Palermo, Museo Archeologico
[…] Zatrzymujemy się na dłużej przed Artemidą i Akteonem z metopy selinunckiej. An pokazuje mi detal, na który nie zwróciłem uwagi. Za pochyloną głową Akteona widać pysk jelenia. I fragment poroża za pyskiem psa, którego Akteon chwycił mocno za gardło. Tak mocno, że aż słyszę, jak pies charczy… To jest ta chwila, w której Akteon zamienia się w jelenia, a psy już nie rozpoznają swego pana, więc rzucają się nań zajadle, z wściekłością. I ta mina pewnej siebie, mściwej Artemidy. Mina – nomen omen – kamienna. Mówi mi wiele… Choćby to, że podglądanie kończy się źle. Tylko kto tu przekracza granice? I jeśli przekracza, to jakie? Kiedy lata temu uczyłem się francuskiego na uniwersytecie w Angers, czytaliśmy na zajęciach wiersze Amadisa Jamyna (1540-1593), przyjaciela Ronsarda i sekretarza króla Henryka III, znanego u nas lepiej jako Henryk Walezy. Kiedy stoję przed tą niezwykłą płaskorzeźbą z Selinuntu, mam zawsze z pamięci sonet, w którym Amadis (piękne imię, nieprawdaż?) porównuje się do Akteona:
Je resemble au chasseur qui veit la beauté nue
De la chaste Diane, extreme en cruauté:
Car il fut par ses chiens en pieces emporté,
Et luy cousta bien cher une si belle vue.
Ah! qu’un homme souvent pour son dommage sue
Et que j’ay cherement un plaisir acheté,
Puisque en cent mille parts me tranche ta beauté
Qui jamais pour mon bien ne devoit estre veue.
Le penser, le desir, l’esperance et la peur
Sont les amoureux chiens qui m’assaillent le coeur,
Me dechirant les flancs d’une importune presse.
J’ay beau crier aux chiens: Helas! épargnez moy,
Vostre maistre je suis: pour leur response j’oy,
On ne voit qu’à tel prix une grande deesse [1].
I pamiętam, że matka Akteona zbierała potem na łące jego szczątki, a psy wyły z tęsknoty za panem, którego same rozszarpały.

Segesta
Docieramy tu z An w samo południe. Pszeniczne kolumny goreją na pszenicznym wzgórzu pod Monte Barbaro. Słońce w zenicie, cienie nasze krótkie. I raz jeszcze ogrania mnie wzruszenie: stoję w miejscu, w którym ludzka wyobraźnia korzystała niegdyś z podpowiedzi natury tak udanie, że nic, tylko się modlić. Albo śpiewać hymn. Do czego zachęcają mnie zresztą kopciuszki, ptaki wielkości wróbla. W załomach architrawu wyprowadziły dopiero co swój drugi lęg.
Jedno z tych miejsc, w którym doświadczam – nie wstydzę się tego słowa – prawdziwej ekstazy. Wychodzę poza, zanurzam się w teraz, zapominam o przeszłości, nie myślę o przyszłości. Jak dziecko. Quand nous ne sommes plus enfants, nous sommes déjà morts – powiada Brâncuși. Co mnie nieco pociesza.
Bardzo chciałem tu wrócić, zwłaszcza po spotkaniu z Jaccottetem, którego Samosiewy przełożyłem rok temu dla PIW; z Jaccottetem, dla którego Segesta była tak ważna, o czym świadczy ten jego zapis z maja 1996 roku: „Mijające stulecia odzierały powoli wiarę religijną z nietrwałych piórek, w które obrosła, pozostawiając jedynie znaki, te najistotniejsze, a dla nas tym cenniejsze, że ostatnie, choć i im przyjdzie zniknąć, prędzej czy później; znaki najistotniejsze, czyli takie, które ujawniają więź między miejscem wybranym na świątynię a samą świątynią, pomiędzy światem a nami; znaki najprostsze, czyli wyżłobione stopnie i wysłużone kolumny, które powoli upodabniają się do skały służącej im za oparcie, pokryte nie złotem, ale trawą i mchem. Tak jakby koniec świątyni oznaczał powrót do jej początków, jej zarania, do pierwszego gestu, za pomocą którego człowiek zamienił kamień w stelę; i jakbyśmy nadal byli w stanie odczytać sens tego gestu, a nawet go powtórzyć, choć inaczej, nie naśladując go”.

Selinunt
[…] Patrząc na morze z wysokości ruin akropolu, myślę o Yourcenar, z którą spędziłem kilka ostatnich miesięcy, tłumacząc tom jej esejów. Kąpała się tu w morzu nago, w 1936… Wiem o tym z rozmów, jakie przeprowadził z nią Matthieu Galey. Na pytanie „Czy w krajach śródziemnomorskich, gdzie przebywała pani przez długi czas, nie odnosiła pani nigdy wrażenia, że jest «przedmiotem zgorszenia»”? Yourcenar odpowiada: „Nigdy, poza może jednym razem, kiedy zdarzyło mi się kąpać nago u stóp ruin w Selinuncie, tamtejsi contadini, którzy znaleźli się akurat w pobliżu, byli niewątpliwie trochę zdziwieni” (tłum. Krystyna Dolatowska).
Taormina
Nieodparte poczucie, że ten Teatr już się skończył. Ten Teatr i ten Spektakl. Bo dzisiejsza jego widownia nie jest już w stanie czytać Znaków i gestów innych, niż te, które zna ze świątyni internetu. Bo dla dzisiejszej widowni nie jest już ważne, że stąd, gdzie teraz siedzimy z An, czyli z ukrytego w cieniu ostatniego rzędu theatronu, widać było morze (kiedyś sięgało dalej) i po prawej – Etnę, od czasu do czasu ziejącą ogniem. I że ów ogień, że to powietrze, woda w oddali i Słowo opisujące to wszystko, co tu, na ziemi, wyznaczały współrzędne czegoś, co tutejszy, czyli pochodzący z Agrygentu filozof nazywał Sferą – σφαῖρος.
Spośród wielu fragmentów zakreślonych w Zaślubinach… Calasso ważny dla mnie był (jest?) zwłaszcza ten: „Kiedy skończyło się zażyłe obcowanie z boskością, a także osłabł ceremonialny kontakt z nią […], dusza ludzka została wydana na porywy przemocy, na miłosne napaści, na namiętne podniety. Tego rodzaju historie tworzą splot mitologii: opowiadają o tym, że na ziemi dusza i ciało wciąż podlegają boskości, nawet kiedy już jej nie poszukują i kiedy drogi rytualnego kontaktu z nią stają się niepewne”.
Palermo, Palazzo Abatellis
Annunciata. Biegłem, by ją powitać po raz kolejny. La man più bella che io conosca dell’arte – stwierdził w 1912 roku Roberto Longhi. Miał rację. „Najpiękniejsza dłoń, jaką znam w sztuce”. Lekko uniesiona, tuż nad książką leżącą na pulpicie, zdaje się mówić do mnie: „Nie przeszkadzaj”. Albo mocniej – „Noli me tangere”. W małej salce jesteśmy z An sami. A na zewnątrz tłumy…

Cefalù – Bogdany Wielkie, czerwiec 2026
JAN MARIA KŁOCZOWSKI
[1] Nie siląc się na rymy, dzielę się taką oto wersją przekładu sonetu Jamyna: Jestem jak ten myśliwy, co cudnej urody / Dianę ujrzał cnotliwą, nad wyraz okrutną / gdyż na strzępy rozniesion przez psów własnych stado / straszną cenę zapłacił za widok przepiękny. / Często na własną zgubę człowiek potem spływa, / a gdy zazna rozkoszy, drogo za nią płaci /Na widok piękna twego serce mi się kraje / dla mego dobra raczej spuścić wzrok winienem. / Myśli, żądza, nadzieja i trwoga szalona / są jak psy zakochane: do gardła mi skaczą / na strzępy rwąc wnętrzności z siłą niesłychaną. / Próżno na psy me wołam: „Jam wasz pan! Odpuśćcie”. / Nie odpuszczą. To cena, jaką przyjdzie płacić / temu, co bez pytania spojrzał na boginię.