczyło o jego wierności, że pogodził się z zabiciem przez NKWD swojego brata, także komunisty. Rena nie mogła sobie wyobrazić, co by myślała, gdyby Stalin nakazał zabicie jej siostry. Na szczęście nie miała rodzeństwa.

Tym razem minister był wyjątkowo wylewny, nakazał podać kawę w filiżance, chociaż sam trzymał się szklanki i dwukrotnie spytał, czy nie chce ciasta. Ciast, którymi częstował w przystępie dobrego humoru, raczej się wystrzegano. Aniela z sekretariatu, która się nimi chwaliła, powinna się chwalić czym innym.

– Leon nazwał nasze piwnice lochami Watykanu? To miało być dowcipne, Reniu?

Siedzieli przy okrągłym stoliku w rogu gabinetu, przy którym siadywał z doradcami radzieckimi. Tylko kilka osób w firmie wiedziało, że inkrustacja z kości słoniowej, która ozdabiała blat stolika, przedstawia boga Siwę, jednak nikt o tym nie wspomniał, a trzecie oko brano najczęściej za symbol bezpieczeństwa publicznego.

– Myślę, że był to przytyk do kościelnej reakcji. – wytłumaczyła słowa jednego z kierowników.

– Znałem szczerego komunistę z Przytyka. Siedzieliśmy razem w Grudziądzu. A co do kleru, to dobrze powiedziane. Lochy to na nich za mało…  – zaśmiał się zadowolony. Jak zwykle śmiał się u niego dół twarzy. Oczy i czoło były nieruchome.

Zainteresował się jeszcze, co ludzie mówią o nowej konstytucji, odpowiedziała, że wrogowie się nie cieszą i była już przy drzwiach, kiedy zapytał:

– Co tam się stało z tym uspokajaniem Kraski? To nasz funkcjonariusz taki śmiały?

Rena nie należała do kobiet, które się boją, bo jak kiedyś powiedziała Jakubowi, kto przeżył Kazachstan, tego trudno przestraszyć. Od śmierci z głodu uratował ją wtedy telefonogram Wandy, nakazujący wracać do Moskwy. Teraz jednak poczuła na plecach dreszcz niewiadomego pochodzenia, bo nie wywołał go strach ani zimno. A jednak ten właśnie dreszcz, czego zresztą nie można być całkowicie pewnym, zmusił jej umysł do wypowiedzenia słów, których się nie spodziewała. Całe życie ważyła słowa i nie rzucała nimi od niechcenia, teraz jednak powiedziała coś, co nagle zmieniło życie, a już na pewno plany drugiego człowieka.

– Barski już nie jest naszym funkcjonariuszem. Kiedy się dowiedział, kto mieszka na górze, poprosił o zwolnienie ze służby. Wyraziłam zgodę.

– Wiedziałem, Renusiu, że jesteś twarda, ale że aż tak… Wiemy, że go lubisz.

– Lubię też rosół, panie generale. – Dobrze wiedziała, że nazywanie Stanisława generałem sprawia mu przyjemność.

– Dobra, żołnierska odpowiedź – uśmiechnął się drugi raz i tym razem wygięta w górę warga poruszyła prawym policzkiem.

– Kim on chce teraz być? Jest miejsce dla zaopatrzeniowca w Bristolu.

– Chce być pisarzem i wiem, że jest uzdolniony!

– Ha, bardzo dobrze! Potrzebni nam strachliwi literaci.

Ministrowi poruszyły się obydwa policzki. Nieznacznie, co prawda, ale Rena uznała to za sukces.

ANDRZEJ BART

Fragment większej całości.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek