Najpierw zbierałem znaczki. To był taki poemat filatelistyczny. Świat małoobrazkowy. Marzenie, że przerzucając pincetą spiętrzone kolorowe papierki trafi się kiedyś rarytas. Na przykład „błękitny Mauritius”, i myślałem o wyspie w kształcie znaczka przylepionej do oceanu. Albo pierwszy polski znaczek „Za łut kopiejek dziesięć” wypuszczony w 1860 roku i wydawało mi się, że jest przyklejony do strzelby prapradziadka, powstańca styczniowego. Czy dlatego mówi się „łut szczęścia”? Dziesięć kopiejek.
Znaczki Imperium Rosyjskiego były banalne, na wszystkich był dwugłowy orzeł. Tuż przed Wielką Wojną postanowiono przełamać zasadę i wypuszczono serię portretów carów z okazji trzech wieków panowania dynastii Romanowów. Znaczki jednak nie weszły do obiegu, co uzasadniano tym, że wprawdzie przed naklejeniem trzeba z tyłu polizać, ale z przodu wali się stempel na obliczu imperatorskim. Dlaczego zastrzeżenia nie dotyczyły znaczków z orłem, trudno powiedzieć.
Był też taki znaczek z Armii Andersa za 10 kopiejek z napisem „Dojdziemy”. I co? Wujek Włodzik, uczestnik bitwy pod Bolonią był nadal hydraulikiem w Londynie. Nota bene, też zbierał znaczki, więc i ten miał w swojej kolekcji.
Marzyła się też czerwona jednopensówka z Gujany – najdroższy wtedy i dziś przedmiot na świecie, mały, obrazek przedstawiający narysowany jakby ręką dziecka żaglowiec.
O wiele piękniejsze były słonie i małpy na znaczkach z Rwandy na wiele lat przed rozpoczęciem masowej produkcji maczet.
Poszukiwane były błędnodruki: odwrócone, przesunięte, zrobione ze zdefektowanych klisz. Bardzo lubię błędy, choć poprawiam je, kiedy coś redaguję i staram się ich nie popełniać. Wiem jednak, że są nieuniknione, nieprzewidywalne i czają się pod maską poprawności.
Zależało mi więc na nieudanych znaczkach, ale takich okazów miałem niewiele.
Bardzo mnie ekscytowały też znaczki Poczty Miejskiej Luboml z 1918 roku z napisami po polsku, po niemiecku, po ukraińsku i w jidysz. Zachowało się ich sporo, bo miasto nie miało pieniędzy, by wykupić z drukarni nakład, który rozszedł się wśród zbieraczy. Z kolegą Maćkiem Dobrzyckim wyobrażaliśmy sobie, że doprowadzamy do oddzielenia Podkowy Leśnej od PRL-u, głównie po to, żeby wydawać własne znaczki. Maciek zrealizował swoje marzenie o wolności, został marynarzem.
Godzinami mogłem układać znaczki w klaserach jak wagoniki albo stateczki na morzu.
Równocześnie zajmowała mnie filumenistyka – dziś może się to wydać zajęciem absolutnie absurdalnym. Chodziło o zbieranie etykietek z pudełek po zapałkach. W latach sześćdziesiątych i do połowy siedemdziesiątych było ich całkiem sporo i, tak jak znaczki, projektowali je znani graficy. Pamiętam, że był jeden rarytas: nalepka wycofana przez cenzurę. Przedstawiała wyjątkowo paskudnego Pietruszkę (postać z teatru ludowego) z wielkim nochalem, a rzucono ją na rynek dokładnie w dniu przyjazdu Breżniewa do Warszawy i zaraz wycofano.

Później przyszła pora na numizmatykę. Zaczęło się od półdolarówki z portretem Johna Kennedy’ego, którą dostałem od Arnolda Szyfmana, kiedy przyjechał do nas z wizytą. Dziękczynną. Rzecz w tym, że kiedy odebrano mu Teatr Polski, który zbudował za pieniądze swojego ojca, został przesunięty do odbudowy Teatru Wielkiego. Zrobił to jak trzeba. Byłem na premierowej Halce, bo tata odstąpił mi zaproszenie. Natomiast Szyfman zaproszenia nie dostał. Ojciec opisał to w felietonie. Szyfman był mu wdzięczny. Pod wieczór odprowadzaliśmy go z ojcem na stację kolejki. Odprowadzaliśmy – to niewłaściwe słowo, bo ledwo nadążaliśmy za nim.
Oczywiście nie wiedziałem wtedy, kim jest Szyfman, ale Kennedy był jednym z bohaterów mojego dzieciństwa.
Do półdolarówki dołączyła moneta z czasów Hadriana. Przyniósł mi ją antykwariusz-domokrążca Edward Rosenberg, który przychodził do nas, by coś kupić, coś sprzedać, a głównie pogadać z moją mamą. Wędrował z książkami, rękopisami, sztychami, porcelaną, znaczkami i starymi monetami, pod płaszczem nosił czasem nawet po kilka sztuk białej broni: szable i jatagany, a nawet miecze.
Był chyba najsympatyczniejszym z antykwariuszy, jakich poznałem. Antykwariusz Wesołowski z Zakopanego, właściciel sklepiku przy Krupówkach był ponury i gburowaty, a antykwariusz (nazwiska nie pamiętam), trzymający towar w warszawskim mieszkaniu, przynajmniej kilka razy opowiadał mi z dumą o tym, jak w plutonie egzekucyjnym rozstrzeliwał w 1925 roku komunistów-terrorystów: Hibnera, Kniewskiego i Rutkowskiego.
Rosenberg przyniósł mi kiedyś ten krążek z brązu. Profil na awersie był bardzo zatarty, a przez to działał na wyobraźnię. Odtąd zawsze, biorąc do ręki starą monetę pytałem z ciekawości i nie bez ekstazy: kto i kiedy jej dotykał, za co płacił? Albo pocierając palcem liczyłem na przeskok w czasie.
Próbowałem usuwać z monet warstwy brudu, śniedzi i rdzy, zanurzając je w nafcie i amoniaku. Skutkowało, ale coś traciły, jakbym zdzierał z nich skórę.
Niebawem okazało się, że pobliskie pola są naszpikowane drobnymi skarbami. Wystarczyło chwilę pokopać, żeby znaleźć srebrne dirhemy arabskie i rzymskie denary. Czy to nie tego denara trzymał w ręku autor reguły: „Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie”? Dirhemy były często przełamane, na pół, na ćwierci – w ten sposób je rozmieniano. Może zębami? Szukałem takich śladów.
Wszystko to z czasów, gdy na Mazowszu działało w pierwszych wiekach naszej ery wielkie zagłębie hutnicze. Później okazało się, że nie tylko wykuwano tu miecze dla rzymskich legionów, ale też na potęgę podrabiano denary. Tak więc być może, wymieniając je między sobą w szkole znów puszczaliśmy w obieg fałszywe monety. Wymiany były szalone: denar na żelazko z duszą, pięć starych gniazdek elektrycznych za przedwojenną dziesięciozłotówkę z Piłsudskim itd.
Mój zbiór nagle się wzbogacił, gdy pan R. – podkowiański rzemieślnik „złota rączka” pokazał mi puszkę pełną srebrnych monet. Były tam nawet półgrosze Jagiełły. Używał ich jako podkładek pod gwoździe przy reperacji dachów. Twierdził, że te monety „nie chodzą”, że to utarg ze sklepiku jego rodziców w Brodnicy. Udało mi się namówić go na wymianę, choć negocjacje były trudne, bo podkładki pod gwoździe były nie do dostania. Oddał mi zawartość puszki za piękną nieużywaną teczkę ze świńskiej skóry, którą wygrzebałem na strychu.
To znalezisko opisałem i w ten sposób debiutowałem w 1968 roku na łamach „Biuletynu Numizmatycznego” artykułem Jak dziwne bywają losy numizmatów. Stało się to dzięki pewnej wizycie. Odwiedził nas Andrzej Piwowarczyk, kolega mojej mamy, dziennikarz i, jak ona, autor powieści kryminalnych z cyklu Kapitan Gleb opowiada. Jako młody człowiek należał do kręgu Emila Zegadłowicza, co mnie szczególnie ciekawiło, bo już czytałem Zmory. Podziwiałem go, bo przed wojną wydał nielegalnie, bo bez cenzury tuwimowski Wiersz, w którym autor uprzejmie grzecznie ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich aby go w dupę pocałowali, na który trafiłem w biurku mojego ojca. Wtedy zaczęło mi świtać w głowie, że trzeba omijać cenzurę.
Ale nie o manifeście Tuwima, ani o Mikołaju Srebrempisanym rozmawialiśmy, tylko o srebrnikach.
Piwowarczyk był znanym zbieraczem – filatelistą i numizmatykiem. Zaciekawiły go moje zdobycze. Miał własnego wynalazku maszynkę do kopiowania monet w plastiku, składała się ona z palnika benzynowego i imadełka. Odbił w ten sposób kilka monet z mojej kolekcji i pomógł je zidentyfikować. I zamówił tekst.
Podchodziłem do numizmatyki poważnie. Jeździłem do Pałacu Kultury, gdzie znajdowała się tak zwana „wzorcownia” czyli księgarnia akademicka i gromadziłem publikacje polskie i rosyjskie. Dotarłem nawet do Ryszarda Kiersnowskiego, wybitnego numizmatyka-mediewisty, autora dzieła Pieniądz kruszcowy w Polsce wczesnośredniowiecznej i zażyczyłem sobie prywatnych korepetycji. Mówiono, że był wtedy najmłodszym profesorem w PRL-u. Pamiętam zapał, z jakim wyjaśniał mi, że na rewersie denara Bolesława Chrobrego wyobrażony jest nie orzeł, a… paw, co poniekąd zgadzało mi się z opinią poety: „Pawiem narodów byłaś i papugą”.

Zbierałem nie tylko monety, ale dosłownie zbierałem z ziemi rzeczy o wiele mniej wartościowe, wszelkie skorupy wyorywane na okolicznych polach. Były szare, nijakie, bez ornamentów. Jedne starsze, inne nowsze. Za małe, żeby coś jeszcze mogło się w nich zmieścić, żeby mogły do czegoś służyć, więc pozwoliłem im wylegiwać się w pudłach, w mojej kolekcji.
Urządzałem też wystawy czasowe moich eksponatów, wystawy moich rysunków, a raz nawet wystawę skarpetek. Towarzyszył jej katalog z manifestem „multiskarpetartu”.
Co się stało z moimi zbiorami? Po prostu zostały rozprzedane. Może trudno w to uwierzyć, ale był czas, że żyliśmy z mamą w prawdziwej biedzie, zwłaszcza kiedy nie szło jej pisanie, dom wymagał ciągłych remontów i gdyby nie moje numizmaty pewnie dach naszego domu dosłownie by się zapadł. Tak uczyłem się zbierać i tracić.
Bibliofilem nie byłem nigdy. Nie zbierałem książek, to raczej one same mnie znajdowały, przychodziły pojedynczo i stadami, żądały azylu.
Naprawdę trwałą pasją było i jest zbieranie słów, wymiana z innymi zbieraczami. Trafiają się cenne egzemplarze, ale mnóstwo też pokancerowanych. Jest też kilka, których nie pokazuję nikomu, a mógłbym je dobrze sprzedać, ale trzymam w sejfie.
Poniekąd jest to temat mojego nowego tomu wierszy „Ukrywca”.
PIOTR MITZNER