HOME
Paweł Hertz

Nad stawem u Lambertów*

— Co teraz będzie? Chyba mi nie odbiorą majątku? Jak myślisz? — zwrócił się Roman do Forcajga. — Nie, na pewno nie odbiorą, przecież to jest mój majątek. Jak myślisz? — pytał natarczywie Roman. Młody Forcajg pogwizdywał z cicha.

— Mój Romanie — zaskrzeczała Julia. — Chodź no tu! — Roman zbliżył się do matki. Julia, będąc głucha, nie potrafiła modulować głosu, wydawało się jej, że mówi bardzo cicho, w istocie zaś w pokoju słychać było każde słowo. — Mój Romanie, trzeba koniecznie zmienić hasło w pancernej kasie. Zamek otwierał się na słowo „Julcia”, „J-u-l-c-i-a” — przeliterowała z trudem, jakby sobie coś przypominała — to jeszcze twój ojciec tak nastawił. Trzeba to teraz dla pewności zmienić!

— Co zmienić? — zapytał machinalnie Roman, który nie zastanawiał się nad treścią słów matki i dosłyszał tylko ostatnie słowo.

Co można było zmienić w historii tych dni? Nic. Trzeba było tylko uważnie patrzeć, jak toczą się dzieje. Trzeba było wydostać się z tej sztucznej hodowli karpi do życia, które nowe, inne, zmienione miało się rodzić na skraju tej wiecznie niespokojnej ziemi między Piną i Bugiem.

Żegnać, opuszczać skazanych przez historię, opuszczać ich w chwili decydującej, w chwili, gdy los ich jest przesądzony, a nasz wybór może być jeszcze dokonany — to nie zawsze jest tchórzostwo lub zdrada. Często łatwiej bywa zginąć wspólnie niż zdecydować się na ocalenie samemu. Tym razem zwyciężyło we mnie przekonanie o niesłuszności sprawy Lambertów, o bezcelowości dalszej ich gry na scenie świata, choć sam w tej grze brałem przecież udział. Pod wpływem gwałtownego wstrząsu spadły ze mnie lambertowskie opończe, którymi dotąd byłem owinięty przed światem, choć czas wojny tu i ówdzie już je poszarpał. Historia często ułatwia nasze postanowienia, utwierdza nas w słuszności naszych niejasnych myśli, bywa akuszerką naszych czynów. Pomaga, jak nauczyciel w czasie egzaminów dojrzałości ulubionemu uczniowi, w rozwiązaniu trudnego zadania.

 

 

Kukułka w domu starego Brzeskiego, perfidnie zapytana przeze mnie o czas trwania rodziny Lambertów, odpowiedziała trafnie. Może dlatego, że była mechaniczna, lecz najpewniej dlatego, że nie postawiłbym jej pytania, gdybym z góry nie znał odpowiedzi.

Koniec Lambertów był bliski. Bez domu, bez karpi, cóż znaczyć będzie Roman, Julia, Ludwik? Jedyny Gabriel — lekarz — trwałby nadal i byłby potrzebny, ale Gabriela tu nie było.

Czy miałem tu pozostać, potwierdzać, że muszę tu trwać, w tym starym domu dziadka Leopolda? Nikt nie ma obowiązku wierności dla rzeczy i spraw umarłych, gdy wie, że jak z wyjałowionej ziemi nic już z nich nie wzrośnie. Miałem prawo wyboru, miałem prawo zdrady. Ja jeden noszący to nazwisko widziałem Lambertów naprawdę. I ten właśnie pełny ich obraz pozwolił mi porzucić ich bez żalu i bez wyrzutów sumienia.

Przybiegł Grzegorz i powiedział coś po cichu Romanowi.

— Chłopi spuszczają stawy — rzekł krótko Roman, jakby przed siebie. Ludwik w sąsiednim pokoju przerwał wpół taktu. Wyszliśmy przed dom. Ten staw trwał jeszcze nietknięty. Ale w oddali gwałtownie obniżała się powierzchnia sąsiedniego stawu i słychać było szum wody ściekającej do kanałów.

— Mogą nocą napaść na dwór — mówił Roman, nie patrząc na nas. — Trzeba będzie się bronić! — ciągnął z błazeńskim tonem w głosie, jak gdyby rozmawiał z pułkownikiem Pujdakiem. Młody Forcajg, jego siostry, ciocia Regina i ja milczeliśmy. Ruszyłem naprzód.

— Uważaj, bo cię chłopi zabiją! — krzyknął za mną Roman.

Powoli szedłem przez groblę. Staw opróżniał się szybko. Zaniepokojone karpie pływały już pod opadającą powierzchnią. „Za godzinę staw będzie bez wody” — pomyślałem. Tam, gdzie wbita była w ziemię podniesiona teraz drewniana śluza, stało dwóch białoruskich rybaków, ćmiąc machorkę. Patrzyli z zadowoleniem na obniżającą się powierzchnię wody. Nie wyglądali wojowniczo. Dostrzegli mnie, zafrasowali się i po chwili, widząc moją miejską odzież, pokłonili się, zdejmując słomiane kapelusze. Zrozumiałem, że spuszczanie stawów jest czynnością symboliczną, umożliwiającą im po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zamanifestowanie ich niczym nieskrępowanego widzimisię.

Wracałem w kierunku domu. Myślałem o tym, że się nic nie stanie strasznego, jeśli wyzdychają karpie dziadka Leopolda. Kto inny przyjdzie, napuści wody do stawów, poprowadzi hodowlę. Może ten sam rybak, który dziś spuszcza stawy, może inny. Ale jedno wiedziałem na pewno — Lambertowie nie potrafią prowadzić już hodowli. Nie potrafią żyć. Mogą co najwyżej ustawiać czaty przy cudzej zdobyczy, korzystać z cudzej ziemi, z cudzej wody, z cudzej pracy. Ale sami nic już nie potrafią zrobić. Z otwartego okna dobiegły mnie pierwsze takty marsza. To Ludwik wrócił do muzyki.

Wszedłem do salonu. Kuzyn nawet mnie nie zauważył, pochylony nad fortepianem, z trudem wyszukując klawisze. Na stoliku leżał oprawny w skórę album. Pomyślałem, że ja jeden, jeśli zamierzam stąd odejść, mam prawo i obowiązek zabrać go i przechować. Jeśli odchodzę, to nie znaczy, że wstydzę się Lambertów, że się ich wypieram — odchodzę, bo nic tu już nie ma — ani życia, ani śmierci, tylko nadaremna obrona czasu, który nie może trwać, tylko lęk przed zmianą, która musi nadejść, tylko skostnienie…

Wychodziłem stąd, tak jak przyszedłem: głównymi drzwiami. Nie zabierałem ze sobą nic prócz albumu, niby uczony, który z wykopalisk unosi tylko rzeczy najbardziej go interesujące, takie, które mogą pomóc w zbudowaniu hipotezy. Szklane drzwi jadalni były rozsunięte. Zatrzymałem się, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Ciotka Julia kiwała potakująco głową. Roman patrzył w okno. Ludwik miał oczy wpółprzymknięte i głowę przechyloną w bok. Patrzyłem na nich chwilę, by utrwalić ten obraz.

Szedłem wąską groblą między dwoma stawami. Wody w nich już prawie nie było. Ogromne, pozieleniałe ze starości karpie, obrośnięte wodorostami, leżały na dnie grubą ławicą. Od czasu do czasu słychać było klaśnięcie ogonów o łuski. Karpie otwierały miarowo podkowy wielkich ust, skrzela poruszały się gwałtownie jak wachlarze. Stare ryby mogą długo żyć, nim usną. Ale to już nie było życie, tylko oczekiwanie snu. Szedłem szybko i nie chciałem się nawet zatrzymywać, by dokładniej przyjrzeć się ich śmierci. Od stawów bowiem ciągnął zimny zapach zgnilizny.

PAWEŁ HERTZ

*Fragment opowiadania „Ucieczka z krainy Lambertów”. W: P. Hertz „Sedan”, Warszawa, PIW, 2020.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek