Sonet trzynasty cyklu drugiego: „Bądź” – i znaj zarazem warunek nieistnienia”
Zaglądając w zaświaty – w Dniu Ojca
Artyści (nie poeci) czytający Rilkego to osobna kategoria. Zazwyczaj, niezależnie od tego, czy są malarzami, rzeźbiarzami, kompozytorami, aktorami, czy – jak Ewa Pobłocka – wirtuozami gry na fortepianie, są także poetami. Właściwie zdziwiłam się i nie zdziwiłam, gdy po pięknym koncercie w księgarni PIW-u, 18 czerwca 2026 roku, pianistka powiedziała: Rilke. Już nokturn Fryderyka Chopina, jaki zagrała oszałamiająco, odesłał słuchających do wiersza Die Perlen entrollen… (Perły się toczą…), zapisanego przez poetę podczas pobytu w hiszpańskiej Rondzie (1912-1913). Tak, zerwały się perły i perliście się toczą, nie mogą przestać. Wyobraźnia artystki nazwała spontanicznie (za taką spontanicznością stoją lata głębokich doświadczeń) wszystkie najważniejsze cechy poezji ciemnej, dośrodkowej; nazwała wiersz jako zjawisko „tym, co nas zatrzymuje”. I najbardziej wzruszające: dała wyraz bezradności tłumaczy wobec poezji największej, przywołując synoptyczne wydanie Rilkego i własny lekturowy dysonans poznawczy: gdy czyta się oryginał i – najlepszy nawet – przekład. Pojawił się także Jerzy Kozarzewski, poeta, potomek Norwida i jego przekonanie, że nie z słów się czerpie, a z „myśli dźwięku”. Jeśli Norwid, to znów – Chopin. (A zestawienie Norwida i Rilkego pozostaje nienapisanym wciąż rozdziałem europejskiej komparatystyki poetyckiej).
Jak owo poetyckie zagęszczenie przeżyć, najistotniej metafizycznych, ma się do sonetu trzynastego z drugiej partii orfickiego cyklu? „Sei immer tot in Eurydike”: bądź zawsze umarły w Eurydyce – powiada poeta orficki w tym wierszu – nie próbuj jej wskrzeszać. „Wyprzedzaj wszelkie pożegnanie” („Sei allem Abschied voran”) – tak może się rozpoczynać jedynie wiersz wyrosły z wysokiego modernizmu, ukorzeniony w samej istocie życia – w utracie. Wiersz zimowy. Wiersz ze wszech miar zimowy.
Sonet II, 13 powstał między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot, a jego pierwodruk ukazał się w zeszycie szóstym „Das Inselschiff” – tego samego roku. Jest jednym z najchętniej czytanych i interpretowanych wierszy cyklu orfickiego, pisali o nim osobno znawcy dzieła Rilkego: Else Buddenberg, Hans Egon Holthusen, Peter Sprengel. Sam poeta zaliczał sonet do swych ukochanych, a także najistotniejszych, myślał o tym szczególnym wierszu jako o synekdosze, która zawiera w sobie wszystkie pozostałe utwory cyklu, a jednocześnie wyraża to, co jego samego (poetę) przekracza – takie wyznanie uczynił Rainer Maria w liście do Kathariny Kippenberg z 2 kwietnia 1922 roku. Źródłem autobiograficznym sonetu – o czym z kolei zaświadcza twórca w liście do Nanny Wunderly-Volkart z 30 stycznia 1920 – pozostaje spotkanie ze śmiertelnie chorą Angelą Guttman, która zmarła dwa lata później.
Sonet – czytany zazwyczaj jako afirmacja, czy też przekroczenie, gestu pożegnania – dzięki wolności głębokich więzi międzyludzkich i więzi z Bogiem, dzięki poetyckiemu pięknu i wielkiemu dramatyzmowi wyrazu należy do arcydzieł poety, którego nazwisko deszyfrowano jako anagram słowa „liryka”. Z czytanego tu dzisiaj sonetu pochodzi też wers, zamykający drugą strofę „sei ein klingendes Glas, das sich im Klang schon zerschlug” (w przekładzie Jastruna: „bądź szkłem dźwięczącym, co się rozbiło już w dźwięku”), wers, jaki da tytuł jednej z najbardziej znanych biografii Rilkego – Dźwięczącemu szkłu Donalda A. Pratera.

Przeczytajmy polskie przekłady.
Mieczysław Jastrun:
Wyprzedzaj wszelkie rozstanie, jakby już było za tobą
jak zima, co mija właśnie. Bo jest tak nieskończona
zima pośród zim wszystkich, mijających obok,
że zimujące twe serce pokona.
Bądź zawsze umarły w Eurydyce – zstąp śpiewający,
sławiący wróć w porozumienie bez lęku.
Tu, wśród gasnących, bądź, w królestwie nocy,
bądź szkłem dźwięczącym, co się rozbiło już w dźwięku.
Bądź – i zarazem znaj warunek nieistnienia,
dno niezmierzone twego wewnętrznego drżenia,
abyś ten jeden raz wypełnił je bezgranicznie.
Do zużytych i martwych zasobów natury całej,
do sumy, której usta niczyje nie powiedziały,
wlicz się radośnie, a potem zniszcz liczbę.
Adam Pomorski:
Nie daj się ubiec rozstaniu, niby tej zimie,
z którą dziś właśnie się przyszło rozstać.
Bo pośród zim się doczekasz aż tak olbrzymiej,
że w śnie zimowym już serce nie zdoła jej sprostać.
Bądź umarłością Eurydyki – , wracaj ze śpiewem,
z chwałą na ustach do związku bez skazy, bez lęku.
W państwie znikliwych się stań nicestwa odzewem:
bądź tu szklanką dźwiękliwą, co rozpryska się w dźwięku.
Bądź – a nie zapominaj nie-bycia warunku,
w sercu twym drżenia nieogarnionej przyczyny,
aby dopełnić go ściśle raz jeden jedyny.
Tak do zużytych zasobów, jak do głuchej i niemej
sumy jestestwa, dla której i słów nie znajdujemy,
dolicz radośnie sam siebie i skreśl cyfrę w rachunku.
Bernard Antochewicz:
Wyprzedzaj rozłąkę, jakby za tobą już była,
jak owa zima, która właśnie odchodzi.
Bo pośród zim wszystkich jest tak nieskończona zima,
którą, zimując, twe serce przetrwa bez szkody.
Bądź zawsze umarły w Eurydyce, śpiewając wstępuj,
sławiąc zstępuj z powrotem w przeczystą więź.
Tu wśród Ginących, bądź, w królestwie kresu,
bądź szkłem dźwięczącym, które już rozbił sam dźwięk.
Bądź – i znaj zarazem warunek Nieistnienia,
nieskończoną przyczynę wewnętrznego drżenia,
byś je spełnił całkiem ten jeden jedyny raz tu.
Do zużytych zarówno i głuchych, niemych już dziś
zasobów pełnej natury, do niewyrażalnych sum,
dolicz siebie radośnie i liczbę zniszcz.
Andrzej Lam:
Wyprzedzaj wszelkie rozstanie, aby było
za tobą, niczym zima, co odchodzi właśnie.
Lecz jest wśród zim jedna tak bardzo zimą,
że zimując, twe serce przetrzyma wytrwale.
Martwy bądź w Eurydyce – , śpiewając się wspinaj
i sławiąc wracaj w przejrzystość twych związków.
Tu, wśród znikania, stań się, w królestwie zachodów,
dźwięczącym szkłem, które się w dźwięku rozpryska.
Bądź – i wiedz też zarazem o tym, czym jest nie-byt,
dno nieskończone lotu wewnętrznego,
byś ten raz jeden spełnić w całości go mógł.
Równie do używanych, jak głuchych i niemych
zasobów całej natury, niewyrażalnych sum
zalicz się triumfalnie i zniszcz liczbę wszelką.
Po raz pierwszy we wtórej części cyklu z Muzot przywołano tu w inicjale drugiej strofy – Eurydykę. I to wbrew utartej interpretacji mitu orfickiego: „Bądź zawsze umarły w Eurydyce” – nawołuje Rilke i można domniemywać, że słowa te skierowane są ku Orfeuszowi oraz w stronę samego siebie (poety orfickiego). Taki sposób myślenia o poezji orfickiej ma swój początek w spotkaniu poety z płaskorzeźbą neapolitańską, przedstawiającą Orfeusza, Eurydykę i Hermesa, co zaowocowało arcydzielnym poematem, zatytułowanym właśnie Orpheus, Eurydike, Hermes (z tomu Neue Gedichte, 1907), przez Josifa Brodskiego uznanym za najpiękniejszy wiersz XX stulecia. Już wtedy, na początku nowego wieku, Rilke przeczuwał, że Orfeusz nie zdoła wywieść Eurydyki – pełnej swej wielkiej śmierci – z krainy umarłych; po dwu dekadach radykalizuje poeta swą reinterpretację mitu: to Orfeusz ma uczestniczyć w śmierci Ukochanej, nie odwrotnie: Jej nie da się już nigdy przywieść ani uwieść – do życia.
Przęsło między partią deskryptywną a refleksyjną sonetu należy do najważniejszych dla mnie miejsc w całej liryce Rilkego – mimo że brak tu składniowo ani interpunkcyjnie, ani nawet tylko semantycznie zastosowanej przerzutni, na granicy drugiej i trzeciej strofy dokonuje się – przełamanie. Nazwałabym je metafizycznym: „Hier, unter Schwindenden, sei, im Reiche der Neige, / sei ein klingendes Glas, das sich im Klang schon zerschlug. // Sei – und wisse zugleich des Nicht-Seins Bedingung“ (w spolszczeniu Jastruna: „Tu, wśród gasnących, bądź, w królestwie nocy, / bądź szkłem dźwięczącym, co się rozbiło już w dźwięku. // Bądź – i zarazem znaj warunek nieistnienia”). Rilke – zauważmy – nie postuluje samounicestwienia ani (tym bardziej) radosnej akceptacji własnego nieistnienia. Poeta powiada tylko, że gdy inni zanikają w królestwie nicości (po niemiecku mowa o królestwie „nicestwa”, jak tłumaczy Pomorski, a nie nocy – jak Jastrun), należy respektować prawa życia, czyli być „szkłem dźwięczącym, co się rozbiło już w dźwięku”. Pierwszy wers strofy trzeciej jest wręcz aforystycznym wyłożeniem tej reguły egzystencji: „Bądź – i zarazem znaj warunek nieistnienia”, a kolejne linijki zaledwie dopowiedzeniem tej wykładni, widzianej jako rachunek metafizyczny, lecz nie w domenie oeconomia divina, nie z punktu widzenia wieczności, a we własnych rozliczeniach jednostkowej kondycji ludzkiej. Stąd – w wygłosie – owo „vernichte die Zahl” (co trzeba przekładać właśnie tak, surowo i literalnie – jak Jastrun: „zniszcz liczbę”).
Tryb imperatywny w tym sonecie pozostaje kwestią zasadniczą: „Wyprzedzaj” – w nagłosie pierwszej strofy (w oryginale nawet mocniejsze, gdyż użyte w konstrukcji omownej z „sei” – „bądź”), „Bądź” i „Bądź” w inicjale strof drugiej i trzeciej – po niemiecku zatem potrójna anafora stroficzna (!), potrójne „bądź” – wezwanie do istnienia nie może być przecież mocniejsze. Jest jednak równie mocne – i to nazywam poetyckim rachunkiem metafizycznym – jak czysta, nienaruszona rozpaczą, świadomość śmiertelności. Poeta integralnie orficki nawet własny imperatyw kategoryczny buduje na kontrapunkcie. Daje nutę przeciw nucie.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY