HOME
Tomasz Kubikowski

J. W. Goethe „Lata wędrówki Wilhelma Meistra” Rozdział II [początek]

 

Jak pisze jeden z najlepszych biografów pisarza Richard Friedenthal, „nieustanny warkot Goethowskiego młyna” może nużyć, trzeba więc robić sobie od niego solidne przerwy. Z drugiej strony, kto raz zasmakował w tym warkocie, po dłuższej przerwie tęskni do niego i tłumaczenie Goethego może wtedy niespodzianie okazać się najmilszym z wakacyjnych zajęć. Goethe wciąga, a „Lata wędrówki Wilhelma Meistra” wciągają bez reszty.

Pierwszy rozdział powieści, opublikowany tu w sierpniu, nieoczekiwanie stał się więc pilotem serialu, który w miesięcznych odcinkach będzie się ukazywał tak długo, jak starczy tolerancji Redaktora i zapału tłumacza. Przedstawiać „Lata wędrówki” jako powieść w odcinkach to szczególna, ale chyba i zabawna perwersja. Nieokiełzana, fragmentaryczna, na poły senna i mozaikowa kompozycja tej prozy – a właściwie szeregu nakładających się na siebie próz – sprawia, że obrazy, nastroje i narracje zmieniają się jak w kalejdoskopie, warkot młyna co chwila zmienia tonację – zobaczymy.

Drugi rozdział powieści jest trzykrotnie dłuższy od pierwszego, żeby więc zachować jakąś miarę odcinków – w tym zamieszczamy jego pierwszą połowę. Ciąg dalszy nastąpi.

Tomasz Kubikowski

 

Święty Józef Drugi

Idąc pieszo za gońcem, wędrowiec wkrótce pozostawił za sobą i ponad sobą piętrzące się skały, przemierzył łagodne zbocza, przez bujne lasy i przez miłe łąki dążył wciąż naprzód, aż w końcu zszedł na stok opadający w głąb starannie zabudowanej, zewsząd otoczonej wzgórzami kotliny. Wzrok przyciągał tu wielki, na pół leżący w gruzach, na pół zachowany budynek klasztorny. – Oto Święty Józef – rzekł goniec. – Jaka szkoda pięknego kościoła! Proszę spojrzeć: jego kolumny i filary sterczą jeszcze znad zarośli i drzew, chociaż od wieluset lat są w ruinie.

– Ale za to klasztor zachował się dobrze – odparł Wilhelm. – Tak – mówił tamten – mieszka w nim rządca dbały o gospodarstwo; zewsząd, jak okiem sięgnąć, zbiera czynsz i dziesięcinę.

Rozmawiając, weszli otwartą bramą na rozległy dziedziniec, otoczony poważnymi, zadbanymi budynkami; zdawał się schronieniem spokojnej wspólnoty. Wilhelm od razu zobaczył Feliksa, który wraz z wczorajszymi aniołkami zajęty był koszem stojącym przed krzepką kobietą; chcieli kupić wiśnie, targował się o nie właśnie Feliks, który zawsze miał przy sobie trochę pieniędzy. W tej chwili równie gospodarz, jak gość; obficie darował towarzyszy owocami i nawet jego ojcu miłe było takie orzeźwienie wśród nieurodzajnych omszałych borów: kolorowe błyszczące owoce zdawały się tak piękne. Sprzedawczyni wspomniała, że przyniosła je z daleka, z wielkiego ogrodu; chciała uzasadnić cenę, która kupującym zdawała się wysoka. – Niebawem wróci ojciec – powiedziały dzieci – tymczasem Wilhelm powinien wejść na salony i odpocząć trochę.

Zdumiał się jednak, kiedy dzieci wprowadziły go do pomieszczenia nazwanego salonem. Prosto z podwórza wszedłszy bowiem we wrota, znalazł się nasz Wędrowiec w schludnej kaplicy, przystosowanej – jak rychło spostrzegł – do potrzeb życia codziennego. Po jednej stronie znajdował się stół, fotel, jakieś krzesła i ławy, po drugiej stronie rzeźbiony kredens z kolorową ceramiką, dzbanami i szklanicami. Nie brakowało też skrzyń i kufrów, i przy wielkim porządku niczego w ogóle, czego trzeba w codziennym domowym życiu. Światło padało z boku przez wysokie okna. Co jednak najpierw wzbudziło uwagę wędrowca, to barwne, na ścianie malowane obrazy, które jak gobeliny otaczały kaplicę z trzech stron, na pewnej wysokości pod oknami i wchodziły pod drewniane obicie, pokrywające ściany aż do podłogi. Malowidła przedstawiały dzieje świętego Józefa. Tu widziało się go przy ciesielstwie, tam spotykał Marię, a między nimi wykwitała z ziemi lilia, wokół nich uważnie krążyły anioły. Tutaj Józef się zaręcza, za czym idzie Zwiastowanie. Tu siedzi smutno pośród niedokończonej roboty, odłożył siekierę i myśli porzucić żonę. Tymczasem anioł ukazuje mu się we śnie i jego stan się odmienia. Z nabożeństwem przygląda się dzieciątku w żłóbku betlejemskim, wielbiąc je. Wkrótce potem następuje cudownie piękny obraz. Widać na nim jakieś ociosane drwa; właśnie ma się je zespolić i przypadkiem dwie belki ułożyły się w krzyż. Dziecko zasnęło na nim, Matka siedzi w pobliżu i przypatruje się z wielką miłością, a ojczym zatrzymał się w pracy, żeby nie budzić małego. Zaraz dalej ucieczka do Egiptu. Wędrowiec uśmiechnął się na jej widok, ujrzał bowiem na ścianie replikę wczorajszego żywego obrazu.

 

 

Niedługo zostawiono go własnym myślom, ponieważ nadszedł gospodarz, znany już jako przewodnik świętej karawany. Przywitali się najserdeczniej, trochę porozmawiali, uwaga Wilhelma zatrzymała się jednak na ścianach. Gospodarz spostrzegł to zajęcie gościa i z uśmiechem napomknął: – Pewnie zdumiewa się pan zgodnością budynku i jego mieszkańców, których pan wczoraj poznał. Jest jednak nawet osobliwiej, niż się zdaje: mieszkańcy są właściwie dziełem tego gmachu. Kiedy bowiem nieożywione żyje, może i ożywiać.

– Och tak! – odparł Wilhelm – dziwiłbym się, gdyby duch, który na tym pustkowiu działał przez wieki tak gwałtownie i przybrał tak potężne ciało budowli, włości i praw, że wielorako ukształcił tym okolicę, dziwiłoby mnie, gdyby nawet z tych ruin nie działał swą siłą żywotną na żyjących. Nie zostawajmy jednak przy ogólnikach, proszę opowiedzieć mi wasze dzieje, abym, o ile to możliwe, doświadczył, jak przeszłość bez błazeństw i zawłaszczeń znowu się w was przedstawia i jak powraca to, co przeminęło.

Kiedy Wilhelm czekał nauki z ust gospodarza, przyjazny głos z podwórza zawołał Józefa. Gospodarz posłyszał to i poszedł do drzwi.

– Więc on też ma na imię Józef! – powiedział Wilhelm do siebie. – To dostatecznie dziwne, a zarazem wcale nie dziwne, skoro właśnie tego świętego przedstawia w życiu. – Równocześnie spojrzał ku drzwiom i zobaczył wczorajszą Matkę Boską rozmawiającą z mężczyzną. Wreszcie się rozdzielili, ona poszła do mieszkania naprzeciwko. – Mario! – zawołał za nią on – jeszcze słowo! – Więc ona też ma na imię Maria! – pomyślał Wilhelm – niewiele a poczuję się osiemnaście wieków wcześniej. – Pomyślał o surowej zamkniętej kotlinie, w której się znalazł, o ruinach i spokoju, i ogarnęło go osobliwe starodawne poczucie. Czas, żeby wkroczyli gospodarz i dzieci. Te ostatnie wyciągnęły go na spacer, podczas gdy gospodarz miał jeszcze trochę zajęć. Poszli więc przez obfitujące w kolumny zwaliska kościoła, którego wysoka fasada i boczne ściany zdawały się jeszcze umacniać na wietrze i niepogodzie; tymczasem stare drzewa zakorzeniły się już na ich szczytach, w towarzystwie różnych traw, kwiatów i mchów tworząc śmiało zawieszone w powietrzu ogrody. Delikatne ścieżki wiodły do żwawo płynącego potoku, gdzie z pewnej wysokości wędrowiec mógł przyjrzeć się budynkom wraz z okolicą tym uważniej, że ich mieszkańcy stawali się dlań coraz dziwniejsi, swoją harmonią z otoczeniem żywo drażniąc jego ciekawość.

Po powrocie zastał już w zbożnej sali nakryty stół. U jego szczytu był fotel, w którym zasiadła pani domu. Obok siebie miała wysoki kosz, gdzie leżało dzieciątko, dalej po lewej ręce jego ojca i Wilhelma po prawej. Trójka dzieci obsiadła dalszą część stołu. Stara służąca przyniosła zacny posiłek. Jedzenie i szklanice zarówno wskazywały na zamierzchłe czasy. Dzieci dawały rozrywkę, a Wilhelm nie mógł się napatrzyć postaci i zachowaniu świętej gospodyni.

Po obiedzie towarzystwo rozproszyło się. Gospodarz zaprowadził gościa w cieniste miejsce ruin, gdzie z wysoka, w całej okazałości miało się przed sobą przyjemny widok doliny i niskich pogórzy z urodzajnymi zboczami i lesistymi grzbietami. – Należałoby – rzekł gospodarz – zaspokoić pańską ciekawość; tym bardziej, że pan, jak się zdaje, skłonny jest wziąć cuda serio, kiedy opierają się na poważnej podstawie. Ten przybytek duchowny, którego pozostałości pan ogląda, zawierzono Świętej Rodzinie i z racji cudów słynął dawniej jako miejsce pielgrzymek. Kościołowi dano wezwanie Matki i Syna. Zawalił się przed wieloma wiekami. Zachowała się kaplica świętego ojczyma, jak również znaczna część budynków klasztornych. Pobory ściąga stąd już od dłuższego czasu świecki książę, który ustanowił rządcę i oto ja, syn poprzedniego rządcy, objąłem po nim miejsce.

 

 

Jakkolwiek dawno już nie oddaje mu się tutaj czci kościelnej, Święty Józef był dla naszej rodziny tak łaskawy, że trudno się dziwić naszym dobrym ku niemu uczuciom; stąd przyszło, że na chrzcie dano mi Józef, co w pewien sposób określiło mój sposób życia. Wyrosłem tutaj, a kiedy dołączyłem do ojca przy poborze podatków, towarzyszyłem równie chętnie – nawet chętniej – mojej matce, która lubiła darzyć na miarę swego majątku, a przez jej dobrą wolę i uczynki znano ją i kochano w całych górach. Posyłała mnie to tu, to tam, to przynieść, to zanieść, to o coś się wystarać i bardzo mi było lekko w tego rodzaju zbożnych zajęciach.

W ogóle, życie w górach ma w sobie coś bardziej ludzkiego niż życie nizinne. Tutejsi mieszkańcy są sobie nawzajem bliżsi, a jeżeli się tego chce – dalsi; potrzeby skromniejsze, lecz pilniejsze. Człowiek bardziej tu zostaje samemu sobie, musi nauczyć się ufać własnym rękom i nogom. Robotnik, goniec, tragarz, wszyscy łączą się w tej samej osobie; każdy drugiemu jest bliżej, częściej się spotykają i żyją we wspólnym działaniu.

Jako że byłem młody i nie mogłem jeszcze za wiele dźwigać, polegałem na osiołku, który z koszami na grzbiecie kroczył przede mną w górę i w dół po stromych ścieżkach. Osły w górach nie są tak wzgardzonymi istotami jak na równinie, gdzie kmieć, który orze koniem, ma się za lepszego niż ten, co rolę wołami uprawia. Chodziłem więc bez większego zastanowienia za moim zwierzątkiem, widząc jeszcze wcześniej w kaplicy, że miało ono zaszczyt nosić Boga i Jego Matkę. Kaplica w tych czasach nie była w stanie, w jakim widział ją pan dzisiaj. Służyła za lamus, niemal za chlewik. Drwa na opał, drągi, narzędzia, beczki, drabiny i co tylko chcieć, walało się jedno na drugim. Na szczęście malowidła są wysoko, a obicie – wytrzymałe. Już w dzieciństwie jednak ponad wszystko inne lubiłem wdrapywać się po całym tym drewnie i przyglądać się obrazom, których nigdy nie mogłem należycie pojąć. Wiedziałem tyle, że święty, którego życie tam w górze namalowano, był moim patronem i cieszyłem się nim, jak gdyby był mym wujem. Tak wyrosłem. Skoro zaś wymagano, aby ten, kto ubiega się o stanowisko rządcy, opanował jakieś rzemiosło, ja – zgodnie z wolą rodziców, którzy chcieli w przyszłości przekazać mi to beneficjum – musiałem czegoś się nauczyć i to takiego, co przyda się w gospodarstwie tu na wyżynie.

Ojciec mój był bednarzem i potrafił sam zrobić wszystko, co konieczne w jego pracy, z czego wielki płynął pożytek dla niego i dla ogółu. Ja nie umiałem się jednak zdecydować, by pójść za nim. Nieodparcie ciągnęło mnie do ciesiołki, której przejawy oglądałem od młodości, namalowane wokół mojego świętego tak drobiazgowo i dokładnie. Wyjawiłem to życzenie; nie sprzeciwiono mi się, tym bardziej że przy rozlicznych budowach często potrzeba było u nas cieśli, a zrządzeniem losu i przez zamiłowanie do delikatniejszej pracy, stolarzy a nawet snycerzy było w lesistej okolicy dość. Co zaś najmocniej utwierdzało mnie w szczytnych zamiarach, to obraz, który niestety już dziś niemal całkiem się zatarł. Jeżeli powiem panu, co przedstawia, będzie go pan mógł odcyfrować: świętemu Józefowi powierzono ni mniej, ni więcej, tylko wykonać tron dla króla Heroda. Trzeba było ów tron wpasować pomiędzy dwie istniejące już kolumny. Józef starannie zdejmuje miarę na długość i szerokość, i pracuje nad kosztownym królewskim stolcem. Jak zdumiony, jak zakłopotany jest, kiedy wreszcie tron dostarcza, a ten okazuje się za wysoki i za wąski! Z królem Herodem, jak wiadomo, nie ma żartów; pobożny cieśla znalazł się w opałach. Cudowny chłopczyk, przyzwyczajony wszędzie mu towarzyszyć i w pokornej zabawie nosić mu narzędzia, teraz w potrzebie natychmiast spieszy radą i pomocą. Domaga się, żeby ojczym chwycił tron z jednej strony, sam ujmuje przeciwny brzeg snycerki, i obydwaj zaczynają ciągnąć. Łatwo i wygodnie, jak gdyby był ze skóry, tron rozszerza się, odpowiednio tracąc też na wysokości, i wybornie wchodzi na przeznaczone mu miejsce, ku wielkiej pociesze oniemiałego majstra i ku całkowitemu zadowoleniu króla.

 

 

Tron ów za mojej młodości było jeszcze całkiem dobrze widać, a na tym, co z jednej strony z niego zostało, będzie pan mógł zauważyć, że nie szczędzono przy nim snycerskiej roboty: na pewno łatwiej przyszła ona malarzowi, niż cieśli, gdyby jej odeń zażądać. Nie obudziło to jednak we mnie żadnych wątpliwości. Ujrzałem tylko rzemiosło, któremu miałem się poświęcić, w tak zaszczytnym świetle, że nie mogłem się już doczekać, żeby mnie oddano do nauki. Tym łatwiej było to zrobić, że w sąsiedztwie mieszkał mistrz, który pracował dla całej okolicy i miał czym zająć nowych uczniów i czeladników. Pozostawałem też w pobliżu rodziców i do pewnego stopnia mogłem wieść dawne życie, w czasie wolnym i w święta ochoczo sprawując poselstwa, które w dalszym ciągu zadawała mi matka.

 

Cdn.

Tłumaczył Tomasz Kubikowski

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek