HOME
Przemysław Pawlak

Portret Juliusza Balickiego

W tym roku mija sto lat od wydania podręcznika Kraj‎ ‎lat‎ ‎dziecinnych. Pierwszy rok nauki języka polskiego w szkołach średnich ogólnokształcących (Lwów–Warszawa–Kraków 1926) z ilustracjami Edmunda Bartłomiejczyka (okładka i cztery całostronicowe tablice w kolorze), Zygmunta Kamińskiego i Władysława Skoczylasa. Tytuł i motto książki pochodziły oczywiście od wieszcza Adama. Przeznaczona była dla dzieci w wieku od 10 do 14 lat, tj. dla trzech najniższych klas ośmioletniego gimnazjum. Poza tekstami gwiazd polskiej literatury – jak Maria Dąbrowska, Piotr Choynowski, Ferdynand Goetel, Kazimiera Iłłakowiczówna, Juliusz Kaden-Bandrowski, Jan Kasprowicz, Zofia Kossak-Szczucka, Kornel Makuszyński, Zofia Nałkowska, Janina Porazińska, Wacław Sieroszewski, Kazimierz Wierzyński, Emil Zegadłowicz – zawierała przysłowia ludowe na każdy miesiąc roku szkolnego. Czytanki podzielono również na dziesięć cykli odpowiadających miesiącom nauki. Dodatkiem na końcu tomu był Skarbczyk poezji, czyli utwory klasyków: Ignacego bp. Krasickiego, Franciszka Karpińskiego, Aleksandra Fredry, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Wincentego Pola, Władysława Syrokomli, Marii Konopnickiej, Stanisława Wyspiańskiego i Lucjana Rydla. Chociaż zbiór miał pozornie charakter wypisów z lektur, to składał się z tekstów oryginalnych, napisanych specjalnie do tego podręcznika, na zamówienie jego redaktorów i Wydawnictwa Ossolineum; dzięki temu nowatorskiemu rozwiązaniu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyki i grona pedagogicznego. Książka doczekała się kilku wydań – w 1927, 1930 i 1931 roku. Stała się zaczątkiem całej serii efektownych pomocy szkolnych, które w II Rzeczpospolitej zyskały status kultowych.

Kazimierz Króliński przewidywał, że „książka ta będzie stanowiła przełom w dziedzinie prac literackich dla dziecka, że przede wszystkim podręczniki szkolne oprą się na tych nowych zasadach” [1]. Mieczysław Opałek, lwowski historyk i poeta, współzałożyciel Towarzystwa Miłośników Książki, zachwycił się Krajem lat dziecinnych od pierwszego wejrzenia: „Choć szata zewnętrzna, żywy i pięknie stylizowany ornament okładki dają książce pozory wydawnictwa gwiazdkowego, to jednak jest to nic innego, jak tylko podręcznik szkolny, jeno zupełnie odmienny od dotychczasowych. […] wydawnictwo Zakładu Nar. im. Ossolińskich, nie szczędząc kosztów, wyposażyło książkę szczodrze, tak że jest ona nie tylko podręcznikiem szkolnym, ale i jak gdyby miłym podarkiem złożonym młodzieży. […] Radość, pogoda i umiłowanie życia, jakie tchną z kartek książki, to duże walory pedagogiczne. Żaden z autorów nie moralizuje, nie nudzi tyradami, ale wprost chwyta za serce i budzi w nim pożądany rezonans. Szczęśliwe prawdziwie pokolenie, któremu uczyć się wypadnie z takiej książki, […] pociąga krasą, pachnie świeżością, jak łąki w porankowej ukąpane rosie” [2].

 

 

Kraj lat dziecinnych – okazuje się – ma istotny związek z portretem niezidentyfikowanego mężczyzny, który kilka dni temu zauważyłem w ofercie warszawskiego domu aukcyjnego. Niepozorny obraz pędzla Stanisława Daczyńskiego (1856–1941), datowany około 1913 roku, opisany był lakonicznie: „olej, tektura; 67,5 x 50 cm; sygn. wraz z dedykacją p. g.: Kochanemu D… J… B… / od wujka 25/8 1913”. Zdziwiłem się, że tak niewiele udało się ustalić na temat dzieła – bądź co bądź – ucznia Jana Matejki, wziętego pejzażysty, twórcy polichromii i ceramiki, nagradzanego medalami na wystawach sztuki w Krakowie, a nawet na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku. Zagadka zdała mi się warta poszukiwawczego wysiłku.

Czy rzeczywiście ustalenie personaliów modela jest aż tak trudne – wszak mamy kilka tropów w inskrypcji w prawym górnym rogu. Jeśli był wujem portretowanego, mężczyzna mógł być synem siostry malarza. Na obrazie widoczne są nie tylko litery „D… J… B…” – z dużą dozą prawdopodobieństwa da się tam odczytać słowa „Drowi Julkowi Bal…”. Po kilku godzinach mozolnej kwerendy w bibliotekach cyfrowych i portalach genealogicznych znalazłem treść kluczowego dla śledztwa dokumentu – podania lustratora rady powiatowej, Jana Piekarza, zachowane na odwrotnej stronie jego listu wysłanego z Bochni 18 kwietnia 1915 roku, do jego powinowatego Stanisława Daczyńskiego, w sprawie działu spadku po Janie Sylwestrze Daczyńskim, emerytowanym c.k. starszym zarządcy podatkowym. Zarządca masy spadkowej poprosił „c.k. krajową Dyrekcję skarbu o wyasygnowanie przypadającego kwartału pośmiertnego na moje ręce, tak jak sobie tego życzą dzieci Zmarłego, a mianowicie Stanisław Daczyński i Janina Balicka z Kołomyi, obecnie w Wiedniu zamieszkali” [3].

Dzięki skrupulatności Piekarza wiemy, że w Kołomyi nad Prutem, na Pokuciu, mieszkała Janina (właśc. Joanna Teofila) z Daczyńskich Balicka (1866–1954). Należała do miejscowej elity, ponieważ jej mąż Karol kierował kasą oszczędności w Kołomyi i okręgiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, a w 1923 roku został mianowany komisarzem rządu w mieście [4]. Ich synami, a zatem siostrzeńcami Stanisława Daczyńskiego, byli Juliusz, Adam i Roman Baliccy.

Najstarszy z nich, Juliusz, urodził się 14 lutego ‎1890 roku w Kołomyi, był profesorem gimnazjalnym, metodykiem nauczania, urzędnikiem kuratorium lwowskiego. W 1913 – roku namalowania i podarowania obrazu – doktoryzował się na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego na podstawie rozprawy Fabian Sebastian Klonowic jako satyryk i sędzia swego czasu w świetle jego epoki [5]. Portret Juliusza Balickiego był więc prezentem od wuja-malarza z okazji obrony doktoratu.

 

 

Wieloletni szef Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Henryk Barycz (1901–1994), napisał o Juliuszu Balickim: „Czołowy pedagog-polonista dwudziestolecia międzywojennego, publicysta, subtelny krytyk teatralny i muzyczny, na którego umysłowość, poglądy estetyczno-psychologiczne, kulturę filozoficzną i towarzyską w niemałym stopniu wpłynęła atmosfera ówczesnego Wiednia” [6]. Mimo to trudno znaleźć jego biogram w ogólnodostępnych źródłach, nie ma go do tej pory w Wikipedii.

Podczas I wojny światowej, wojen polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej Balicki mieszkał we Lwowie, gdzie wygłaszał odczyty o literaturze i muzyce ojczystej, brał udział w pracach jury konkursu na utwory chóralne skomponowane przez polską młodzież szkolną lub akademicką, a w klubie referentów muzycznych opracowywał postulaty sanacji opery lwowskiej. Od lipca 1919 roku kierował na Łyczakowie kursami naukowymi Polskiego Białego Krzyża, których celem było „uratowanie uczniom-żołnierzom i dzieciom uchodźców roku szkolnego” [7]. Uczniem Balickiego był m.in. profesor Marian Tyrowicz (1901–1989), historyk XIX wieku, autor 284 biogramów w Polskim Słowniku Biograficznym [8].

W latach 1922–1924 wraz z Lesławem Jaworskim, autorem bestsellerowego Przewodnika operowego (Balicki napisał przedmowę do nowego i uzup. wydania w 1921 roku), prowadził rubrykę Z sali koncertowej / Z opery / Z teatru na łamach „Gazety Porannej”, ilustrowanego dziennika wschodnich kresów. Chwalił maestrię seniora lwowskich skrzypków, Maurycego Wolfstala, wirtuozerię jego syna Bronisława (który niebawem został pierwszym dyrygentem wiedeńskiej Volksoper) [9], ale i dojrzewający dopiero talent 23-letniego pianisty Mieczysława Münza [10], pierwszego męża Neli Młynarskiej-Rubinstein.

Po zamachu majowym Balicki stał się jednym z najbardziej liczących się polonistów i redaktorów lwowskich. W 1926 roku przygotował wznowienie Dziejów literatury polskiej Konstantego Wojciechowskiego (I wyd. 1906), ze wstępem Ignacego Chrzanowskiego, a cztery lata później 1930 roku – z dodanym rozdziałem Zenona Alexandrowicza o Norwidzie. Wspólnie z Zygmuntem Szweykowskim i Juliuszem Zaleskim wydał z rękopisów Wojciechowskiego Przewrót w umysłowości i literaturze polskiej po roku 1863. Miłość w poezji polskiej. Ballady i romanse. Współzawodnik Sienkiewicza (1928). Z Maykowskim zredagował Zarys dziejów literatury polskiej Kleinera (1932 i 1933).

Do najbliższych przyjaciół Balickiego należał kierownik literacki Ossolineum i dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kazimierza, profesor Stanisław Łempicki, który po latach z rozrzewnieniem wróci do czasów ich wspólnej młodości. We wspomnieniach, wydanych tuż po II wojnie światowej, utrwalił – niemal sienkiewiczowską frazą – okoliczności powstania pierwszych podręczników polonistycznych w niepodległej Polsce: „Na‎ ‎pierwszym‎ ‎miejscu‎ ‎stawały‎ ‎podręczniki‎ ‎języka‎ ‎polskiego, tj.‎ ‎czytanki‎ ‎polskie.‎ ‎Czyż‎ ‎mogłem‎ ‎–‎ ‎wobec‎ ‎takich‎ ‎postulatów z‎ ‎góry‎ ‎–‎ ‎wymyśleć‎ ‎coś‎ ‎lepszego‎ ‎od‎ ‎złączenia‎ ‎Juliusza‎ ‎Balickiego z‎ ‎Stanisławem‎ ‎Maykowskim‎ ‎w‎ ‎jeden‎ ‎bezkonkurencyjny‎ ‎diumwirat i‎ ‎skłonienia‎ ‎ich‎ ‎do‎ ‎przygotowania‎ ‎takich‎ ‎polskich‎ ‎czy‎tanek,‎ ‎jakich jeszcze‎ ‎nie‎ ‎było?‎ ‎Stało‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎jednego‎ ‎przedpołudnia‎ ‎przy‎ ‎pewnym stoliku‎ ‎w‎ Romie,‎ ‎a‎ ‎jeśli‎ ‎ten‎ ‎ich‎ ‎związek‎ ‎uchodzi‎ ‎do‎ ‎dzisiaj‎ ‎za‎ ‎nierozerwalny,‎ ‎to‎ ‎ja‎ ‎im‎ ‎dawałem‎ ‎ślub;‎ ‎nie‎ ‎kto‎ ‎inny‎ ‎też,‎ ‎tylko‎ ‎znowu‎ ‎ja trzymałem‎ ‎do‎ ‎chrztu‎ ‎ich‎ ‎dwa‎ ‎(czy‎ ‎trzy)‎ ‎pierwsze‎ ‎podręczniki‎ ‎dla gimnazjów‎.

Z‎ ‎Julkiem‎ ‎Balickim‎ ‎żyłem‎ ‎wówczas‎ ‎w‎ ‎najserdeczniejszej‎ ‎przyjaźni.‎ ‎Jeden‎ ‎bez‎ ‎drugiego‎ ‎nie‎ ‎potrafiliśmy‎ ‎zjeść‎ ‎kanapki‎ ‎czy‎ ‎ciastka ani‎ ‎wypić‎ ‎filiżanki‎ ‎czarnej‎ ‎kawy;‎ ‎jak‎ ‎w‎ ‎bajce‎ ‎mickiewiczowskiej, znaleziony‎ ‎orzeszek‎ ‎dzieliliśmy‎ ‎na‎ ‎dwoje.‎ ‎Do‎ ‎tej‎ ‎dwójki‎ ‎naszej,‎ ‎jako trzeci,‎ ‎przyłączył‎ ‎się‎ ‎wnet‎ ‎Kazimierz‎ ‎Kolbuszewski.‎ ‎Juliusza‎ ‎Balickiego‎ ‎ceniłem‎ ‎bardzo‎ ‎wysoko‎ ‎za‎ ‎jego‎ ‎rzadko‎ ‎spotykaną‎ ‎inteligencję,‎ ‎wszechstronne‎ ‎zdolności‎ ‎i‎ ‎wykształcenie,‎ ‎osobliwą,‎ ‎trochę‎ ‎tajemniczą‎ ‎filozofię‎ ‎życia,‎ ‎za‎ ‎dobre‎, ‎koleżeńskie‎ ‎serce‎ ‎(nie‎ ‎bez‎ ‎mocnej wkładki‎ ‎egoizmu),‎ ‎za‎ ‎dowcip‎ ‎i‎ ‎humor‎ ‎pomieszany‎ ‎z‎ ‎goryczą‎ ‎i‎ ‎jakimś romantycznym‎ ‎Weltschmerzem.‎ ‎Znałem‎ ‎wszystkie‎ ‎ujemne‎ ‎strony tego‎ ‎najbardziej‎ ‎chimerycznego‎ ‎człowieka‎ ‎na‎ ‎świecie,‎ ‎klasycznego neurastenika‎ ‎najlepszej‎ ‎sorty‎ ‎–‎ ‎i‎ ‎przywykłem‎ ‎do‎ ‎nich;‎ ‎tak‎ ‎samo i‎ ‎on‎ ‎przyzwyczaił‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎wszystkich‎ ‎moich‎ ‎dziwactw‎ ‎i‎ ‎wad,‎ ‎i‎ ‎nieraz bawiliśmy‎ ‎się‎ ‎znakomicie,‎ ‎ułatwiając‎ ‎sobie‎ ‎wzajemnie‎ ‎takie‎ ‎samopoznanie.‎ ‎[…]‎ ‎Dla‎ ‎mnie‎ ‎wspomnienia‎ ‎lat,‎ ‎spędzonych‎ ‎w‎ ‎przyjaźni‎ ‎z‎ ‎nim na‎ ‎niezliczonych‎ ‎gawędach‎ ‎kawiarnianych‎ ‎czy‎ ‎kolacyjkach‎ ‎koleżeńskich‎ ‎w‎ ‎Hotelu‎ ‎Krakowskim,‎ ‎w‎ ‎domu‎ ‎czy‎ ‎na‎ ‎przechadzkach‎ ‎– zostały‎ ‎dotąd‎ ‎najmilszymi‎ ‎kartami‎ ‎lat‎ ‎minionych,‎ ‎wieku‎ ‎męskiego, „wieku‎ ‎klęski”.‎ ‎On‎ ‎sam,‎ ‎Juliusz‎ ‎Balicki,‎ ‎wydaje‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎–‎ ‎może‎ ‎dziś więcej‎ ‎niż‎ ‎dawniej‎ ‎–‎ ‎jednym‎ ‎z‎ ‎najciekawszych,‎ ‎ale‎ ‎może‎ ‎i‎ ‎najsmutniejszych‎ ‎ludzi,‎ ‎jakich‎ ‎spotkałem. […]

Sprząc‎ ‎takie‎ ‎dwa‎ ‎Pegazy‎ ‎pedagogiczne‎ ‎w‎ ‎jeden‎ ‎autorski‎ ‎rydwan dla‎ ‎celów‎ ‎podręcznikowych‎ –‎ ‎wydawało‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎osiągnięciem‎ ‎nie‎ ‎lada jakim.‎ ‎Wiedziałem,‎ ‎że‎ ‎Pegazy‎ ‎będą‎ ‎wierzgać,‎ ‎boczyć‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎siebie, może‎ ‎i‎ ‎kąsać‎ ‎się‎ ‎nawzajem;‎ ‎lecz‎ ‎cóż‎ ‎znaczyć‎ ‎mogą‎ ‎przemijające‎ ‎nieporozumienia‎ ‎wobec‎ ‎silnego‎ ‎rytmu‎ ‎stałej‎ ‎współpracy‎ ‎takich‎ ‎talentów. Narodziny‎ ‎pierwszych‎ ‎dwóch‎ ‎tomów‎ ‎czytanek‎ ‎dla‎ ‎gimnazjów nie‎ ‎były‎ ‎łatwe.‎ ‎Przecież‎ ‎Wydawnictwo‎ ‎Ossolineum‎ ‎było‎ ‎pierwszą firmą‎ ‎wydawniczą‎ ‎na‎ ‎ziemiach‎ ‎naszych,‎ ‎która‎ ‎postanowiła‎ ‎dać‎ ‎w‎ ‎czytankach‎ ‎polskich‎ ‎ogromną‎ ‎większość‎ ‎ustępów‎ ‎nowych,‎ ‎wciągnąć do‎ ‎współpracy‎ ‎wszystkie‎ ‎najznakomitsze‎ ‎żyjące‎ ‎pióra‎ ‎polskie,‎ ‎nie szczędząc‎ ‎na‎ ‎to‎ ‎kosztów,‎ ‎wyposażyć‎ ‎książkę‎ ‎w‎ ‎najświetniej‎ ‎dobrany dział‎ ‎ilustracyjny‎ ‎i‎ ‎szatę‎ ‎typograficzną.‎ ‎Nie‎ ‎zliczyłbym‎ ‎codziennych niemal‎ ‎konferencji‎ [Alfreda] ‎Tęczarowskiego‎ ‎i‎ ‎moich‎ ‎z‎ ‎Balickim‎ ‎i‎ ‎Maykowskim,‎ ‎na‎ ‎których‎ ‎rozpatrywało‎ ‎się‎ ‎każdy‎ ‎prawie‎ ‎ustęp,‎ ‎każdy‎ ‎wątpliwy‎ ‎szczegół‎ ‎podręcznika.‎ ‎Twórcy‎ ‎książki‎ ‎rzucali‎ ‎garściami‎ ‎piękne, nowe‎ ‎pomysły,‎ ‎aż‎ ‎się‎ ‎skrzyło;‎ ‎układali‎ ‎plany‎ ‎książki,‎ ‎chcieli‎ ‎z‎ ‎niej zrobić‎ ‎naprawdę‎ ‎jakiś‎ ‎arcytwór,‎ ‎który‎ ‎by‎ ‎wszystko‎ ‎poprzednie‎ ‎zaćmił,‎ ‎a‎ ‎wszystkich‎ ‎zadziwił.‎ ‎Nie‎ ‎zarozumiałość‎ ‎kierowała‎ ‎nimi,‎ ‎ale entuzjazm.

[…] Było‎ ‎to‎ ‎naprawdę‎ ‎wielkie‎ ‎święto‎ ‎w‎ ‎Wydawnictwie,‎ ‎gdy‎ ‎otrzymaliśmy‎ ‎z‎ ‎drukarni‎ ‎pierwszy‎ ‎egzemplarz‎ ‎pierwszego‎ ‎tomu:‎ Kraj lat‎ ‎dziecinnych.‎ ‎Cieszyliśmy‎ ‎się‎ ‎nim,‎ ‎jak‎ ‎jakimś‎ ‎z‎ ‎miłością‎ ‎wypielęgnowanym‎ ‎kwiatem.‎ ‎Zbici‎ ‎w‎ ‎gromadkę,‎ ‎oglądaliśmy‎ ‎go‎ ‎z‎ ‎radością. Wszakże‎ ‎to‎ ‎pierwszy‎ ‎taki‎ ‎podręcznik‎ ‎w‎ ‎polskiej‎ ‎szkole,‎ ‎dla‎ ‎polskiego dziecka. ‎

[…]‎ ‎wielka impreza‎ ‎podręcznikowa‎ ‎„Balicki‎‎-‎Maykowski”‎ ‎(za‎ ‎naszych‎ ‎czasów nazywaliśmy‎ ‎ją‎ ‎skrótem‎ „Maj-Baj”‎ ‎lub‎ „Bal‎-‎‎May”)‎ ‎zatoczyła‎ ‎rozległe‎ ‎kręgi.‎ ‎Rozszerzyła‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎gimnazjum‎ ‎na‎ ‎szkoły‎ powszechne,‎ ‎nawet‎ ‎na‎ ‎kupieckie;‎ ‎wciągnęła‎ ‎do‎ ‎współpracy‎ ‎szereg‎ ‎nowych‎ ‎ludzi ([Juliusz] Kleiner,‎ ‎[Aleksander] Brückner,‎ [Zenon] ‎Alexandrowicz),‎ ‎sięgając‎ ‎do‎ ‎liceów‎ ‎i‎ ‎do‎ ‎literatury.‎ ‎Doczekały‎ ‎się‎ ‎nawet‎ ‎te‎ ‎piękne,‎ ‎kolorowe‎ ‎a‎ ‎coraz‎ ‎grubsze książki‎ ‎osobnych‎ ‎komentatorów‎ ‎metodycznych‎ ‎jak‎ ‎Talmud.‎ ‎I‎ ‎dodatki‎ ‎różne‎ ‎przyszły,‎ ‎i‎ ‎teksty.‎ ‎Cała‎ ‎biblioteka. Podręczniki‎ ‎Balickiego‎ ‎i‎ ‎Maykowskiego‎ ‎–‎ ‎nikt‎ ‎temu‎ ‎nie‎ ‎zaprzeczy‎ ‎–‎ ‎stworzyły‎ ‎pewien‎ ‎przełom‎ ‎w‎ ‎literaturze‎ ‎czytanek‎ ‎polskich,‎ ‎a‎ ‎może‎ ‎i‎ ‎podręcznikowej‎ ‎w‎ ‎ogóle.‎ ‎Wprowadziły‎ ‎prąd‎ ‎świeżego‎ ‎powietrza‎ ‎w‎ ‎krainę‎ ‎starej‎ ‎mody.‎ ‎Metodę‎ ‎wycinanek‎ ‎i‎ ‎wciąż odgrzewanych‎ ‎„klasycznych‎”‎ ‎ustępów‎ ‎zastąpiły‎ ‎metodą‎ ‎nowych, świeżych,‎ ‎specjalnie‎ ‎dla‎ ‎książki‎ ‎pisanych‎ ‎utworów.‎ ‎[…] ‎ich‎ ‎dydaktyczne‎ ‎„podejścia‎”‎ ‎i‎ ‎„chwyty‎”‎ ‎oraz‎ ‎ich pełna‎ ‎nowości‎ ‎i‎ ‎uroku‎ ‎forma‎ ‎zewnętrzna‎ ‎stanowiły‎ ‎na‎ ‎tle‎ ‎dotychczasowości‎ ‎zjawisko‎ ‎niepowszednie. Próba‎ ‎nasza‎ ‎z‎ ‎cyklem‎ ‎Balickiego‎ ‎i‎ ‎Maykowskiego‎ ‎była‎ ‎czymś zupełnie‎ ‎specjalnym.‎ ‎Wydawnictwo‎ ‎Ossolineum‎ ‎zdawało‎ ‎sobie‎ ‎jednak sprawę,‎ ‎że‎ ‎akcję‎ ‎wydawania‎ ‎książek‎ ‎dla‎ ‎szkół‎ ‎średnich‎ ‎i‎ ‎powszechnych‎ ‎należy‎ ‎podjąć‎ ‎na‎ ‎większą‎ ‎miarę,‎ ‎aby‎ ‎nie‎ ‎zostać‎ ‎w‎ ‎tyle‎ ‎za ogólną‎ ‎ruchawką. […]

‎Głośno‎ ‎bywało‎ ‎wtedy i‎ ‎wesoło;‎ ‎zwłaszcza‎ ‎gdy‎ ‎odżywały‎ ‎niekończące‎ ‎się‎ ‎nigdy,‎ ‎a‎ ‎tylko przez‎ ‎półserio‎ ‎traktowane‎ ‎kontrowersje‎ ‎Julka‎ ‎Balickiego‎ ‎ze‎ ‎Stachem Maykowskim,‎ ‎do‎ ‎których‎ ‎ja ‎wtrącałem‎ ‎niekiedy‎ ‎moje‎ ‎podjudzające trzy‎ ‎grosze.‎ ‎Żywo‎ ‎tkwią‎ ‎mi‎ ‎w‎ ‎pamięci‎ ‎dyskusje‎ ‎nad‎ ‎pewnymi‎ ‎ustępami‎ ‎(któreśmy‎ ‎potem‎ ‎utrącali‎ ‎albo‎ ‎nie),‎ ‎dyskusje,‎ ‎w‎ ‎których‎ ‎dowcip ścigał‎ ‎dowcip,‎ ‎a‎ ‎ironiczny‎ ‎żart‎ ‎walczył‎ ‎o‎ ‎lepsze‎ ‎z‎ ‎osobistą‎ ‎aluzją. Ale‎ ‎podręczniki‎ ‎wychodziły‎ ‎z‎ ‎takich‎ ‎przyjacielskich‎ ‎starć‎ ‎coraz czystsze,‎ ‎coraz‎ ‎piękniejsze” [11].

 

 

‎‎Tandem „Bal‎-‎‎May”, zachęcony sukcesem Kraju lat dziecinnych, zabrał się do wytężonej pracy nad podręcznikami dla starszych klas szkół średnich, a następnie dla dzieci uczących się w gimnazjach i szkołach powszechnych; wydał w lwowskim Ossolineum następujące antologie:

Będziem‎ ‎Polakami. Drugi rok nauki języka polskiego w szkołach średnich ogólnokształcących, 1928 (kolejne wyd. 1931, 1932), okładka i rys. Edmund Bartłomiejczyk, teksty: Adam Mickiewicz, Julian Wołoszynowski, Stanisław Wasylewski, Zofia Kossak-Szczucka, Henryk Sienkiewicz, Juliusz Kaden-Bandrowski, Maria H. Szpyrkówna, Leonard Okołów-Podhorski, Aleksander Janowski;

Miej serce. Trzeci rok…, 1930, rys. Edmund Bartłomiejczyk;

Mówią wieki. Czwarty rok…, 1931 (1936);

Wypisy z literatury polskiej. T. 1, Od początków piśmiennictwa do końca rządów Stanisława Augusta, 1932;

Pieśń o ziemi naszej. Piąty rok…, 1933, ilustracje Edmund Bartłomiejczyk, Stanisław Matusiak;

Mówią wieki. Część I. Pierwszy rok nauki języka polskiego w gimnazjach, 1933; Część II. Drugi rok…, 1934; Część III. Trzeci rok…, 1935; Część IV. Czwarty rok…, 1936; Juliusz Kijas i Stefan Przyboś wydali do nich Przewodniki metodyczne (1938), skrytykowane m.in. przez Janinę Kulczycką-Saloni [12]; do Mówią wieki Bolesław Leśmian napisał specjalnie Dziwożonę.

Literatura polska dla klasy I liceów ogólnokształcących. Część I: Wypisy z literatury polskiej. T. 1: Od początków piśmiennictwa do powstania listopadowego i z literatur obcych, 1938; „Myśl Narodowa” ganiła wypisy za brak Żeńców Szymonowica, Listów literackich Niemcewicza, Cyganów Kniaźnina czy niektórych Sonetów krymskich Mickiewicza [13];

Mówią wieki. Podręcznik do nauki języka polskiego dla II klasy gimnazjalnej, 1939 (1958); chwalono jasno i przystępnie przedstawione zasady nowej pisowni, szczegółowo i przejrzyście ujęte zasady interpunkcji, liczne przykłady;

Okno na świat. Szósty rok…, 1934 (1937) – rys. Edmund Bartłomiejczyk, Stanisław Matusiak; prasa katolicka krytykowała: „Szerzy ten podręcznik obojętność religijną i lekceważenie praw kościelnych przez opowiadanie, jak dzieci polskie, a więc katolickie, chodziły na nabożeństwo z japońskimi do świątyni, oczywiście pogańskiej, gdyż to miało miejsce w Japonii, podczas gdy kościół surowo zakazuje uczestnictwa w nabożeństwach innowierczych (176). O Bogu w tym podręczniku jest zaledwie kilka wzmianek, mimochodem rzuconych. Tematami zaś wierszy religijnych – same legendy” [14].

Niesiemy plon. Siódmy rok…, 1935; katolickich recenzentów raził rzekomy filosemityzm: „Tutaj w złym świetle są przedstawione siostry miłosierdzia, szarytki, jak widać z ilustracji, z wyjątkiem jednej; natomiast z niezwykłą sympatią odnosi się autor omawianego opowiadania do żydów (173–180; 256–261). Słowa niektórych piosenek są nieodpowiednie dla dzieci (231–6, 432). Niekiedy w sposób zachęcający bywa przedstawiona zemsta (115, 236–242). Wreszcie za objaw nieznajomości liturgii rzymskokatolickiej należy uważać ustęp, gdzie przy opisie procesji mówi się, że «kapela przy podniesieniu grała». Przecież podniesienie nie zachodzi w procesji, lecz we Mszy św. (54)” [15].

Ponieważ były to najpopularniejsze zbiory czytanek w szkołach dwudziestolecia międzywojennego, stały się źródłem przedruków i wznowień po 1939 roku, we wszystkich miejscach, do których docierali Polacy. Mówią wiekipublikowała Armia Polska na Wschodzie w Jerozolimie (1943, 1946), Okno na świat – również delegatura Rządu RP na uchodźstwie w Meksyku (1945). Na tych podręcznikach wychowały się trzy pokolenia literackie: Kolumbów, pryszczatych i „Współczesności”, a zatem i Tadeusz Gajcy, i Wisława Szymborska, i Zbigniew Herbert.

W 1931 roku Balicki został naczelnikiem wydziału programowo-organizacyjnego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego [16], w czasie gdy wiceminister Kazimierz Pieracki przygotowywał tzw. jędrzejewiczowską reformę szkolnictwa. Balickiego okrzyknięto bojownikiem nowych wartości w polonistyce szkolnej. Dostrzegał problemy systemu oświaty, anachronizmy i uprzedzenia grona nauczycielskiego, dlatego postulował dostosowanie programu i form jego wdrażania do oczekiwań i usposobienia młodzieży: „W referacie pt. Jak uczyć czytać, mówić i pisać po polsku na stopniu średnim? […] stwierdził wymownie, że «Pan Tadeusz nie budzi zainteresowania wśród dzisiejszej młodzieży, staje się nudną, nieznośną, z lekcji na lekcję odkładaną, lekturą szkolną». Z poematu «ulatuje najczęściej woń poetycka, blaknie twórczość kolorytu, załamuje się konstrukcja i pozostaje strzęp nieinteresujący, od którego odwraca się umysł z niechęcią». Dzieło bowiem «zabija w sercach i mózgach naszych uczniów metoda, rozkawałkowująca je na cząstki i cząsteczki metodyczne, a następnie rozciągająca je na prokrustowym łożu drobiazgowej, nudnej analizy filologicznej». […] Także i «synteza końcowa zawodzi najczęściej. Uczeń, który pozna szczegóły i zgłębi szczegóły szczegółów, plącze się na końcu w zagadnieniach, które bez trudu uświadamia sobie zwykły śmiertelnik, czytający utwór bez pomocy analizującego nauczyciela»” [17].

W prelekcjach Humanistyka‎ ‎i‎ ‎wychowanie‎ ‎obywatelskie‎ ‎Balicki podkreślał‎ wagę‎ ‎‎doboru‎ ‎lektur. Miały roztaczać przed‎ ‎uczniami‎ ‎obraz mocarstwowej Polski‎,‎ ‎wzbudzać‎ ‎dumę‎ ‎z‎ ‎przynależności do‎ ‎‎państwa‎,‎ ‎zapał‎ ‎do‎ ‎pracy‎ ‎i‎ gotowość ‎poświęcenia‎ ‎się‎ ‎dla‎ ‎niego.‎ Poznanie dziejów literatury powinno jego zdaniem dać wyobrażenie o etapach ewolucji duszy narodu. W nauczaniu geografii Polski dopatrywał się budzenia miłości bliźniego i zmysłu sprawiedliwości. Postulował organizowanie licznych wycieczek krajoznawczych, by w latach podlegania obowiązkowi szkolnemu młodzież mogła zwiedzić całą Ojczyznę [18].

Środowiska katolickie postrzegały nowy program nauczania w jędrzejewiczowskiej szkole jako narzędzie socjalistycznej, antyreligijnej manipulacji młodzieżą w rękach piłsudczykowskich masonów. Dobór argumentów i epitetów w filipikach publicystów „Przeglądu Katolickiego” bywał brawurowy i w swym zacietrzewieniu aż porywający – dlatego zacytuję jedną recenzję w całości: „Najlepszym‎ ‎sprawdzianem‎ ‎laicyzacji‎ ‎wychowania‎ ‎u‎ ‎nas‎ ‎są podręczniki‎ ‎szkolne.‎ ‎Zwłaszcza‎ ‎czy‎‎tanki‎ ‎polskie,‎ ‎to‎ ‎istna‎ ‎kwintesencja‎ ‎zręcznego‎ ‎maskowania‎ ‎amoralności‎ ‎i‎ ‎ateizmu.‎ ‎Celują pod‎ ‎tym‎ ‎względem‎ ‎dwaj‎ ‎autorzy‎ ‎Juliusz‎ ‎Balicki‎ ‎i‎ ‎Stanisław Maykowski,‎ ‎których‎ ‎książki‎ ‎cieszą‎ ‎się‎ ‎specjalną‎ ‎protekcją‎ ‎nauczycielstwa‎ ‎z‎ ‎Z.‎ ‎N.‎ ‎P. Dobrali‎ ‎oni‎ ‎sobie‎ ‎do‎ ‎współpracy‎ ‎szereg‎ ‎piór,‎ ‎którym‎ ‎zapewne trudno‎ ‎by‎ ‎zarzucić‎ ‎niski‎ ‎poziom‎ ‎literacki,‎ ‎ale‎ ‎które‎ ‎nigdy‎ ‎nie wzniosły‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎minimalnego‎ ‎nawet‎ ‎poziomu‎ ‎etycznego‎ ‎i‎ ‎religijnego.

Taka‎ ‎J.‎ ‎Wielopolska,‎ ‎autorka‎ ‎pamfletystycznych i‎ ‎«kontryfałowych‎ ‎lichtarzy»,‎ ‎Julian ‎Parandowski,‎ ‎wielbiciel‎ ‎homoseksualisty‎ ‎O.‎ ‎Wilde’a,‎ ‎Boy-Żeleński,‎ ‎piewca‎ ‎Dziewic‎ ‎konsystorskich,‎ ‎zapędy‎ ‎pedagogiczne‎ ‎ujawniający‎ ‎chyba‎ ‎w‎ ‎Dziecku pijanym‎ ‎we‎ ‎mgle‎ ‎i‎ ‎modlitwie‎ ‎Kazia‎ ‎z‎ ‎Zielonego‎ ‎balonika, dalej‎ ‎międzywyznaniowiec‎ ‎chrześcijański‎ ‎Hulka-Laskowski, plus‎ ‎inni,‎ ‎mniej‎ ‎może‎ ‎osławieni,‎ ‎ale‎ ‎niemniej‎ ‎zasłużeni‎ ‎w‎ ‎propagowaniu‎ ‎bezładu‎ ‎moralnego‎ ‎i‎ ‎religijnego,‎ ‎w‎ ‎poduszczaniu‎ ‎na kler‎ ‎i‎ ‎Kościół‎ ‎—‎ ‎oto‎ ‎godny‎ ‎zespół. Z‎ ‎takiego‎ ‎kompletu‎ ‎redakcyjnego‎ ‎zrodzony‎ ‎podręcznik‎ ‎czytankowy‎ ‎przypomina‎ ‎swymi‎ ‎tematami‎ ‎hordę‎ ‎zbójecką,‎ ‎zrodzoną‎ ‎z‎ ‎jaszczurczych‎ ‎zębów,‎ ‎które‎ ‎posinł‎ ‎Jazon. Od‎ ‎razu‎ ‎ujawniło‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎w ‎pierwszym‎ ‎tomie‎ ‎czytanki‎ ‎Mówią‎ ‎wieki‎ ‎w‎ ‎rozdziale‎ ‎dotyczącym‎ ‎Egiptu.‎ ‎Poza‎ ‎mało‎ ‎mówiącym,‎ ‎a‎ ‎raczej‎ ‎materialistycznie‎ ‎wypowiadającym‎ ‎się‎ ‎hymnem do‎ ‎Nilu,‎ ‎mamy‎ ‎opowiadanie‎ ‎o‎ ‎włamaniu‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎skarbca‎ ‎faraona.‎ ‎Cel‎ ‎pozornie‎ ‎szlachetny‎ ‎—‎ ‎rozdanie‎ ‎bogactw‎ ‎ubogim,‎ ‎lecz środek‎ ‎nikczemny.‎ ‎I‎ ‎po‎ ‎co‎ ‎było‎ ‎fabrykować‎ ‎to‎ ‎głupie‎ ‎opowiadanie,‎ ‎skoro‎ ‎istnieje‎ ‎znakomita‎ ‎przypowieść‎ ‎Prusa‎ ‎z‎ ‎Faraona,‎ ‎opisująca‎ ‎sprawiedliwość‎ ‎boga. Ten‎ ‎kryminalny‎ ‎kawałek,‎ ‎tak‎ ‎tymczasem‎ ‎animuje‎ ‎niektórych pedagogów,‎ ‎że‎ ‎każą‎ ‎sporządzać‎ ‎plan‎ ‎sytuacyjny‎ ‎włamania. Nawiasem‎ ‎mówiąc,‎ ‎te‎ ‎piany‎ ‎i‎ ‎wykresy,‎ ‎to‎ ‎istne‎ ‎przekleństwo głupoty,‎ ‎ciążące‎ ‎na‎ ‎metodyce‎ ‎nauczania.‎ ‎Istnym‎ ‎curiosum był‎ ‎w‎ ‎swoim‎ ‎czasie‎ ‎wykres‎ ‎miłości‎ ‎Wołodyjowskiego‎ ‎do‎ ‎Basi.

Jakiś‎ ‎gorliwy‎ ‎uczeń‎ ‎postawił‎ ‎w‎ ‎pewnym‎ ‎miejscu‎ ‎krzyżyk‎ ‎i‎ ‎dopisał‎ ‎:‎ ‎«tu‎ ‎ją‎ ‎pierwszy‎ ‎raz‎ ‎pocałował». Nie‎ ‎lepiej‎ ‎wyszła‎ ‎Asyria,‎ ‎której‎ ‎naczelną‎ ‎przedstawicielką ma‎ ‎być‎ ‎w‎ ‎opisie‎ ‎zaciekłej‎ ‎naszej‎ ‎feministki‎ ‎Wielopolskiej‎ ‎— Semiramida. Duch‎ ‎sensacji,‎ ‎ciążący‎ ‎nad‎ ‎doborem‎ ‎treści,‎ ‎kazał‎ ‎autorom kulturę‎ ‎Grecji‎ ‎zaprezentować‎ ‎sceną‎ ‎znęcania‎ ‎się‎ ‎Achillesa‎ ‎nad trupem‎ ‎Hektora‎ ‎i‎ ‎ludożerstwa‎ ‎Polifema. Rzym‎ ‎ma‎ ‎reprezentować‎ ‎Uczta‎ ‎Trymalchiona.‎ ‎«Cui‎ ‎bono?». Chyba ‎dla‎ ‎podgrzania‎ ‎klasowej‎ ‎nienawiści‎ ‎do‎ ‎pasożytniczych klas. Jak‎ ‎widzimy,‎ ‎z‎ ‎kultury‎ ‎antycznej‎ ‎bierze‎ ‎się‎ ‎wszystko,‎ ‎co‎ ‎może‎ ‎ją‎ ‎obrzydzić,‎ ‎ośmieszyć‎ ‎lub‎ ‎przedstawić‎ ‎w‎ ‎świetle‎ ‎niezdrowej‎ ‎sensacji,‎ ‎pomija‎ ‎się‎ ‎natomiast‎ ‎starannie‎ ‎wszystkie‎ ‎jej‎ ‎walory‎ ‎etyczno-religijne.

Podobne‎ ‎podejście‎ ‎stanowi‎ ‎też‎ ‎cechę‎ ‎traktowania‎ ‎chrześcijaństwa.‎ ‎Zamiast‎ ‎zobrazowania‎ ‎rozwoju‎ ‎pierwotnego‎ ‎Kościoła,‎ ‎wysiłków‎ ‎apostolskich‎ ‎wśród‎ ‎barbarzyńców,‎ ‎autorzy‎ ‎cały ciężar‎ ‎kwestii‎ ‎przenieśli‎ ‎na‎ ‎grunt‎ ‎ckliwo-sentymentalny.‎ ‎Dowodem‎ ‎tego‎ ‎jest‎ ‎legenda‎ ‎o‎ ‎dzbanku,‎ ‎rozbitym‎ ‎przez‎ ‎dzieci,‎ ‎który‎ ‎Chrystus‎ ‎cudownie‎ ‎zlepił. Nie‎‎wiele‎ ‎zasadniczego‎ ‎światła‎ ‎wnoszą‎ ‎tu‎ ‎czytanki‎ ‎pt.‎ ‎Kamieniołomy‎ ‎czy‎ ‎Perły‎ ‎św.‎ ‎Urszuli,‎ ‎a‎ ‎żywot‎ ‎Pawła‎ ‎Pustelnika‎ to‎ ‎właściwie‎ ‎karykatura‎ ‎ascezy‎ ‎i‎ ‎bogobojności,‎ ‎to‎ ‎portret jakiegoś‎ ‎dziwaka‎ ‎—‎ ‎odludka.

Polska‎ ‎bajeczna‎ ‎za‎ ‎to‎ ‎zobrazowana‎ ‎jest‎ ‎aż‎ ‎w‎ ‎13‎ ‎opowiadaniach,‎ ‎gdy‎ ‎średniowieczu‎ ‎poświęcono‎ ‎cokolwiek‎ ‎więcej‎ ‎miejsca. Oczywiście‎ ‎starannie‎ ‎zostały‎ ‎przemilczane‎ ‎zasługi‎ ‎Kościoła‎ ‎na polu‎ ‎kultury.‎ ‎Nie‎ ‎ma‎ ‎nic‎ ‎o‎ ‎pierwszym‎ ‎szkolnictwie‎ ‎polskim parafialnym,‎ ‎o‎ ‎Akademii‎ ‎Krakowskiej,‎ ‎o‎ ‎fundacji‎ ‎Królowej Jadwigi,‎ ‎a‎ ‎apostolstwie‎ ‎Litwy.‎ ‎Za‎ ‎to‎ ‎znów‎ ‎sypią‎ ‎się‎ ‎legendy i‎ ‎to‎ ‎nie‎ ‎polskie,‎ ‎jak‎ ‎np.‎ ‎o‎ ‎św.‎ ‎Aleksym,‎ ‎związanym‎ ‎z‎ ‎rzymskim cesarstwem. Wiek‎ ‎XVII,‎ ‎epoka‎ ‎odrodzenia‎ ‎katolicyzmu,‎ ‎scharakteryzowana‎ ‎jest‎ ‎kazaniem‎ ‎Skargi‎ ‎o‎ ‎niezgodzie.‎ ‎W‎ ‎rezultacie‎ ‎polski patriotyzm‎ ‎i‎ ‎polska‎ ‎rola‎ ‎awangardy‎ ‎została‎ ‎doprowadzona‎ ‎do rozmiarów‎ ‎nieprzytomnej‎ ‎donkiszoterii.

Po‎ ‎takich‎ ‎przygrywkach‎ ‎rewolucyjną‎ ‎farbą‎ ‎puszcza‎ ‎tom‎ ‎III już‎ ‎bez‎ ‎ogródek.‎ ‎A‎ ‎więc‎ ‎pochwała‎ ‎Diderota,‎ ‎cynika‎ ‎i‎ ‎pornografa,‎ ‎jako‎ ‎„niestrudzonego‎ ‎herolda‎ ‎wszystkich‎ ‎trosk‎ ‎i‎ ‎uniesień ‎ludzkości,‎ ‎dalej‎ ‎glossa‎ ‎na‎ ‎cześć‎ ‎Woltera,‎ ‎jako‎ ‎«monarchy myśli»,‎ ‎pióra‎ ‎Boya. Dla‎ ‎równowagi‎ ‎Policzek‎ ‎ks.‎ ‎Bodouin‎ ‎i‎ ‎Legenda‎ ‎trybunalska.‎ ‎Słowem‎ ‎znów‎ ‎ton‎ ‎płaksiwy. Za to‎ ‎nic‎ ‎o ‎konfederacji‎ ‎barskiej‎ ‎i‎ ‎sodalisach,‎ ‎ani‎ ‎cytatu z‎ ‎Naruszewicza,‎ ‎czy‎ ‎Woronicza.‎ ‎Znaleźli‎ ‎się‎ ‎oni‎ ‎na‎ ‎indeksie obok‎ ‎Krasińskiego‎ ‎czy‎ ‎Cieszkowskiego.

Nie‎ ‎zapomniano‎ ‎natomiast‎ ‎wykłuć‎ ‎oczu‎ ‎zepsuciem‎ ‎obyczajów,‎ ‎o‎ ‎czym‎ ‎mówią‎ ‎utwory‎ ‎Bankiety‎ ‎i‎ ‎stoły‎ ‎pańskie,‎ ‎Z‎ ‎dziejów‎ ‎peruki, ‎Do‎ ‎Jasia‎ ‎o‎ ‎fryzowaniu,‎ ‎Krynolina.‎ ‎Ani‎ ‎słówka‎ ‎o‎ ‎kontuszu‎ ‎i‎ ‎sarmackim‎ ‎wąsie. A‎ ‎zresztą‎ ‎po‎ ‎co‎ ‎w‎ ‎ogóle‎ ‎tyle‎ ‎tego‎ ‎fryzjerstwa‎ ‎i‎ ‎krawiectwa? Chyba,‎ ‎żeby‎ ‎tym‎ ‎głośniej‎ ‎zabrzmiały‎ ‎demagogiczne‎ ‎nuty Wesela‎ ‎Figara‎ ‎i‎ ‎rewolucyjny‎ ‎refren‎ ‎Marsylianki.‎ ‎Bo‎ ‎jej tekst‎ ‎«obowiązkowo» ‎musiał‎ ‎się‎ ‎znaleźć‎ ‎w‎ ‎czytance.‎ ‎Nie‎ ‎ma‎ ‎Woronicza‎ ‎czy‎ ‎Krasickiego‎ ‎wiersza‎ ‎do‎ ‎Ojczyzny,‎ ‎nie‎ ‎ma parady‎ ‎kontusza‎ ‎i‎ ‎poloneza,‎ ‎ale‎ ‎jest‎ ‎marsz sankiulotów,‎ ‎bezportkowców.‎ ‎Rozumiemy‎ ‎teraz, że‎ ‎cały‎ ‎ten‎ ‎podręcznik pisany‎ ‎jest‎ ‎na‎ ‎«benefis» «idącej»‎ ‎rewolucji.‎ ‎Kulawo,‎ ‎bo‎ ‎kulawo,‎ ‎ale‎ ‎naprzód” [19].

Juliusz Balicki zmarł 16 kwietnia 1963 roku. Profesor Jerzy Starnawski zaliczył go do pokolenia wielkich humanistów polskich [20]. Pochowany został wraz z matką na cmentarzu komunalnym w Tarnowie. W tym samym grobowcu sześć lat po jego śmierci spoczął także profesor Alfred Hodbod (1886–1969), filolog, dyrektor VIII gimnazjum we Lwowie, zapalony bibliofil i filatelista. Prywatne archiwum Balickiego, zawierające m.in. korespondencję z wybitnymi polskimi pisarzami, trafiło do zbiorów Ossolineum i tam czeka na swojego odkrywcę.

 

PRZEMYSŁAW PAWLAK

 

[1] K. Króliński, Polska literatura dla dzieci i młodzieży. Zarys historyczny z wypisami, Lwów 1927, s. 261.

[2] M. Opałek, Radosna książka, „Kurier Lwowski” 1926, nr 248 (25 X), s. 5.

[3] Cyt. za: K. Duda, Od Kołomyi do Krakowa. Przyczynek do biografii Stanisława Daczyńskiego (1856–1941), „Rocznik Filozoficzny Ignatianum” 2021, nr 2, s. 346.

[4] Kronika, „Prawda Pokucka” 1923, nr 37 (9 IX), s. 3; Pięćdziesiąt lat Polskiego T-wa Gimnastycznego „Sokół” w Kołomyi 1885–1935, Kołomyja 1936, s. 15.

[5] J. Balicki, Fabian Sebastian Klonowicz als Satiriker und Richter seiner Zeit im Lichte seiner Epoche, 138 k., rps, 1913, PN 3744, Vondrák-Rešetar D-14690. A. Wiśniewska, Dysertacje poświęcone tematyce polskiej, powstałe na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego w latach 1872–1937, „Biblioteka” 2010, nr 14, s. 74.

[6] H. Barycz, Z dziejów polskich wędrówek naukowych za granicę, Ossolineum 1969, s. 183.

[7] Polski Biały Krzyż, „Gazeta Lwowska” 1919, nr 221 (25 IX), s. 3.

[8] Zob. M. Tyrowicz, Juliusz Balicki (1890–1963). Wspomnienie w rocznicę zgonu, „Ruch Literacki” 1964, z. 5/6, s. 297–299. Por. W. Gałecki, Juliusz Balicki (1890–1963), „Przegląd Historyczno-Oświatowy” 1966, nr 1, s. 78–87.

[9] „Gazeta Poranna” 1924, nr 6960 (29 I), s. 2.

[10] „Gazeta Poranna” 1923, nr 6844 (29 IX), s. 4.

[11] S. Łempicki, Wspomnienia ossolińskie, Wrocław 1948, s. 136–140, 151.

[12] „Polonista” 1939, z. 1 (I–II), s. 29–33.

[13] St. J., Nowy podręcznik literatury, „Myśl Narodowa” 1938, nr 7 (13 II), s. 107.

[14] „Miesięcznik Katechetyczny i Wychowawczy”. Organ Związku Diecezjalnych Kół Księży Prefektów 1937, z. 9; przedruk w: „Przyjaciel Szkoły”. Dwutygodnik nauczycielstwa polskiego 1937, nr 18 (15 XI), s. 690.

[15] Tamże.

[16] Zmiany w Ministerstwie W. R. i O. P., „Kurier Polski” 1931, nr 10 (10 I), s. 3.

[17] R. Skulski, „Pan Tadeusz” jako książka szkolna, Lwów 1935, s. 50–51.

[18] Kurs‎ ‎pedagogiczny‎ ‎dla‎ ‎nauczycieli‎ ‎szkół‎ ‎średnich‎ ‎ogólnokształcących, „Dziennik Urzędowy Wydziału Oświecenia Publicznego Województwa Śląskiego” 1931, nr 2 (15 II), s. 40–41.

[19] Od włamania do „Skarbca faraonów” do „Marsylianki”, „Przegląd Katolicki” 1937, nr 7 (14 II), s. 108.

[20] J. Starnawski, Pokolenie wielkich humanistów polskich, „Analecta. Studia i Materiały z Dziejów Nauki” 1993, z. 2, s. 9.

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek