Pierwsza wypita duszkiem, zanim Toska wskoczy na parapet i wymusi spacer. Druga podczas wiązania fartucha. Szybka, bo zabiegówka usypia. Trzecia i czwarta, kiedy krępują Szymka. Jest wnukiem chorej na nerwy babci, synem ułomnej mamy, siostrzeńcem psychicznego wujka. Mieszkali razem, dopóki babcia z wujkiem nie ugotowali kota. Sąsiedzi donieśli na policję. Dzieci rozdano domom dziecka i obcym. Szymek trafił do rodziny zastępczej. Nowa mama zapomniała, że go wzięła. Kneblowała, gdy się dopominał jedzenia.
Piąta ze znakiem zapytania: Czy nie będzie Państwu przeszkadzać, jeśli napiję się kawy?
Szczękościsk. Łyk. Starcie. Łyk. Patologii nie zapijam.
Szósta w dyżurce pachnącej ruskimi z omastą. Zbryliły się po drodze z „Pierożka”. Paker kroi kęs widelcem, pochłania i wybiega na korytarz. Poczekalnia kipi. Wyglądam przez okno. W hospicjum też się dzieje. Podjeżdża Citroën Jumper pralni świadczącej usługi dla zakładów pracy, hotelarstwa i gastronomii. Parkuje przed drzwiami ogniowymi, jakie się montuje w windach i piwnicach. Tędy przyjmuje się czyste pranie i wydaje brudy. Za ekopralnią ustawia się ambulans. Ciężko chorzy dostają się do środka tą samą drogą. Sanitariusz o czerwonej twarzy i ramionach osiłka otwiera karetkę, wysuwa tuningowane łóżko i pionizuje oparcie. Człowiek o wychudłej twarzy unosi się na łokciach, żeby zobaczyć, gdzie przyjechał. Ciężka jak donica dłoń usadza go z powrotem; wychylony zawadzi głową o Jumpera.

Nicola L. „Terre”
Porządkowy pcha żółty kubeł na plastik. Nie przeciśnie się koło ekopralni, kosz jest szerszy od łóżka z ledwo żywym, musi się wycofać. Przez bramę wjeżdża srebrny Renault z kroplą krwi nad błotnikiem. Staje na wprost schodów. Kurier w pogniecionej koszulce khaki otwiera bagażnik i wyciąga lodówkę turystyczną na probówki i histpaty. Ma prawo do wejścia frontowymi drzwiami, ale się ociąga, bo widzi karawan. Macha kierowcy, że nie ma miejsca. Wóz z przyciemnionymi szybami przytula się do płotu, wysiada z niego pracownik firmy pogrzebowej i wyjmuje z brustaszy papierosa. Pali, przyciskając palce do ust, jakby uciszał chrupaczy popcornu podczas oglądania Wielkiej ciszy Philipa Gröninga. Kiepuje pod nogi. Za plecami ma betonowy słup wysokiego napięcia, szczelnie obrośnięty bluszczem. Opłaciła się kawa z mlekiem, serwowana kosiarzom Zieleni Miejskiej, w końcu przestali ścinać.
Boczne wejście się luzuje. Porządkowy z kubłem może wejść do ślepego zaułka. Pracownik firmy pogrzebowej przecina parking szybkimi, krótkimi krokami, podciągając opadające spodnie jak w reklamie herbaty na chudnięcie, po czym naciska dzwonek zamontowany we wnęce bocznego wejścia i zadziera głowę do kamery, że to on. Drzwi ogniowe wypluwają wózek obciążony czarnym workiem. Droga powrotna trwa dłużej. Kółka podskakują na wybojach, worek się ślizga, chyba poluzowały się pasy.
Pracownik firmy pogrzebowej i martwy człowiek zmierzają do karawanu, odprowadzani dalekim spojrzeniem mieszkańców hospicjum, zwłaszcza tych, których okna wychodzą na zachód.
AGNIESZKA KANIA