HOME
Tomasz Kubikowski

Johann Wolfgang Goethe „Lata wędrówki Wilhelma Meistra” Rozdział II [dokończenie]

 

Nawiedzenie

– Tak przeszło kilka lat – ciągnął dalej gospodarz. – Szybko pojąłem zalety rzemiosła, a moje ciało, wykształcone pracą, było w stanie podołać wszystkiemu, czego się odeń wymagało. Poza tym pełniłem dawną służbę u matki, a raczej u chorych i biednych. Prowadzałem się z moim bydlęciem po dolinach, na czas dostarczałem ładunek i w zamian brałem od kupców i kramarzy to, czego nam tu w górze brakowało. Mistrz był ze mnie zadowolony, rodzice też. Wkrótce miałem już przyjemność oglądać podczas wędrówek coraz liczniejsze domy, w których budowie lub zdobieniu brałem udział. I zwłaszcza te żłobienia na krańcach belek, te różne wycinane proste formy, wypalane zdobienia, wgłębienia malowane na czerwono, dzięki którym górski drewniany dom wygląda tak wesoło – powierzano mi zwłaszcza takie sztuczki, ponieważ szczególnie ciągnęło mnie do rzeczy, które na myśl przywodziły tron Heroda z jego ozdobami.

 

 

Wśród potrzebujących, którymi znakomicie zajmowała się moja matka, szczególne miejsce przypadało młodym kobietom przy nadziei – jak krok po kroku udało mi się zmiarkować, choć w takich przypadkach treść poselstwa trzymano raczej w tajemnicy przede mną. Nie dawano mi wówczas nigdy bezpośrednich zleceń, lecz wszystko szło przez pewną zacną niewiastę, która mieszkała niedaleko stąd w dolinie i którą nazywano panią Elżbietą. Moja matka, sama doświadczona w sztuce ratowania życia tych, którzy właśnie w życie wstępują, pozostawała z panią Elżbietą w stałych, dobrych stosunkach i często ze wszech stron słyszałem, że wielu naszych krzepkich górali zawdzięcza swoje istnienie tym dwu niewiastom. Tajemnicza aura wizyt u niej, zwięzłe odpowiedzi na moje splątane pytania, których sam nie rozumiałem, wszystko to wyrobiło we mnie szczególną cześć dla pani Elżbiety, a jej dom, nad podziw schludny, zdawał mi się czymś w rodzaju świątynki.

Tymczasem poprzez wiedzę i rzemieślnicze zajęcie zyskałem w rodzinie znaczne wpływy. Jak ojciec bednarz troszczył się był o piwnice, tak teraz ja – o resztę siedziby i naprawiałem wiele szkód w starych budynkach. Umiałem zwłaszcza przywracać do użytku domowego zawalone szopy i stodoły, i ledwom tego dokonał, zacząłem sprzątać i czyścić moją ulubioną kaplicę. W ciągu niewielu dni doprowadziłem ją do porządku, niemalże takiego jak pan widział, przy czym starałem się uzupełnić brakujące albo uszkodzone płyty boazerii. Zapewne wziął pan wrota przy wejściu za stare: są mojej roboty. Przez kilka lat rzeźbiłem je w wolnych chwilach, wcześniej starannie je złożywszy z mocnych dębowych dylów. Z malowideł zachowały się te, które dotąd nie spełzły lub nie zostały uszkodzone; pomogłem pobudować się szklarzowi pod warunkiem, że wstawi tu barwione szyby.

O ile obrazy i myśli o życiu świętego pobudziły wyobraźnię, jeszcze żywiej wszystko odciskało się we mnie, kiedy mogłem przypatrywać się nabożeństwu tej przestrzeni, przebywać w niej, zwłaszcza letnią porą i w wolnych chwilach dumać nad wszystkim, co widziałem czy przypuszczałem. Niepowstrzymanie ciągnęło mnie, by naśladować świętego, a że niełatwo znaleźć się w podobnych jak on okolicznościach, chciałem przynajmniej równać mu w drobiazgach: tak jak już w istocie zacząłem, dzięki memu wytrwałemu bydlątku. Nie wystarczyło mi już to nieduże, które zatrudniałem dotychczas; wyszukałem sobie o wiele bardziej okazałego nosiciela i sprawiłem mu solidne siodło, sposobne zarówno dla jeźdźca, jak i do ładunku. Zakupiono parę nowych koszy, szyję kłapoucha ozdobiła uprząż kolorowych sznurów, kitek i frędzli przetykanych dźwięcznymi pręcikami metalu, którą to uprząż rychło można by już zestawiać z jej pierwowzorem ze ściany. Nikomu nie przychodziło do głowy naśmiewać się ze mnie, kiedy ciągnąłem przez góry w podobnym rynsztunku: ludzie bowiem chętnie przystają na cudowny wygląd dobroczyńcy.

Tymczasem zbliżyła się do naszej okolicy wojna, a raczej jej następstwa, jako że gromadziły się różne niebezpieczne zgraje zbiegłego motłochu, tu czy tam dopuszczając się gwałtów i występków. Dzięki sprawnie utworzonym milicjom, patrolom i natychmiastowej czujności udało się wprawdzie rychło opanować zło, ludzie zaraz potem wpadli jednak znów w beztroskę i zanim się obejrzano, doszło do nowych przestępstw.

Długo było u nas spokojnie i swobodnie chadzałem zwykłymi ścieżkami z moim jucznym, aż pewnego dnia wyszedłem na świeżo obsianą polanę i na skraju rowu ochronnego odnalazłem siedzącą, czy raczej leżącą niewiastę. Wydawała się śpiąca lub omdlała. Zatroszczyłem się i skoro tylko otwarła piękne oczy i podniosła się, krzyknęła żywo: – Gdzie on jest? Widzieliście go? – Kogo? – zapytałem. – Mojego męża! – odparła. Wyglądała tak młodo, że jej odpowiedź wypadła niespodzianie, ale tym bardziej chciałem niewiastę przez to wesprzeć i upewnić ją o moim współczuciu. Dowiedziałem się, że z racji uciążliwości duktu obydwoje podróżni porzucili swój wóz, aby pójść skrótem pieszo. Niedaleko napadli ich zbrojni, mąż oddalił się w walce, nie mogła za nim podążyć i upadła tutaj, nie wie na jak długo. Błagała mnie, żebym ją zostawił i pospieszył za mężem. Podniosła się na nogi i oto stanęła przede mną najpiękniejsza, najwdzięczniejsza postać; łatwo dawało się też zauważyć, że była w stanie, w którym rychło mogła potrzebować wspomożenia mej matki i pani Elżbiety. Spieraliśmy się przez chwilę: ja nastawałem, żeby wpierw zapewnić jej bezpieczeństwo, ona zaś żądała wieści o mężu. Nie chciała oddalać się od jego tropu i wszelkie moje przedkładania zdałyby się zapewne na nic, gdyby nie oddział naszej milicji, który na wieść o nowym gwałcie przybył tu poprzez las. Powiadomiło się ich o wszystkim, ustaliło co najpilniejsze, umówiło miejsce spotkania i tak spór załagodziliśmy. Szybko upchnąłem zatem kosze w pobliskiej jamie, która już nieraz służyła mi za kryjówkę, przestawiłem juki w wygodne siodło i nie bez szczególnego uczucia usadziłem piękny ładunek na ochoczym zwierzęciu, które samo umiało odnaleźć zwykłe ścieżki i przez to dało mi sposobność iść obok.

 

 

Rozumie pan bez dalszych opisów, jak było mi osobliwie. Naprawdę znalazłem to, czego od dawna szukałem. Było mi tak, jak gdybym śnił, a zarazem jakbym obudził się ze snu. Ta niebiańska postać, którą widziałem, jak gdyby unosiła się w powietrzu, sunąc zarazem na tle zielonych drzew, przyszła do mnie niby z marzenia, które w duszy wytworzyły mi obrazy z kaplicy. I prędko wydały mi się te obrazy tylko snem, który tutaj rozpłynął się w pięknej rzeczywistości. Pytałem ją o coś, ona odpowiadała łagodnie i miło, jak przystało w zmartwieniu. Często, kiedy wychodziliśmy na odsłoniętą wyżynę, prosiła, żebym milczał, rozglądał się i nasłuchiwał. Prosiła z takim wdziękiem, z tak głębokim pragnieniem we wzroku spod długich czarnych rzęs, że trzeba mi było starać się jak mogłem; wspiąłem się nawet na samotny, wysoki, pozbawiony gałęzi świerk. Nigdy nie przydała mi się bardziej ta umiejętność; nigdy z większą przyjemnością nie ściągałem z podobnych wierzchołków wstęg ani jedwabnych chustek na festynach czy jarmarkach. Tym razem jednak nie zdobyłem trofeum; nawet z góry nie mogłem niestety dojrzeć ani usłyszeć niczego. W końcu zawołała, żebym zszedł i żywo skinęła ręką; skoro zaś zsuwając się, puściłem pień i zeskoczyłem z dość wysoka, krzyknęła, a słodka życzliwość rozlała się na jej twarzy, kiedy zobaczyła mnie przed sobą bez szkody.

I jak tu się rozwodzić o tysięcznych upominkach, którymi starałem się ją rozerwać, umilić jej drogę? I jakże bym potrafił? – cechą prawdziwego upominku jest bowiem to, że w jednej chwili czyni wszystko z niczego. W moim odczuciu kwiaty, które jej znosiłem, widoki, które jej pokazywałem, góry i lasy, które jej nazywałem¸ stawały się skarbami, które daruję jej, aby wejść z nią w stosunki, tak jak to się próbuje czynić przez podarunek.

Rychło zawojowała mnie na całe życie. Skoro dotarliśmy do wsi przed drzwi zacnej niewiasty i widziałem już przed sobą bolesne rozstanie, jeszcze raz przebiegłem wzrokiem całą jej postać, a kiedy oczy dotarły do stóp, pochyliłem się, jak gdybym miał coś zrobić przy popręgu i pocałowałem najcudniejszy bucik, jaki widziałem w życiu – tak, żeby nie zauważyła. Pomogłem jej zsiąść, podbiegłem po schodach i krzyknąłem we drzwi: – Pani Elżbieto, odwiedziny! – Dobra niewiasta wyszła i patrząc przez ramię ku domowi widziałem, jak piękna istota wchodzi po stopniach z wdzięczną żałością i jak głęboko świadomie, jak przyjaźnie obejmuje zacną staruszkę i daje jej się prowadzić do lepszego z pokojów. Zamknęły się w nim, a ja stałem przy ośle, przed bramą, jak ten, co właśnie wyładował cenne towary i równie jest ubogi, jak był wcześniej.

 

Pęd lilii

Ociągałem się jeszcze, gdyż nie byłem pewny co robić, kiedy pani Elżbieta wyszła zza drzwi i poprosiła, żebym jak najszybciej sprowadził do niej moją matkę, po czym wystarał się o wiadomości o mężu. – Maria bardzo pana o to prosi – powiedziała. – Czy mógłbym jeszcze raz sam z nią pomówić? – zapytałem. – Nie do pomyślenia – rzekła pani Elżbieta i rozstaliśmy się. Wkrótce dotarłem do naszej siedziby; matka gotowa była pójść z pomocą młodej przyjezdnej jeszcze tego samego wieczoru. Pospieszyłem więc na dół z nadzieją, że od wójta pozyskam najpewniejsze wieści. On sam pozostawał jednak w niewiedzy, a że mnie znał, nakazał mi przepędzić noc u niego. Dłużyła mi się bez końca, ciągle miałem przed oczyma piękną postać, jak kołysze się na grzbiecie zwierzęcia, spoglądając zeń na mnie przyjaźnie i boleśnie. W każdej chwili wyglądałem nowin. Życzyłem mężowi życia, a zarazem chętnie wyobrażałem ją sobie jako wdowę. Rozproszona drużyna zbierała się stopniowo i po różnych zmiennych pogłoskach pewne stało się na koniec, że ocaliwszy wóz, nieszczęśliwy małżonek umarł jednak z ran w sąsiedniej wiosce. Dowiedziałem się też, że po uprzedniej naradzie ktoś już poszedł ze smutnym poselstwem do pani Elżbiety. Nic zatem więcej nie mogłem tam zrobić ani osiągnąć, a nieskończona niecierpliwość, niezmierzona tęsknota pognały mnie przez góry i lasy z powrotem przed jej drzwi. Była noc, dom zamknięty, widziałem światło w pokojach, widziałem, jak cienie poruszają się na firankach, siedziałem naprzeciw na ławie, nieustannie mając zapukać – i wciąż pod wpływem różnych myśli powstrzymując się od tego.

Nie ma co zresztą mozolnie opowiadać czegoś, co nieciekawe. Dosyć, że nie wpuszczono mnie i następnego ranka. Znano już złe nowiny, nie potrzebowano mnie, wysyłano mnie do ojca, do pracy; nie odpowiadano na moje pytania; chciano się mnie pozbyć.

Przez osiem dni byłem traktowany w ten sposób, aż w końcu mnie wezwała pani Elżbieta. – Stąpaj miękko, przyjacielu – powiedziała – ale wejdź śmiało! – Poprowadziła do czystej izby, gdzie w kącie, za półotwartymi zasłonami łóżka zobaczyłem siedzącą prosto moją piękną. Pani Elżbieta podeszła do niej, żeby mnie oznajmić, uniosła coś z łoża i pokazała mi to: spowitego w najbielszą tkaninę prześlicznego chłopczyka. Pani Elżbieta trzymała go wpół drogi pomiędzy mną a matką i natychmiast przypomniał mi się pęd lilii, wyrastający na obrazie między Marią a Józefem na znak ich czystego związku. W mgnieniu oka spadł mi z serca cały ciężar; byłem pewny siebie, pewny swojego szczęścia. Mogłem swobodnie podejść do niej, rozmawiać z nią, znieść jej niebiańskie spojrzenie, wziąć chłopca na ręce i złożyć mu na czole serdeczny pocałunek.

– Jakże Wam jestem wdzięczna za staranie o tę sierotę – rzekła matka. – Żywo i nierozważnie wyrwało mi się: – Nie będzie sierotą, jeżeli zechcecie!

Mądrzejsza ode mnie pani Elżbieta odebrała mi dziecko i dała znak, żebym się oddalił.

Wspomnienie tego czasu służy mi odtąd radosną otuchą, kiedy mi przyjdzie przemierzać nasze góry i doliny. Wciąż umiem zeń przywołać najdrobniejsze szczegóły, czego Wam jednak słusznie oszczędzę. Mijały tygodnie; Maria doszła do siebie, mogłem ją częściej widywać, obejście moje z nią było ciągiem przysług i upominków. Jej stosunki rodzinne pozwalały jej dowolnie wybierać mieszkanie. Wpierw przebywała u pani Elżbiety; odwiedziła nas wtedy, by podziękować za tak obfitą i przyjazną pomoc. Spodobało jej się tu, a ja schlebiałem sobie, że to po części ze względu na mnie. To zaś, co wyznałbym tak chętnie i czego rzec się nie ważyłem, samo wypowiedziało się szczególnym i miłym sposobem, kiedy ją zaprowadziłem do kaplicy przebudowanej już wtedy na izbę mieszkalną. Pokazywałem i tłumaczyłem jej obrazy jeden za drugim, i tak żywo, serdecznie rozwiodłem się nad obowiązkami ojczyma, że łzy pojawiły się w jej oczach a ja nie mogłem dokończyć objaśnień. Byłem wtedy pewny jej skłonności, ale przecie nie dość dumny, by chcieć, żeby wspomnienie jej męża zatarło się tak prędko. Prawo zobowiązywało wdowy do roku żałoby i zaiste taki właśnie czas, zawierający w sobie wszystkie ziemskie przemiany, potrzebny jest sercu, aby ułagodzić bolesne wrażenie wielkiej straty. Widzi się, jak więdną kwiaty i opadają liście, ale widzi się też, jak dojrzewają owoce i kiełkują nowe pąki. Żywym przystoi żyć i ktokolwiek żyje, musi pogodzić się ze zmianą.

 

 

Rozmawiałem teraz z matką o sprawach, które leżały mi na sercu. Ona odkryła mi, jak bolesna była śmierć męża dla Marii i jak podniosła się ona tylko dzięki myśli, że musi żyć dla dziecka. Moja do niej skłonność nie była niewiastom nieznana a Maria oswoiła się już z myślą o życiu z nami. Przez jakiś czas mieszkała jeszcze w sąsiedztwie; potem sprowadziła się do nas i jeszcze trochę przeżyliśmy w radosnym i zbożnym narzeczeństwie. W końcu związaliśmy się. Pierwsze uczucie, które nas poprowadziło, nie zagubiło się. Obowiązki i radości ojczyma i ojca złączyły się ze sobą; i wprawdzie nasza rodzina pomnożyła się już ponad pierwowzór, wprawiliśmy się jednak w jego świętych cnotach wierności i czystości uczuć, i dochowujemy ich. Podobnie też zachowujemy w życzliwym nawyku ów zewnętrzny pozór, do którego trafem doszliśmy i który tak odpowiada naszym wnętrzom; chociaż więc jesteśmy dobrymi piechurami i krzepkimi tragarzami, zawsze pozostaje też w naszym towarzystwie juczne bydlątko, żeby ponieść ten czy ów ciężar, gdy jakieś sprawy lub odwiedziny każą nam iść przez doliny i góry. Jakich spotkaliście wczoraj, zna nas cała okolica i dumniśmy, że prowadzimy się tak, aby nie przynieść wstydu świętym imionom i postaciom, do których naśladowania się przyznajemy.

Tłumaczył Tomasz Kubikowski

 

Warto również przeczytać...
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Autorzy
Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek