To bohaterowie dwóch, niedawno wydanych, wspomnieniowych książek Barbary Walickiej. Są to oczywiście mieszkańcy podwarszawskiej Podkowy Leśnej, ale nie każdy z nich zasłużył na tytuł. Fakt zameldowania nie wystarcza. Chodzi o specyficzną mentalność, sposób bycia i posiadanie wspólnych wspomnień.
Podkowa ma swoich historyków, do których i ja należę. Od lat piszemy biogramy mieszkańców, zbieramy opowieści o domach, o ważnych wydarzeniach w życiu miasta-ogrodu, ustalamy fakty. A jednocześnie chyba coś nam umyka. I to nie byle co, tylko samo życie.
Chodzi nie tylko o realia codzienności czy o obyczaje, ale też o historie ludzi, niesprawiedliwie nazywane plotkami. Wszyscy, którzy kiedykolwiek mieszkali w Podkowie znali ich mniej czy więcej, w różnych wersjach, bo, jak słusznie pisze Walicka, „podskórny nurt wiadomości płynął wartko”. Nikt jednak nie odważył się dotąd wykorzystać tej materii w druku. Przede wszystkim z obawy. Nie tyle nawet przed jej bohaterami lub ich potomkami, co przed innymi świadkami, którzy gotowi walczyć o to, czy budka z warzywami była po lewej, czy po prawej stronie ulicy.
Barbara Walicka wybrnęła z tego znakomicie. O tym, co bezdyskusyjne pisze wprost, używa nazwisk i lokalizuje zdarzenia na planie miasta, a gdzie napotyka kontrowersje, kwestie delikatne, lekko przesuwa obraz, to i owo zmieniając. Istota sprawy jednak pozostaje zachowana. Tak samo rzecz się ma z ilustracjami – rysunkami Jacka Szumilaka, które nie dokumentują, ale świetnie wprowadzają w klimat miejsc.
Mamy tu portret społeczności lokalnej w czasach wczesnego i środkowego Peerelu, a dokładniej środowiska ludzi wysadzonych z siodła. Oto byli ziemianie, przedstawiciele przedwojennego establishmentu, żony akowców i emigrantów, samotnie wychowujące dzieci. Podstawowe zadania życiowe to: nakarmić i odziać najbliższych, no i zachować fason.
Te wszystkie starania wymagały sporej inwencji i uporu. Może najwyraźniej to widać w historii podkowiańskich ubiorów, przerabianych z gustem i fantazją. „Bardzo interesujące kreacje – pisze Walicka – powstawały z połączenia różnych materiałów. Liczyło się nieszablonowe podejście. Starych ubrań nie wyrzucało się na śmietnik. Pamiętam bardzo efektowny żakiet, który powstał ze znoszonego wełnianego płaszczyka mojej ciotki i był zapinany na pestki moreli obciągnięte cieniutką skórką ze starej rękawiczki. Zabawne guziki robiono też z pestek innych owoców, z gliny lub papier mâché”.
Oprócz wszystkich zajęć w podkowiańskiej szkole przetrwania jest jeszcze, o dziwo, czas wolny. Jedni spotykają się brydżu, inni muzykują. Dzieci uczą się języków i gry na fortepianie. Między domami krążą „nielegalni” fryzjerzy i kosmetyczki. Jednym słowem, ruch oporu.
Tylko domy niszczeją, a starannie zaplanowane ogrody zamieniają się w warzywniki albo porastają chwastami. A więc smutek i przemijanie?
Ależ skąd. Barbara Walicka w swoich opowieściach uniknęła nostalgii. Bardzo skutecznie broni się przed nią dystansem, wypracowaną od dzieciństwa elegancją i tematami, co tu dużo mówić, przyziemnymi, jak choćby tajny handel mięsem.
Przeżyłem ponad czterdzieści lat w Podkowie i myślę, że mam prawo nazywać się „podkowianinem leśnym”, chodziliśmy z autorką tymi samymi ulicami, ale moje miasto-ogród było trochę inne, bo też innych gości zapraszała moja mama na herbatki i tarty ze śliwkami. Byliśmy bardziej reżimowi, choć za sprawą ojca trochę przy tym rewizjonistyczni.
Mamy z Barbarą jednak miejsca wspólne pamięci o dawnej Podkowie. Są to sklepiki, budka z lodami, magiel pod krzywą brzozą, wspominamy tych samych krawców, szewców, a w końcu łączy nas (do tego przecież została zbudowana) kolejka WKD (dawniej EKD), którą jeździliśmy do szkoły, czy później do Warszawy. Pamiętam nie tylko jej trzeci „wagon dla palących”, ale też szary, czasami doczepiany wagon towarowy, którego się bałem.
Książki Barbary Walickiej są jednak nie tylko lekturą dla podkowian, którzy pewnie, jak ja, opatrują je marginaliami. To po prostu kawał historii tego kraju. I taki miły realizm. Styl na miarę tematu.
PIOTR MITZNER

Barbara Walicka
TEST CUKIERNICZY
Ten wątek ma charakter całkowicie rdzenny, tutejszy – zawiera wszelkie odcienie słowa „endemiczny”. Czyli: stale lub periodycznie występujący na danym terenie; lokalny, miejscowy, występujący tylko na określonym obszarze, mający ograniczony zasięg, a więc rozwijając semantycznie – i rymując z endemicznym – również jakby pierwotny, zasiedziały, rodowity, swojski. Tutejszy.
A chodzi o pewne ciastka z nieistniejącej już dziś podkowiańskiej cukierni państwa Koneckich; znajdowała się w drewnianym budyneczku przy ulicy prowadzącej do Żółwina i z tego oczywistego powodu wtedy jeszcze noszącej nazwę Żółwińskiej. Tego rodzaju ciastek nie było nigdzie indziej. W dodatku występowały wyłącznie w niedziele. Należało je zamawiać wcześniej, najlepiej już w czwartek, najdalej w piątek. Gdyby ktoś chciał, na wszelki wypadek podaję numer pp. Koneckich figurujący w przedwojennej książce telefonicznej: 4 91 58.
W innych cukierniach były – i czasem nawet niezłe – pączki pokryte cieniutkimi, przejrzystymi płatkami lukru i posypane drobno siekaną skórką pomarańczową, szarlotki, napoleonki, bajaderki, serniki, babeczki nadziewane kremem. Eklerki i ptysie z prawdziwą bitą śmietaną. Ale półbezy były tylko tu. Miały smak doskonale zrównoważony. Odznaczały się także prostotą formy. Stanowiły ważny element niedzielnego obiadu – do Podkowy zawsze przyjeżdżali jacyś goście – dodawały świątecznemu obrzędowi szczególną nutkę. Wykwintu? Ale bez zadęcia.
Pan Bolesław Konecki i jego żona – nie pamiętam jej imienia – oboje niewysocy, schludni, rumiani, okrąglutcy, zawsze w nieskazitelnie czystych, białych fartuchach. Podobni, upodobnieni do siebie jak to para małżeńska, która spędza ze sobą dzień po dniu wiele lat, razem żyjąc, razem pracując.
Bez pośpiechu, starannie, za pomocą specjalnych szczypczyków układali ciastka w tekturowych pudełkach, zawijali w szeleszczący papier. Ich gesty zawierały uznanie dla cukierniczego dzieła. Bardzo uważali, żeby przypadkiem nie strząsnąć warstewki cukru pudru, czy – broń Boże – nie ukruszyć rożka z francuskiego ciasta. A przy tym nawet dość długa czasem kolejka posuwała się sprawnie. Ci, którzy kupowali ciastka u państwa Koneckich, doskonale pamiętają ten nastrój, tę zapowiedź niedzielnego deseru.
Gdybym przeprowadzała test na istotę podkowiańskości, pytanie o półbezy byłoby jednym z podstawowych.
Podobno w internecie można znaleźć wszystko. Być może. Ale półbez ani śladu. Szukałam i to skrupulatnie. Recepturę wchłonęła przeszłość. Próbowałam odkopać przepis spod pyłów historii i lawin, które porwały również inne miłe drobiazgi.
Rozmawiałam z osobami, które poznały smak tych ciasteczek, powiedzmy, organoleptycznie. Udało się określić wymiary: 3 cm x 5 cm. Wydłużony prostokącik, węższy od kwadratowej napoleonki. Wszyscy byli zgodni co do tego, że cienki spód z kruchego ciasta był posmarowany warstewką dżemu porzeczkowego – z czerwonych porzeczek, rzecz jasna. Potem chyba jeszcze coś, a następnie krem o smaku waniliowo-maślanym, na wierzchu prostokącik bezy ozdobiony skośną kratką z tegoż jasnego kremu. To udało mi się potwierdzić z niezbitą pewnością.
Sądzę, że problem receptury mogłaby rozwiązać komisja śledcza. Proponuję skład: p. Bożenna Rożniatowska, p. Wojciech Mieszkowski, p. Andrzej Ryczer, p. Mariusz Syller, p. Jacek Wojnarowski… A z chmurki Bożena Durska i Jaśmina Strzelecka oczywiście przy fortepianie…
MAGIEL POD KRZYWĄ BRZOZĄ
Na rogu Akacjowej i Wschodniej – obok drewnianego budyneczku, w którym najpierw mieścił się sklepik z warzywami i nabiałem, potem magiel, w latach późniejszych znów sklepik z kapustą, ogórkami, kartoflami i tak dalej – rosła stara, pochylona w stronę ulicy brzoza. Uwagę zwracał gruby, dziwacznie poskręcany pień, od którego miejscami odstawały cienkie, lekko zawinięte na końcach płatki białej kory.
Jak pamiętam, w czasach maglowych furtka zwykle za dnia stała otworem, aby nie utrudniać wnoszenia dużych, najczęściej bardzo ciężkich i nieporęcznych tobołów. Po prawej od wejścia, na stole i na półkach leżały wielkie paczki, a w nich przygotowane do odbioru, owinięte w szorstki szary papier prześcieradła, poszwy i poszewki. I te wielkie świąteczne obrusy na dwanaście osób. Z lewej królował przysadzisty magiel, który w niskim pomieszczeniu wydawał się ogromny. W środku panował półmrok, dwa wąskie okienka wpuszczały niewiele światła. Może dlatego dziś nie potrafię dokładnie określić koloru masywnych drewnianych wałków. Wielkie metalowe koło wydawało się prawie czarne. Wszędzie pachniało wilgocią, krochmalem i bielinką.
Maglowanie bielizny pościelowej i stołowej wymagało nie tylko wysiłku, ale i czasu. Tego procesu nie dawało się przyspieszyć. Często trzeba było albo trochę poczekać, aż maszyneria nie będzie zajęta, albo zostawić przyniesione pranie, zamówić kolejkę i wrócić po godzinie czy dwóch. Dzięki doskonałej lokalizacji – magiel znajdował się dosłownie dwa kroki od stacji – można było w tak zwanym „międzyczasie” skoczyć do rzeźnika po drugiej stronie torów, do krawca na Główną, do szewca na Borsuczą. Warunki sprzyjały więc przepływowi i wymianie różnorakich bieżących informacji i doświadczeń. Toteż w Maglu pod Krzywą Brzozą życie towarzyskie kwitło pełną parą, powiem więcej – nabierało szczególnych barw. Mówię o czasach, kiedy w Podkowie nie istniało takie miejsce spotkań jak kawiarnia. Natomiast w Maglu pod Krzywą Brzozą można było dowiedzieć się w przelocie, czy do składu węgla na Głównej dostarczono koks czy brykiety; czy romans pani F. z panem Ł. rozwija się, czy więdnie; czy córka z dobrego domu państwa S. naprawdę zadaje się z tym podejrzanym typem J., kto i z kim wybrał się ostatnio do Romy posłuchać Hiolskiego – w tamtych czasach podkowianie częściej bywali w operze niż w kinie, choć nie tylko dlatego, że dojazd był łatwiejszy. A poza tym skąd ludzie tacy jak „ci zza torów”, mieli tyle pieniędzy na… Wśród nowinek powierzanych na ucho trafiały się prawdziwe rarytasy, rewelacje, na których publikowanie w tamtych czasach żaden dziennikarz nie dostałby zgody swego naczelnego. Podskórny nurt wiadomości płynął wartko. Nie tracąc czasu na czytanie gazet, można było czerpać z zachowaniem dyskrecji z pełnego zestawu najważniejszych – i w zasadzie najbardziej istotnych informacji o oficjalnych i nieoficjalnych wydarzeniach w życiu bliźnich. Dowiedzieć się, kto zdrów na ciele, kto na umyśle, a kto już dawno powinien się leczyć. I jakim sposobem załatwić sprawy, których przecież normalnie w ogóle załatwić się nie da. A przy okazji nadać bieliźnie pościelowej tę cudowną gładkość, która sprowadza dobry sen.
Na podłodze z szerokich desek, przy progu, na lewo od wejścia stało płaskie naczynie pokryte odpryskującą jasnoniebieską emalią. Tuż nad nim, na przybitym gwoździem do ściany kawałku burej tektury widniał kulfoniasty napis, najwyraźniej wykonany bardzo niewprawną ręką:
Pluć tylko do spluwaczki.
Tak brzmiało pierwsze zdanie, jakie w wieku lat pięciu udało mi się przeczytać. Z tego osiągnięcia byłam niezwykle dumna, chociaż nie spotkało się ono z należytą, moim zdaniem, pochwałą. Oczywiście teraz zdaję sobie sprawę, że moja nowa umiejętność nie została wówczas doceniona, ponieważ inskrypcja nie zawierała treści poważnych i pięknych.
Jednakże ci, którzy bywali w Maglu pod Krzywa Brzozą, doskonale pamiętają krzywą brzozę, zapach maglowanej bielizny i wiele innych szczegółów z tamtych czasów, z tamtego naszego życia. Im więc dedykuję tę opowiastkę.
PS Sto metrów od magla, przy samych torach stał śliczny drewniany, kryty strzechą kiosk, Takie elementy małej architektury miały zdobić wszystkie stacje EKD. W tym właśnie kiosku starszy pan sprzedawał papierosy, szklane cygarniczki i zapałki. I chyba znaczki pocztowe. Mam w oczach jego twarz o szlachetnych portretowych rysach, dostojną siwiznę i uprzejmy sposób bycia, który zakup paczki wyrobów tytoniowych – czasami miewał prawdziwe camele – przemieniał w moment o zupełnie innym znaczeniu. Chwilę z innego świata. Wspominam o tym, ponieważ znałam pana Starzyckiego, może trochę lepiej niż wszyscy, którzy tylko kupowali u niego zapałki. Bywał z żoną w naszym domu. Tylko dlaczego wciąż widzę go w kapeluszu…

PORTRET KOBIETY Z PRZYMKNIĘTYMI POWIEKAMI
Nijaki parterowy domek stał w zapuszczonym ogródku przy jednej z bocznych uliczek Brwinowa. Bywałyśmy tam nieczęsto – dwa, trzy razy do roku. Pani Olga – pochodziła ze Lwowa – w połowie lipca zapraszała na przyjęcie z okazji połączonych imienin swoich i męża, wysokiego, szpakowatego i bardzo przystojnego mężczyzny. Miał na imię Teodor.
Stół, zawsze pięknie nakryty, zastawiony był niezwykłymi przysmakami – wśród nich królowało pieczone prosię nadziewane kaszą gryczaną. Nie wiadomo, jakim sposobem w tamtych czasach – w latach 50. ubiegłego wieku – zdobywała zarówno prosię, jak też kaszę gryczaną. Ale co roku był to jeden z dowodów jej uczuć do męża, który wpatrzony z zachwytem – nie w prosię, lecz w panią Olgę – cały promieniał, jakby wciąż jeszcze nie mogąc się nadziwić, że ta wspaniała aktorka, słynna niegdyś piękność, uczyniła mu tę łaskę i zgodziła się zostać jego żoną. I choć małżeństwem byli już od dawna, nadal zdumiony, że tak wyjątkowa osoba w ogóle zechciała dzielić życie i mieszkać w skromnym domku ze zwykłym człowiekiem. Prowadził w Warszawie odziedziczony po ojcu zakład optyczny.
Pani Olga miała szczególny sposób bycia: odnosiło się wrażenie, że cały czas występuje w teatrze. Opowiadając z bardzo wyraźnym kresowym akcentem zarówno o swych dawnych tryumfach, jak i o rzeczach najzwyklejszych, odgrywała całe epizody. Słowem i gestem nadawała im wymiar sceniczny. Nawet gdy podawała prawdziwą herbatę z prawdziwego samowara, a do tego w kryształowych czareczkach zrobioną – oczywiście własnoręcznie – konfiturę. Nawet gdy mówiła, że przez kilka dni znów nie było prądu. Ubierała się i czesała zupełnie inaczej niż panie w jej wieku; znajome mojej matki unikały koloru, chodziły w prostych, zakrywających kolano szarych lub beżowo-brązowych spódnicach, takich samych żakietach, do tego wkładały bluzki białe, co najwyżej kremowe. Szyje osłaniały stonowanymi apaszkami. Z prawdziwego lub sztucznego jedwabiu. A pani Olga malowała usta czerwoną szminką, rzęsy i brwi podkreślała tuszem. Kruczoczarne włosy, bez śladu siwizny, gładko odgarnięte od czoła, miała upięte w hiszpański kok. A trzeba wiedzieć, że obowiązującą fryzurą była wówczas tak zwana trwała, czyli niezbyt twarzowe drobne loczki. Koniecznie blond, tlenione. Nosiła długie suknie – szmaragdowe, barwy kwitnących maków. Amarantowe, fioletowe. Na ramionach szal. Czasami, gdy ją o to proszono, śpiewała rosyjskie romanse – w jej wykonaniu po raz pierwszy słyszałam frazy pełne namiętnej, przejmującej tęsknoty za utraconym szczęściem: Jamszczik nie goni łoszadiej… i Proszczajtie, drugi, ja ujezżaju…
Pani Olga miała niezwykły dar uchylania kurtyny, za którą dopiero zaczynały się pierwsze próby zdarzeń, jakich należało się spodziewać za rok, za dwa, za dwadzieścia, a może nawet później. Stawiała karty rzadko, z oporami i nie każdemu. Trzeba było o to zabiegać. Pamiętam, jak wczesnym latem szłam do niej ścieżką przez łąki między Borkami a Brwinowem. Dzień był słoneczny, w ogrodach kwitły naparstnice, mieczyki, dalie.
Wróżyła mi jeden raz. Jeden jedyny raz odsłoniła przede mną przyszłość. Rozłożyła karty na małym stoliku. Po dłuższym milczeniu wypowiedziała trzy zdania. Pamiętam je do dziś. Wszystko się sprawdziło. Po latach zrozumiałam, że nie mogła odkryć przede mną nic więcej.
Na ścianach zagraconego pokoju wisiały afisze teatralne, wachlarze. Zdjęcia z premierowych spektakli. A w ciężkich, złoconych ramach portret młodej Olgi – z obnażonymi ramionami, z głową odchyloną do tyłu. Pięknej, z przymkniętymi powiekami, rozmarzonej, jakby sennej. Najwyraźniej któregoś z uczniów lub naśladowców Franciszka Żmurki.
Barbara Walicka, „Podkowa i stare koronki”. Rysunki Jacek Szumilak. Podkowa Leśna, Salix alba, 2022. Barbara Walicka, „Podkowa i oranżeria pod papugami”. Rysunki Jacek Szumilak. Piastów, Oficyna Wydawnicza Rewasz, 2025.