Zamieszkanie na wsi, w krajobrazie nareszcie szerokim i pod rozległym „okiem błękitu” – gdy dokonanej przed laty zmianie adresu szczęśliwie towarzyszyła przemiana spoglądania i dopuszczenie do pozamykanych uprzednio zmysłów wszystkiego, wśród czego się żyje – pozwala zauważyć, z jakimi tysiącami sąsiadów dzielimy przestrzeń. Głosy ptaków – nie do nas przecież kierowane i o sensie nieprzeniknionym, poranne świeże kopce kretów i drobne kopczyki dżdżownic, ledwo widoczna w oziminie ciemniejsza smuga drogi, którą przeszła sarna, i dwa ruchome słupki zajęczych słuchów, które sponad wzrastającego owsa śledzą hałas, jaki wzniecam przechodząc opodal. I wytrwały, jakże skuteczny w swej trajektorii lot rusałki czy bielinka, wszystko jest obrazem tego, jak światy niezmiernej liczby istot bez ustanku się przenikają, pozostając dla siebie wzajem bez reszty przezroczyste – w tym wspólnym dla nas wszystkich, sąsiadów, wiejskim obejściu i wśród porannych łąk i rozłogów pól.
Nie jesteśmy spotkaniom zdziwieni
Swoich ścieżek nie widzimy splotów
Ja, puszczyk, dżdżownice, syleny
Każdy do wędrówki własną drogą gotów

JAKUB DOLATOWSKI