HOME
Annemarie Schwarzenbach

Pożegnanie z Léopoldville

 

Od wyjazdu z Léopoldville zdobyłam doświadczenie, którego opis wypełniłby zapewne książkę, a w każdym razie złożył się na skromny dziennik. Mógłby jednak skończyć mi się papier albo mogłaby się rozlecieć maszyna. Nie można też wykluczyć, że ogromne termity żywią się kolorowymi wstążkami z tuszem. Najczęściej jednak nie ma miejsca, gdzie przez chwilę można pobyć samemu i pomyśleć. Zresztą myślenie może okazać się niebezpieczne, tak jak niebezpieczne jest wychodzenie z domu bez tropikalnego hełmu, nawet wtedy, gdy niebo jest szare i nie widać słońca. Odkąd jestem w tym kraju, niebo ciągle jest szare. Ludzie, których tu spotykam, myślą tylko wtedy, gdy ulegają melancholii lub gdy czują się chorzy – a to często kończy się piciem. Niektórzy piją ciągle i za wszystko obwiniają klimat albo wojnę. Ale są też tacy, którzy nie piją. To misjonarze lub ludzie, którzy mimo klimatu zawsze są zdrowi i nawet w czasie wojny nie tracą animuszu. Właśnie u takiego mężczyzny teraz mieszkam. Znam go dopiero od dwóch dni, zagadnął mnie, gdy z latarką w dłoni szłam znad rzeki. Zapytał, czy mam już łóżko na noc, bo tutaj nie ma zbyt wielu łóżek, a poza tym muszę też coś jeść. W czasie I wojny był dowódcą, a teraz kupuje u tubylców daktyle i zaczyna uprawiać kawę. Mieszka sam i ma ciężarówkę; jego żona i syn są w Belgii. Pewnego razu dostał wiadomość przez Czerwony Krzyż i dowiedział się, że chłopiec chodzi do szkoły, a brat dostał się do niewoli w Niemczech. Mówi, że gdyby wiedział, że wybuchnie wojna, nie posłałby żony do Brukseli, ale była chora. Rzecz jasna, można było ją zoperować również w Léopoldville.

 

 

Zapytał, czy w razie wojny zostanę w Kongo. A ja naprawdę nie wiem. I właśnie dzięki temu pytaniu zorientowałam się, że już zbyt wiele o tym nie myślę. Jaki by to zresztą miało sens, nie ode mnie przecież zależy, czy dostanę wizę do innego kraju, czy statki będą pływać, a samoloty latać. Kiedy rozmyślam, pojawia się znana mi już tęsknota. Budzę się w środku nocy i płaczę, bo coś mi się śniło. Są tutaj ludzie, którzy tęsknią już od trzech lat, bo okres służby zazwyczaj trwa trzy lata. Teraz jednak ci, których służba dobiega końca, albo ci, którzy mają prawo do sześciu miesięcy urlopu, nie mogą jechać do domu; na odpoczynek wysyła się ich na przylądek.

Klimat nie jest obecnie taki zły, to dobra pora roku, a w Léopoldville bywało wręcz chłodno. Wieczorami przydawał się sweter lub kurtka, a wielu ludzi było przeziębionych. Pamiętam wyjątkowo ładne wieczory. Czasami wyjeżdżaliśmy o szóstej za miasto, kawałek w dół rzeki aż do Corniche. Stamtąd patrzyliśmy na wodospady i czekaliśmy, aż słońce niczym wielki, żółty ogień zatopi się w czarnej rzece. Za każdym razem działo się to bardzo szybko. W drodze powrotnej widywaliśmy na skraju lasu białe chmary jętek, w świetle reflektorów dające złudzenie padającego śniegu, tak gęste, że musieliśmy włączać wycieraczki. Czasami zatrzymywaliśmy się przy Auberge du Petit Pont, na skrzyżowaniu za miastem, albo raczej między Léopoldville i jego starszą częścią zwaną Léo II, i piliśmy tam kawę. O tej porze pełno było robotników, urzędników z żonami, belgijskich żołnierzy i belgijskich oraz angielskich lotników i oficerów. Ale w południe, kiedy wyjeżdżałam z przyjacielem za miasto, by zjeść jajecznicę i boczek, byliśmy jedynymi gośćmi. Przerwa obiadowa jest w Léo krótka, a ludzie chcą się zdrzemnąć po posiłku. Madame Thérèse, gospodyni Petit Pont, ma ogródek warzywny, kury i świnie i jedzenie jest u niej zawsze bardzo dobre. W te dni, kiedy do Léopoldville przylatywały wielkie samoloty z Południowej Afryki, chodziłam na lotnisko, do attaché prasowego przy angielskim konsulacie lub do redakcji, dla której pisałam. Często płynęłam też małą motorówką przez rzekę, do Brazzaville, gdzie mieściła się kwatera główna generała de Gaulle’a. Tam szłam do radiostacji. Równie szybko, jak w Londynie czy Nowym Jorku, przejmowano meldunki agentur nadawane w alfabecie Morse’a i równie szybko dostarczano nam wiadomości. W Brazzaville pracowało się zupełnie inaczej niż w Léo. Można było odnieść wrażenie, że są tam jedynie żołnierze i oficerowie, trudno było spotkać cywilów. Czasami myślałam, że wolę być w Brazzaville, ale kiedy wieczorem wracałam do Léo i spotykałam przyjaciół, czułam się u siebie.

Teraz, wspominając Léopoldville, czuję, że za nim tęsknię, choć najpewniej nie mogłabym tam żyć. Mówi się, że to miasto handlarzy i drobnomieszczaństwa. Ja poznałam tam ludzi powoli umierających z tęsknoty, dławiącej jak choroba. Myślenie o tym jest niebezpieczne. Bo co trzyma ich przy życiu? W Europie, gdzie życie jest lepsze i bogatsze, z powodu wojennej niedoli ludzie umierają tysiącami, setki tysięcy są gotowe na bohaterską śmierć, a są i tacy, którzy chcą odejść i gdzie indziej zacząć nowe, spokojne życie. W czasach pokoju widywałam jednak i takich, którzy przebywając w wielkich miastach, prowadzili życie tak nędzne, że pękały im serca – i nie mam na myśli ubogich. Niedawno w Léopoldville ktoś pokazał mi list z Chicago, w którym napisano: „Powodzi się nam dobrze, niczego nam nie brakuje. Ale to miasto jest straszne, za dużo kamieni…”. A w Kongo mówiono mi: „A tutaj za dużo zieleni!”.

 

 

Słuchając tych słów, nie śmiałam im niczego doradzać ani nawet dodawać otuchy. A kiedy opowiadałam o miejscach, które kochałam, i z którymi trudno mi było się rozstać, nikt nie chciał w to wierzyć. „Tęsknisz, za Léopoldville?” mówili, „Szybko zapomnisz!”. Słyszałam to w Kabulu, w Baku, w Tbilisi, w Teheranie, w Ankarze, Bejrucie, Aleppo, w Lizbonie i w wielu innych miastach. A ja jednak tęsknię za mgłą w Nantucket i za winoroślami w Kabulu i wzbraniam się przed myślą o tym, jaka jest teraz pora roku w domu. Tutaj nigdy nie mówi się, że jest „lato” czy „jesień”, mówi się o porze suchej, dobrej lub złej i w latach odlicza się czas pozostały do końca służby. Niemniej, mimo wszystko, szybka i cudowna pociecha była tu możliwa! Można było iść na spacer piaszczystą ścieżką na krańcach miasta, wzdłuż której stało kilka nowych, od niedawna zamieszkanych domków. Nocą, w świetle księżyca, łąki za nimi zmieniały się w wielką, płynącą przez wszechświat białą równinę. Nad nimi kołysały się palmy nierzucające cieni. Można było iść i nie myśleć o mieście, wojnie i o tym, że następny dzień niechybnie nadejdzie. Tak lekkie i świeże od rosy bywały te noce, oddech bezbolesny, a ja szczęśliwa.

Obecnie jestem na placówce oddalonej od Léopoldville o siedem dni w górę rzeki. Mieszka tu zaledwie czterdziestu pięciu Europejczyków. Są to handlarze, którzy w imieniu swoich spółek prowadzą interesy z tubylcami albo utrzymują niewielkie plantacje. Ich życie jest trudne, a miejsce piękne jak palmowy ogród. Raz w tygodniu, w drodze z Léopoldville do Stanleyville, ląduje tu samolot, a dwa razy w miesiącu przypływa parowiec. Nie ma tu drogi, dżungla jest zbyt gęsta. Kiedy pewnego dnia dyrektor Otrako powiedział, że ma dla mnie ticket de service na wypływający nazajutrz osiemsettonowy statek, nie miałam pojęcia, czym jest podróż w głąb kraju. Wiedziałam tylko, że mam wyruszyć i że znowu będę sama. Nic mnie nie cieszyło, a przecież poznawanie krajów to moja praca i byłam pewna, że ich opisywanie możliwe jest wyłącznie w oparciu o szczerą miłość. To jej pragnęłam. Jestem jednak tchórzem, unikam bólu, ten wszakże po bratersku wiąże się z radością doznaną na białym krańcu świata, w Léopoldville i wciąż od nowa przeżywaną.

ANNEMARIE SCHWARZENBACH

tłum. Barbara Andrunik

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek